Capítulo 27
Rozdział 16
Rusłan
Pod dom Szybujewów podjeżdżam o ósmej wieczorem, tak jak umówiliśmy się z Andrzejem. Czeka na mnie przed klatką; stoi w spodniach dresowych, w kurtce narzuconej na t-shirt, i pali, zaciągając się rzadko. Kiedy podchodzę, wyciąga z kieszeni paczkę papierosów i proponuje:
— Trzymaj. Jesteś punktualny jak zegarek, Mardżanow. Dopiero zdążyłem zejść.
Podaję Andrzejowi rękę, ale odmawiam papierosa.
— Nie palę, rzuciłem. Mówiłem ci rano.
Doskonale pamięta. Jednak ciemna brew Szybujewa i tak unosi się wraz z kącikiem ust. A brązowe oczy się śmieją.
— Lepiej milcz, Andriuha — ostrzegam.
— Mi tam wszystko jedno. Popieram to. No, rycerz z Białych Wysp, nie ma co!
— To z czego się szczerzysz?
— Zazdroszczę! Przydałaby mi się twoja ofiarność i cel. No i współczuję. Pamiętaj, Rusłan, masz tylko jedną szansę na rozmowę z moim ojcem. Drugiej nie będzie.
Jestem wdzięczny Andrzejowi i za poranną rozmowę, i za pomoc. Jedna szansa to o wiele więcej niż nic, więc obiecuję:
— Postaram się nie zawalić! Dzięki.
W zwykłym życiu do profesora Szybujewa, sławy nauki i dumy miasta, nie da się podejść — chyba że jest się jego kolegą po fachu albo studentem. Ci ostatni jednocześnie boją się tego olbrzyma i go ubóstwiają, dlatego chodzą za nim tłumami. Operuje najtrudniejsze przypadki, daje chorym nadzieję na cud i zwycięża tam, gdzie wszyscy inni rozkładają ręce — oto dlaczego nie ma sobie równych. W rodzinie Szybujewów wszyscy są pierwszorzędnymi lekarzami. Andrzej też kiedyś będzie najlepszy.
— Jeszcze nie ma za co — odpowiada przyjaciel, wyrzucając niedopałek do kosza.
Na dworze mży, a on wsuwa ręce do kieszeni spodni, kuląc się w kołnierzu rozpiętej na piersiach kurtki.
— Zapamiętałeś wszystko, co ci mówiłem? — pyta. — Najważniejsze — nie przeciągaj struny i nie graj na litość. Mój ojciec to mądry facet, sam się połapie, co i jak. Mów szybko i na temat. Twoim zadaniem jest wcisnąć mu do rąk wyniki badań i historię choroby Alicji, resztę biorę na siebie. Jeśli dasz radę, namówię go w domu, żeby na wszystko spojrzał, obiecuję!
— A jeśli nie wyjdzie?
Andrzej uśmiecha się smutno.
— Wtedy nie miej żalu, Rusłan. Dla ojca całe życie to żywi ludzie i sala operacyjna. Nie chodzi o oschłość, ale o odpowiedzialność za już podjęte zobowiązania i pacjentów. Wiem, ile sił go kosztuje bycie tym, kim jest. Jeśli nie wyjdzie, trzeba będzie szukać kliniki i zgłosić się do specjalistów oficjalną drogą.
— Zatemnie mamy z twoim ojcem innego wyjścia!
Szybujew kiwa głową i oczywiście wbija szpilę — cały Andrzej:
— Nie mogę się doczekać, żeby to zobaczyć, Mardżanow! Rzadko bywasz potulny, postaraj się nie rozczarować!
— Powiedz raczej: nigdy.
— To prawda. I co ta twoja Alicja w tobie widziała? Cyniczny rozpieszczony typ. Powiedziałeś jej, że od takich jak my lepiej trzymać się z daleka?
— Kocham ją. — Kiedy rozmowa schodzi na Śnieżną, nie mam problemu z przyznaniem się do tego. Ale Szybujew jest zdziwiony:
— O-u, jak wzruszająco! A będą szczegóły? No, od tego momentu.
— Marzenie ściętej głowy! Następnym razem.
Przyjaciel nawet na to nie liczył, więc cicho się śmieje:
— No tak. Jak przychodzi co do czego, to się wykręcasz!
Stoimy z Andrzejem pod jego domem jeszcze godzinę, rozmawiając o wszystkim i o niczym — o znajomych, o pracy, aż na podwórko wjeżdża taksówka z profesorem siedzącym na tylnym siedzeniu.
Odwracam się, a Andrzej natychmiast dyskretnie trąca mnie łokciem w bok.
— No, Rycerzu! Połamania karku! Ruszaj mu naprzeciw, bo stracisz czas!
Na to nie mogę sobie pozwolić, więc ruszam. Idę w stronę zatrzymanego samochodu, przy którym spotykam profesora Szybujewa — wysokiego, postawnego mężczyznę z gęstą brodą i siwizną w ciemnych włosach, ubranego w dżinsy i elegancki płaszcz. Właśnie wysiadł z auta i zabiera z siedzenia skórzaną aktówkę, gdy witam się z nim, przyciągając jego uwagę:
— Dzień dobry, Pawle Pawłowiczu!
Nieraz w młodości bywałem u Andrzeja w gościach i jego rodzic o mnie nie zapomniał. Spoglądając krótko spod gęstych brwi, zamyka drzwi taksówki i odpowiada bez zdziwienia, raczej znużony i nieco niecierpliwy:
— Witaj, Rusłan. Mów — komenderuje, ruszając w stronę klatki, przy której stoi jego syn. — Po co mnie potrzebujesz?
Mądry facet. Z takim trzeba mówić wprost, jeśli chce się zostać usłyszanym. Przyspieszam kroku.
— Pawle Pawłowiczu, musi pan przeprowadzić operację serca pewnej dziewczyny. Wszystkie przesłanki wskazują na to, że potrzebuje pilnej pomocy. Niezbędne badania są zrobione — oto one!
— Muszę? Dlaczego ja?
— Ona nie ufa swojemu lekarzowi.
— To nie jest powód.
— On jej pożąda jako mężczyzna. Jeśli rozumie pan, co mam na myśli.
— Bzdury! Badanie lekarskie to nie molestowanie. Masz jakieś fakty?
— Czekał na nią pod klatką z kwiatami. A kiedy zobaczył nas razem, rzucił w nią bukiet. Jeśli to nie jest molestowanie, to dlaczego Alicja kategorycznie odmawia operacji u niego?
— To śmierdzi poważnym dochodzeniem. Pomińmy to na razie. Co dalej?
— Ma dwadzieścia pięć lat iżyje z ciągłym bólem w sercu. Wygląda na słabą i bladą, choć próbuje udawać zdrową. Do tego ma dziecko — córkę, którą wychowuje sama.
Do cholery! Obiecałem Andrzejowi, że nie będę grał na litość, ale to prawda, więc mówię jak jest.
Paweł Pawłowicz zatrzymuje się i odwraca w moją stronę. Patrzy prosto na mnie czarnymi oczami.
— Alicja to bardzo mądra i dumna dziewczyna, ale wydaje mi się, że traci nadzieję. Jest pan najlepszym chirurgiem w kraju i na pewno zdoła pan jej pomóc.
Profesor Szybujew milczy, jakby na coś czekał, skanując wyraz moich oczu. Nie wytrzymuję:
— Tak, kocham ją i chcę, żeby żyła! Pawle Pawłowiczu, jeśli moje pragnienie ma swoją cenę materialną — proszę tylko powiedzieć! Zdobędę wszelkie środki! Każde, słyszy pan?!
Wyciąga mi z ręki teczkę z wynikami badań Alicji tak zwinnie, jednym ruchem, że zauważam to dopiero w chwili, gdy mężczyzna już odchodzi. Nie żegnając się, idzie w stronę klatki, a ja nie próbuję go gonić, rozumiejąc, że mój limit tej rozmowy został wyczerpany.
Szybujew wita ojca uśmiechem, o czymś do niego mówi, otwiera drzwi do klatki i krótko mi macha. Wchodzi za profesorem, a ja myślę o tym, że teraz na zawsze będę dłużnikiem Andrzeja.
A poza tym — czego mamy się teraz spodziewać ze Śnieżną? I co najważniejsze — kiedy?!
***
— Alicja, przyjechałem, ale nie mam kluczy. Śpisz?
— Nie.
— Wpuścisz mnie? Czy mam się położyć na ławce?
Otwiera drzwi wejściowe, gdy podchodzę do nich i odsuwa się, wpuszczając mnie do mieszkania. Obserwuje, jak się rozbieram, o nic nie pytając. Patrzy zamyślona, jakby mnie studiowała, obejmując łokcie dłońmi.
Ma na sobie szlafrok do kolan i kapcie. Włosy związane w kucyk. W głębokim wycięciu szlafroka widać koszulę nocną odsłaniającą obojczyki. I ta koszula na pewno należy do tych, które doprowadzają facetów do szaleństwa bardziej niż droga bielizna.
Mnie na pewno.
— Podziwiasz mnie, Śnieżna? — uśmiecham się do niej, odwieszając kurtkę na wieszak i strzepując mżawkę z włosów. W mieszkaniu jest mało rzeczy, wygląda na niezagospodarowane, ale to najbardziej upragnione miejsce na świecie i czuję się szczęśliwy, wracając do Alicji.
— Jesteś niezły, nie zaprzeczę. Ale raczej się dziwię, Mardżanow. Wciąż nie wierzę, że to ty — wyznaje szczerze. — Tutaj, w moim przedpokoju. Przecież sama chciałam się z tobą spotkać, a ty znalazłeś mnie pierwszy. Cały wieczór o tym myślę. Dlaczego, Rusłan? I dlaczego teraz?
To proste. Inna odpowiedź po prostu nie istnieje.
— Straciliśmy mnóstwo czasu, Alicja. Życie powiedziało: dość!
Zdejmuję buty i podchodzę bliżej. Pytam cicho:
— Gdzie Ania?
— Śpi. Cały czas tylko o ciebie pytała. Gdybym jeszcze wiedziała, co jej odpowiedzieć.
— Powiedz jej prawdę.
— A jaka ona jest? — Alicja unosi głowę i opuszcza ręce, gdy staję przed nią. Patrzy na mnie tymi niesamowitymi niebieskimi oczami. — Przecież sam jeszcze nie wiesz.
Wiem, że ją kocham, a to więcej niż wystarczająco. To uczucie do Alicji czuję w piersi jak świeże powietrze, które wypełnia płuca dzięki jej bliskości. Jak czyste barwy, które widzi się po deszczu. Nie chcesz niczego innego i wiesz, że nic innego nie będzie.
— Nie ma czego wiedzieć, Śnieżna. Teraz mieszkam z wami, tak powiedz Ani. Przecież wiesz, czego od ciebie chcę?
Moje ręce same garną się do niej i ją obejmują. Usta odnajdują jej usta i całują.
Śnieżna kładzie dłonie na moich ramionach, a ja biorę ją na ręce, by ją unieść. Z jej stóp spadają kapcie, ale niosę Alicję do sypialni, nie przestając całować jej szyi pod brodą i delikatnej linii żuchwy. Przesuwam językiem po jej policzku, już pragnąc posmakować jej całej i poczuć smak wspólnej rozkoszy raz jeszcze.
— A ty, Mardżanow, nie tracisz czasu — prycha cicho, gdy zamykam za nami drzwi i stawiam ją na podłodze przy łóżku. Zdejmując sweter, obejmuję ją w pasie, znów przyciągając do siebie. — Przyszedłeś i wziąłeś, co chciałeś.
W pokoju pali się lampka nocna i włączony jest laptop; swoim powrotem na pewno oderwałem Śnieżną od pracy, ale nie zamierzam jej do tego wracać.
Dość już miała bezsennych nocy, zamierzam zadbać i o tę stronę jej życia.
— Nie, nie tracę go — odpowiadam, zdejmując gumkę z jej włosów i rozpuszczając je palcami. — Po co, skoro mam cię.
— Kiedyś byłeś o wiele bardziej wymowny, za to bezczelność nigdzie nie zniknęła.
— I co chciałabyś ode mnie usłyszeć?
Mój oddech porusza kosmyki przy jej policzku, a ona wydaje krótki och, gdy opuszczam ręce i docieram do jej chłodnych pośladków, wchodząc zuchwale pod szlafrok.
— Boże, Mardżanow, jak ty to robisz, że jesteś taki gorący? Przecież dopiero co wszedłeś z dworu!
— Podoba ci się? — przywieram do niej, delikatnie je ściskając. Wsuwając palce pod bieliznę, zsuwam bikini po jej krągłych biodrach, raz chwytając jej usta, raz je puszczając. — Alicja?
— Podoba mi się — szepcze, wydychając powietrze.
— A czujesz mnie w sobie? Tam też jestem gorący.
Śnieżna milknie. Kiedyś, w młodości, uwielbiałem szokować ją wyznaniami, które wykraczały poza ramy przyzwoitości, by uchwycić moment jej zmieszania i zrobić coś zuchwałego. Na przykład zamknąć się z nią w pokoju i wyznać miłość. Zakraść się od tyłu i pocałować w kark. Zderzyć się z nią w przedpokoju i niepostrzeżenie wsunąć rękę pod spódnicę…
To ostatnie zawsze było szczytem moich marzeń i fantazji, aż pewnego dnia stało się rzeczywistością.
Nigdy później seks nie był dla mnie tak wyjątkowy i osobisty, jak nasz pierwszy raz, gdy chciałem wywrócić dla niej świat do góry nogami. „Tak” nie kochałem już nikogo i nie pamiętałem siebie z innymi.
Ale minął czas i okazało się, że Alicja też jest gotowa grać w tę grę. Bo zdejmuje szlafrok z ramion, unosi twarz i przesuwa dłońmi po mojej piersi. Patrząc mi w oczy, wodzi dłonią po nagim ramieniu, a palcami drugiej wplata się w moje włosy na karku.
— Podoba mi się! — śmiało wydycha. — Udowodnij, że nie dasz mi zmarznąć, Rusłan.
***
Dźwięk jej głosu jest w stanie obudzić każdy nerw w moim ciele. Czuję, jak we krwi kipi gorąca fala i przeszywa mnie pożądaniem, zalewając świadomość. Palce zachłannie zaciskają się na jej delikatnych udach, a usta wtulają się pod podbródek Śnieżnej, chwytając ustami jej skórę, jakby była powietrzem, którego potrzebuję. Tak łatwo się nią upić i tak łatwo stracić kontrolę.
— Boże, Śniegu! Powinnaś być ze mną ostrożna.
— Nie chcę.
— Aliska, szaleję przez ciebie.
— Wydaje mi się, że ja też… Dlaczego tak długo cię nie było?
Rozpinam spodnie i zrzucam je z siebie. Gniotę na niej nocną koszulę, unosząc ją w stronę piersi, jednocześnie upajając się widokiem jej obnażenia i jej bliskością. Tym, jak jest posłuszna moim dłoniom i z jakim pożądaniem odpowiada, gdy zostajemy całkowicie nadzy i porywa nas kolejny pocałunek.
Odrzucając kołdrę, kładę ją na łóżku i zawisam nad nią. Pieszczę ją między nogami, czując jej wilgotną odpowiedź i słodki chłód jej warg. Unoszę nogę i wchodzę w nią, zanim jeszcze przerwiemy pocałunek. Napieram biodrami raz po raz, mocniej, czyniąc ją swoją. Kocham tak, jak chcę — w tej chwili miłością absolutną, dając się jej poczuć bez reszty.
Oplata moją szyję ramionami i unosi biodra. Wstrzymuje oddech i cicho jęczy, gdy przedłużam jej orgazm swoim. Pochylając głowę, nie mogę się powstrzymać, by nie pocałować jej piersi. Są idealnie delikatne, z napiętymi różowymi sutkami; bawię się nimi językiem, zmuszając ją do szybszego oddechu.
— No i jak, Śnieżna, ogrzałaś się? — uśmiecham się. Jeszcze nienasycony, już wyczekuję ciągu dalszego. — Wciąż jestem w tobie.
— Mardżanow, jesteś jak obłęd. I znowu zapomnieliśmy o zabezpieczeniu.
Nawet teraz nie od razu rozumiem, o czym mówi — wydaje się to zupełnie nie na miejscu.
— Przepraszam… — mówię, nie przestając całować jej obojczyków. — Przy tobie zawsze tracę głowę. To cud, że w ogóle jeszcze myślę. Zaraz znajdę, miałem gdzieś przy sobie. Nie masz nic przeciwko, żebyśmy dalej?
Unoszę się nad nią i siadam na brzegu łóżka. Sięgam po spodnie, podnosząc je z podłogi. Szukam kieszeni, w której mam parę prezerwatyw, myśląc o tym, jak dobrze
było przed chwilą… i nagle zwalniam, nie słysząc odpowiedzi.
— Alicja?
Milczy, a mnie natychmiast przeszywa lęk. Spodnie spadają na podłogę, a uśmiech znika mi z twarzy, gdy obracam się i pochylam nad nią.
— Śniegu?
Patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami, z bezwładnie rozrzuconymi rękami po obu stronach ciała i rozchylonymi ustami. Taka piękna i nieruchoma. W jej oczach czytam przerażenie i nawet w przyćmionym świetle lampki nocnej widzę, jak pobladła.
— Aliska…
— Boli… nie mogę się ruszyć — szepcze, a mnie od tego szeptu w jednej chwili pęka serce.
— Serce? Co? Co mam zrobić?!
— Spray, na stole. Daj… mi.
Zrywam się i w sekundę jestem przy stole. Przesuwając laptopa i jakieś książki, znajduję właściwą buteleczkę i natychmiast wracam do Alicji. Sama bierze spray z moich palców i aplikuje lek pod język, po czym od razu, bez sił, opuszcza rękę na pierś.
— Nie patrz tak… — prosi, zamyka oczy i oddycha powoli.
— Śniegu… — Chwytam jej dłoń leżącą na piersi i ściskam nadgarstek. Opadam przy niej, opierając jedno kolano o podłogę, czując całkowitą bezradność.
Nie mam pojęcia, co robić, ale patrzenie na jej cierpienie przekracza moje siły.
— Śnieżna, dzwonię po karetkę! — zrywam się, by wstać, ale zatrzymuje mnie cichym i stanowczym:
— Nie.
— Dlaczego?
— Przestraszymy Anię, będzie płakać. Zaraz przejdzie.
Kiedy nadejdzie to „zaraz” — za minutę, za dwie? Wciąż czuję strach o nią – paraliżuje mnie…
— Skąd wiesz, że przejdzie? A jeśli nie?
Ale Śnieżna uderza mnie tym, co mówi:
— A jeśli nie, to lepiej z tobą niż samej.
— Alicja…
— Ogrzej mnie.
Wracam do niej, kładę się obok i przykrywam nas kołdrą. Obejmuję ją w pasie, przyciskając czoło do jej skroni.
Leżymy tak przez chwilę w ciszy, aż jej oddech staje się równiejszy, a oczy się otwierają. Odnajduje moją dłoń, a ja natychmiast splatam nasze palce.
— To nie pierwszy raz, prawda? — domyślam się i słyszę w odpowiedzi:
— Nie. Ale lek zawsze pomaga, żyję z nim. Przepraszam, że cię nastraszyłam.
— Boże, Śniegu, przecież mogłem cię zabić.
Dobrze, że w pokoju jest cicho i jesteśmy blisko. Słyszę każde jej słowo, co mówi.
— Nie mogłeś. Było mi z tobą dobrze. Nie masz z tym nic wspólnego. Po prostu… nie mam szczęścia.
— Jeszcze boli?
— Już mniej. Rusłan?
— Tak, Śniegu? — wspieram się na łokciu, by na nią spojrzeć. — Powiedz, czego chcesz?
Oczy Alicji lśnią, ale nie ma w nich już strachu.
— Gdyby coś mi się stało, Ania ma na rączce silikonową bransoletkę. Tam są wszystkie informacje. Resztę sama wie.
— Milcz. Nic się nie stanie — szepczę uparcie, całując jej policzek. — Znajdziemy ci lekarza! Najlepszego! Już znalazłem! Jeśli odmówi pomocy, wezmę go jako zakładnika i zmuszę, żeby wyleczył twoje serce! Wierzysz mi?
— Wierzę.
Śnieżna uśmiecha się, a w mojej piersi wszystko się przewraca.
— Aliska, kocham cię!
— Wciąż chcesz się ze mną żenić, Mardżanow? Kiepska ze mnie kochanka.
— Najlepsza — mówię, nie kłamiąc ani trochę.
— Porozmawiamy o tym jutro, teraz nie jestem gotowa — prosi. — Obiecujesz? Po pracy.
— Jeśli chcesz. Ale po mojej pracy. Jutro nigdzie nie idziesz!
— Nawet kłócić się z tobą nie mam siły.
Długo nie śpimy. Alicja czuje się lepiej po ataku i udaje nam się zjeść kolację. Nie mogę jej wypuścić z objęć siedzi na moich kolanach, gdy wciąż tracimy dla siebie głowę. A potem… znów się kochamy, tylko tym razem pozwalam prowadzić Alicji i radzi sobie świetnie.