SOVABOO

Tylko ty

Ch. 6: Rozdział 6

Rozdział 6

Capítulo 6/46 · Página 3 de 312%

Irytacja wyraźnie poruszyła się w piersi, rozpalając się z tlących węgli w gorące ognisko. Popłynęła napiętymi żyłami rąk, zaciskając palce w pięści. Teraz nienawiść do dziewczyny miała inną nazwę. Jaką, nie umiałem powiedzieć zdecydowanie, a ta „niewiedza” złościła nie mniej niż zainteresowanie obcych chłopaków przybraną siostrą. Znowu byli obok niej.

– Posłuchaj, malutka, jeśli nie chcesz mówić, jak masz na imię, nie trzeba. Czego się przestraszyłaś? Przecież nie jesteśmy jakimiś świrami. Jesteśmy normalnymi chłopakami, po prostu się martwimy, widząc samotną dziewczynę, która jedzie za miasto. Do tego taką ładną, podobną do Śnieżynki. Patrz, Śnieżynko, na dworze się ściemnia, może cię odprowadzić? Po lesie krążą szare wilki, to bardzo niebezpieczne.

– Dziękuję, nie trzeba – ostrożny trzepot długich rzęs spod czapki, i znów spojrzenie na migający, zmierzchowy krajobraz przedmieść za oknem.

– Opa! Ona jednak umie mówić! Lechu, doceń, jak mi się poszczęściło!

– Jeszcze przedstaw ją mamie, szczęściarzu.

– A co, przedstawię! Będzie na mnie czekać z wojska. Śnieżynko, naprawdę, chodź z nami, co? To niedaleko. Poszwendamy się, pójdziemy do kawiarni…

– Postawimy ci lody…

– Możemy i lody. A potem zaproszę cię do siebie…

– Aha. Żeby przedstawić mamie!

Ta rozmowa stawała się natrętna i pusta, sam tyle razy gadałem w podobny sposób, i dziewczyna, znowu się odwróciwszy, krótko spojrzała na mnie. Podniosła oczy na chłopaków, spuściła wzrok. Drgnęła, kiedy jeden z nich usiadł obok niej.

Jej spojrzenie nie zostało niezauważone, i w moją stronę natychmiast padło zainteresowane:

– To twój chłopak, malutka?.. Co, pokłóciliście się, tak?

Już dawno oderwałem ręce od poręczy i teraz stałem, oparty o nią ramieniem, patrząc przez poszarpaną grzywkę na nieznajomych chłopaków. Niespodziewanie dla samego siebie razem z nimi czekając na odpowiedź przybranej siostry. Sam nie rozumiejąc, czego chcę bardziej - żeby się odwróciła, przyznając, że się znamy, czy żeby posłuchała moich słów: nigdy nie podchodzić.

Nie podeszła. I nie odpowiedziała. Po prostu pokręciła przecząco głową i uparcie odwróciła się do okna, z dziewczęcą bezpośredniością mając nadzieję, że dadzą jej spokój.  Głupi mały Elf.

– Nie, on nie jest twoim chłopakiem, Śnieżynko – miarowo odpowiedział jeden z wesołków, tracąc mną zainteresowanie. – Dla tego bad boya jesteś za dobra. On i bez ciebie znajdzie sobie kupę koleżanek w swoim guście. Lepiej słuchaj mamy i nie zadawaj się z takimi. Nauczy cię złych rzeczy, oszuka, potem będziesz płakać. Chodź lepiej z nami - jesteśmy pewni, nie skrzywdzimy.

Ręka chłopaka uniosła się i pogładziła delikatny policzek dziewczyny. Drugą ręką objął ją za ramiona, nie zauważając, jak natychmiast się spięła i skuliła od cudzego dotyku...

– Jesteś piękna…

I to było wszystko, co zdążył powiedzieć.

Jednak się pobiliśmy. Prosto w autobusie. Czy byłem bad boyem, czy nie, to nie ich pieprzona sprawa! Tak samo jak to, z kim Elf ma chodzić i komu ufać. Z kim w ogóle rozmawiać! Na dzisiaj tego wszystkiego było za dużo: rozmowy z matką, podróży do szkoły z przybraną siostrą, uwagi Lenki. Najpierw Woropajew ze swoją troską, teraz ci wesołkowie z oceną moich zewnętrznych walorów. Kogo, do cholery, obchodzi moja nienawiść?! To, do czego prawo miałem tylko ja?! Czułem, jak złość uderza w ręce, dodając siły. Dorzucając rozpaczliwej furii do kipiącej we mnie irytacji.

Ja i tylko ja chciałem decydować, komu wolno na nią patrzeć. Komu z nią rozmawiać i komu jej dotykać. Zabrała mi część mojego popieprzonego życia i tak, miałem do tego pełne prawo!

Płakała cicho, bezgłośnie. Stała i patrzyła, jak wycieram krew z twarzy kłującą śnieżną kaszą, strącając na kurtkę wielkie grochy łez, przyciskając do piersi nasze torby i swoją czapkę. Już nie śnieżnobiałą i nową, tylko w brunatnych plamach brudu. Tę, która znalazła się pod nogami chłopaków, kiedy dziewczyna głupio rzuciła mi się na pomoc, a ja ją odepchnąłem.

– Przestań ryczeć, Szkielecie! Przestań, słyszysz! Już po wszystkim.

Staliśmy na samym początku osiedla Czerechino, gdzie wysadził nas konduktor, a ja próbowałem zatamować krew.

– Masz rozbite usta i nos.

– Co cię to obchodzi? – zabrzmiało to ostro, a ja wypuściłem powietrze, odchylając głowę. – Nie tylko ja, jeśli nie zauważyłaś.

– Stas, nie chciałam, słowo honoru! Bardzo boli?

– Lepiej się zamknij.

Coś upadło na ziemię - torby, a potem czapka. Odwróciłem się, ale i tak nie byłem gotowy na to, że podejdzie do mnie i dotknie mojej twarzy. Przyłoży do rozbitych ust chusteczkę, unosząc ku mojemu spojrzeniu swoje niemożliwie niebieskie oczy. Przesunie palcami po wargach, tak ostrożnie, jakbym był zrobiony ze szkła.

Jeszcze nigdy głos mnie nie zdradził, a własna ręka nie wydawała się tak ciężka i nieposłuszna. Zamarłem, oszołomiony tym dotykiem, bliskością Elfa i faktem, że omal nie udusiłem się od tej bliskości.

Serce waliło jak szalone, brakowało powietrza... Nakryłem dłonią rękę dziewczyny leżącą na moim policzku i ścisnąłem. Zamknąwszy oczy, siłą oderwałem ją od siebie, cofając się o krok. Wydychając tak wściekle, jak tylko byłem w stanie w tej chwili, z urywanym westchnieniem próbując wciągnąć do płuc więcej powietrza.

– Nigdy mnie nie dotykaj! Zdaje się, prosiłem, żebyś trzymała się z daleka…

– Ale pomyślałam…

– Co? Co sobie pomyślałaś, Szkielecie? Że rzuciłem się na nich przez ciebie?! Przez to, że jesteś moją przybraną siostrą i zrobiło mi się ciebie żal?!..  –  Odrzuciłem precz jej rękę, którą wciąż ściskałem w palcach, i chrapliwie się roześmiałem, widząc, jak gasną oczy dziewczyny. – Żal mi Starego i matki. A ciebie… nienawidzę. Nienawidzę. Zawsze o tym pamiętaj.

Capítulo 6 / 46 · Página 3 de 3