SOVABOO

Siedem fałszywych randek!

Ch. 4: Rozdział 2, część 2

Rozdział 2, część 2

Capítulo 4/19 · Página 1 de 216%

Minęła godzina. Zdążyliśmy ze Stasem zjeść kolację, pogadać o szkole i wypić herbatę.

Wkrótce brat poszedł do siebie, ja umyłam talerze i właśnie karmiłam naszego rudego kota Zodiaka, kiedy drzwi sypialni rodziców gwałtownie się otworzyły i po sekundzie w progu pojawiła się mama.

Nienaturalnie blada i zagubiona weszła do kuchni, spojrzała na mnie... i nagle przycisnęła dłonie do policzków. Powoli opadłszy na krzesło, zamrugała ze spojrzeniem będącym mieszaniną szoku i olśnienia.

– Mamo? – zaniepokoiłam się. Wyprostowawszy się, odstawiłam paczkę karmy na bok. – Wszystko w porządku?

Zodiakowi wyraźnie nie spodobała się ilość karmy w misce i miauknął protestująco.

– Poczekaj, Zodźka! – Odepchnęłam go nogą. – Mamo, co się stało?

Mama mrugała. I patrzyła dziwnie, jednocześnie przestraszona i przenikliwa, jakby próbowała odczytać z mojego czoła informacje o moich poprzednich wcieleniach. Czemu ani trochę bym się nie zdziwiła!

– Oj, Dianka! – w końcu wyszeptała wstrząśnięta, otwierając szeroko szarozielone, kocie oczy. – Chyba właśnie rzucono mi wyzwanie! I chyba je przyjęłam!

To było coś nowego, więc zmarszczyłam brwi w konsternacji.

– To znaczy przyjęłaś? – zapytałam zdziwiona. – Co, znowu zgodziłaś się wystąpić w „Ringu jasnowidzów”? Mamo, ostatnim razem sztuczki z dymem i duchami skończyły się dla ciebie tygodniową migreną i bezsennością. Jestem przeciw!

Turban na głowie mamy zakołysał się.

– Nie, dzięki Bogu, nie Ring!

– Więc kto rzucił ci wyzwanie i po co?

Mama machnęła rękami, przesuwając się na brzeżek krzesła. Zaczęła mówić podekscytowana:

– Rozumiesz, słoneczko, na początku wszystko było cudownie! Ciekawi ludzie, oryginalne pytania, przyjazna atmosfera. Opowiadałam o znakach losu i o tym, że jeśli dwoje ludzi jest sobie przeznaczonych, Wszechświat na pewno da im znak! Najważniejsze, żeby nie pozostać głuchym i odpowiedzieć, bo szanse na szczęście nie są nieskończone! A potem pojawił się on...

– Kto on?

– Walentyn! Gwiazdorski prowadzący z kanału Kupidyn-TV. Oczy jak onyksy, głos jak aksamit, śnieżnobiałe zęby... Przysięgam, poczułam nawet od niego zapach waniliowego pudru i kichnęłam! I pyta mnie z taką uprzejmą pobłażliwością, jakbym była niespełna rozumu albo wytrawną kłamczuchą. Astralio, proszę powiedzieć, jeśli los ma znaki, to po co mu medium, psychologowie i biura matrymonialne? Czy nie prościej zaufać miłości od pierwszego wejrzenia? Zobaczył i pokochał! I żadnych problemów w życiu osobistym!

– I co odpowiedziałaś?

– Że oczywiście nie prościej! Że do szczęśliwego związku dwojga ludzi muszą zejść się nie tylko spojrzenia, ale też serca, dusze, dążenia, drogi! Że miłość to jednolita kompozycja najróżniejszych uczuć. I im więcej w nich zgodności, tym mocniejsza miłość! Bo los ma nie tylko pierwsze, ale i drugie spojrzenie, żeby lepiej poznać człowieka. Czyż nie tak? A my – jasnowidze – zawsze chętnie pomożemy jej na miarę swoich zdolności.

Nadal słuchałam skonsternowana, ale nie przemilczałam oczywistości:

– Och, mamo, jesteś nieuleczalną romantyczką! A ten waniliowy Walentyn co na to?

Mama z nieszczęśliwą miną opuściła ręce i bezradnie wzruszyła ramionami.

– A on promiennie się uśmiechnął, jak Kot z Cheshire z dyplomem doktora manipulacji w kieszeni, i pyta: Droga Astralio, na czym więc polegają pani zdolności? Na czarach i zaklęciach miłosnych?

Odpowiedziałam: Broń Boże! Takie ingerencje jeszcze nikogo nie uszczęśliwiły!

A on od razu: A co, jeśli ludzie wybrani przez los będą mieli różne charaktery? Wtedy żadne przeznaczenie ani szanse nie pomogą. Czy uważa pani inaczej?

– Daj zgadnąć – wtrąciłam jednoznacznie – i ty oczywiście zaprotestowałaś.

– Tak! – przytaknęła mama. – Oczywiście! Powiedziałam, że jeśli zobaczę iskrę, to zdołam połączyć każdą parę. Nawet najbardziej upartych, najbardziej nieznośnych, najbardziej niedopasowanych...

– Mamo...

– Wiem, palnęłam głupstwo! Ale córeczko, transmisja na żywo, patrzy na nas masa ludzi, nie mogłam wyglądać jak żałosna awanturnica opowiadająca bajki!

– Ale właśnie do tego prowadził – Walentyn! – Zmarszczyłam brwi. – Coraz mniej podoba mi się ten podcast i jego prowadzący.

– A potem on mówi: Jeśli jest pani pewna, że los pomaga znaleźć swoją połówkę – może udowodni to pani w praktyce? Prosto w naszym nowym show?

Mama rozłożyła ręce.

– Próbowałam obrócić to w żart. Przecież wiesz, że umiem żartować, kiedy zalewa mnie panika. Powiedziałam: „Nie jestem swatką, jestem przewodniczką między światami! Mogę podłączyć żarówki do zaświatów, jeśli trzeba”

A Walentyn na to: „Tym bardziej, Astralio! Czyli świat miłości też jest pani dostępny!”

Spięłam się, czując, jak między łopatkami zbiera się chłodny niepokój.

– Mamo – wyszeptałam – tylko nie mów, że się zgodziłaś...

Mama dziwnie zamrugała i ostrożnie poprawiła turban na głowie.

– Mamo!

– Powiedziałam tylko, że jeśli się za to wezmę, połączę idealną parę. I... i że to gwarantuję!

– Tylko? Maaamo!!

Mama podskoczyła i zdjęła z głowy turban razem z czarną peruką, przez co jasna krótka fryzura nastroszyła się jak jeżyk. Najpierw Natasza-Natalia, potem Lia, a po wyjściu na astral – Astralia. Zdumiewające, że nasi sąsiedzi nadal nie wiedzieli, kto mieszka obok nich.

– Myślałam, że po prostu poklaszczą, pośmieją się i przejdą do innych gości... Ale na czacie transmisji zaczęło się szaleństwo! Lajki, serduszka, ogienki! I od razu pojawił się poważny producent – dodał się nie wiadomo skąd do live'a i mówi: „Świetnie, Astralio! Umowa stoi! Sześć par, sześciu jasnowidzów, siedem randek i jedna idealna para, w której miłość uwierzą widzowie! Nikt do końca show nie dowie się, którą dokładnie parą się opiekujecie! Jeśli pani wygra – dostanie pani autorską rubrykę na naszym kanale i pakiet reklamowy!

– A jeśli nie?

Teraz to ja mrugałam oszołomiona, patrząc na mamę.

– A jeśli nie... – powiedziała tragicznym szeptem. – Wtedy twoją mamę, Diano, czeka szafot wstydu. Nazwą mnie szarlatanką z miejscowego targu i koniec kariery Astralii. Będę żyć ze sprzedaży talii kart tarota i używanych talizmanów szczęścia.

– Koszmar! – przejęłam się. Nawet głos mi siadł od uświadomienia sobie perspektywy.

– Rozdroże losu! – złagodziła wyrok mama i znowu się ożywiła. – I znak! Wyobrażasz sobie, przeczytali horoskop brakującej uczestniczki i nagle zrozumiałam, że to o tobie! Przyznałam, że mam córkę – piękną, mądrą, romantyczną, lekko upartą jak wszystkie Bliźnięta z Saturnem, i studentkę rozczarowaną randkami! A do tego jest akurat bez chłopaka, ale z mentalną iskrą i gotowością na spotkanie z losem.

– Co? – głos nagle mi zniknął i chyba pogorszył mi się słuch.

Mama zacisnęła powieki i prawie szeptem szybko wyrzuciła z siebie:

– Diano, zapisałam cię do projektu „Miłość od pierwszego Walentyna”! Powiedziałam, że jesteś moim żywym talizmanem miłości i na pewno znajdziesz w show swoją połówkę! Bo wierzę, że jesteś stworzona do idealnej pary!

Minęły trzy sekundy, zanim odtajałam i histerycznie zakrakałam – wciąż nie wierząc w to, co usłyszałam:

– CO POWIEDZIAŁAŚ?!!

Capítulo 4 / 19 · Página 1 de 2