SOVABOO

Tylko ty

Ch. 7: Rozdział 7

Rozdział 7

Capítulo 7/46 · Página 2 de 214%

– Dasza ma rację, Matwiejewa. Wszystko wam się uda. To przecież nie zawody amerykańskich cheerleaderek, wielkie rzeczy. Tylko Marince Woropajewej raczej się nie spodoba, że jesteś z nami. Jej koleżankom też nie. Nawet nie wiem, dlaczego tak cię nie lubią. Jeśli coś, po prostu nie zwracaj na nie uwagi, dobrze? Zwłaszcza że masz Daszkę. Jej to już na pewno żadna z nich nie da rady!

To była prawda, i roześmiałyśmy się.

– Dobrze.

Okazało się to nietrudne - nie zwracać uwagi. Zdążyłam już przywyknąć do ukośnych spojrzeń ładnej blondynki i chichotów za plecami. Jakby mówiła mi: wiem, jaka naprawdę jesteś. Wiem, kim jesteś: żałosną biedną krewną w starym śmiesznym płaszczu i babcinym kardiganie. Nie miałam czym przeciwstawić się tym drwinom poza obojętnością, i nie pozwalałam koleżance z klasy, która mnie nie znosiła, przebić ochronnej maski.

Nam z Daszką naprawdę szło dobrze. Trzeciego dnia treningów bolało całe ciało, a od niezliczonych podskoków drżały nogi, z Daszki pot lał się strumieniami, ale nauczyłyśmy się wszystkich ruchów tanecznych i pilnie powtarzałyśmy je za trenerką - zatrudnioną przez szkołę studentką szkoły choreograficznej - nie na żarty martwiąc Woropajewą swoimi sukcesami. Dalej wykonywałabym wymachy nóg, skłony i podskoki, jako najgibksza wychodziłabym z mostka przez stanie na rękach, gdyby nie drużyna starszaków, która z niespodziewanym hałasem weszła do sali gimnastycznej. Uważne szare oczy przybranego brata łatwo wyłowiły mnie z tłumu dziewczyn.

– No proszę, jelenie z pawiem przybyły. Tylko Frolowa tu brakowało!

Potknęłam się i speszyłam. Wypadłam z rytmu, błagając Stasa, żeby na mnie nie patrzył. Czy brakowało mu innych dziewczyn? Choćby tej samej Marinki, która teraz sama uśmiechała się do niego, witając wysokiego, ciemnowłosego chłopaka rozpalonym spojrzeniem. Albo jej koleżanek, które też nie pozostały z boku na widok chłopaków, korzystnie prezentując się w tańcu.

– Matwiejewa, co z tobą? Źle się czujesz?

– Nie, Albino Pawłowna, po prostu się zmęczyłam. Mogę usiąść?

– Dobrze. Odpocznij pięć minut, potem wszystkie razem powtórzymy wejście na przeciwną przekątną! Do końca treningu zostało dwadzieścia minut. Dziewczęta, proszę wszystkie się skupić i wycisnąć z zajęć maksimum!

Musiałam przejść do ławki przez całą salę, i to było prawie nie do zniesienia. Znajdowałam się dziesięć metrów od przybranego brata, a czułam go, jakby był o krok ode mnie. Jakby Stas znów trzymał mnie za rękę, patrząc w oczy.

Nie patrz na mnie. Proszę, nie patrz.

„Nienawidzę cię”.

Pamiętam.

– Cześć, Nastia! Co za spotkanie! – to był jego przyjaciel, brat Marinki, Siergiej, i przebiegając przez salę, chłopak lekko złapał mnie w talii, zakręcił wokół siebie.

– Puść!

– Nie puszczę! – roześmiał się otwarcie, głośno oznajmiając najlepszemu przyjacielowi:

– Frol, patrz, wygrałem! Jak obiecałem, złapałem najładniejszą! Co teraz powiesz?

Starszacy odpowiedzieli zgodnym śmiechem, ale jeden z nich na pewno milczał, a ja lodowaciejącym sercem poczułam panikę.

– Proszę, nie, Siergiej! Puść! Stasowi się to nie spodoba! – spróbowałam wyrwać się z mocnych rąk, ale na próżno, blondyn okazał się o wiele silniejszy ode mnie.

– Dlaczego, Nastia? Wszystko uczciwie! Uprzedziłem Frola, że obejmę najładniejszą - i dotrzymałem słowa! A może mi się podobasz?

– Nie!

– Tak!

– Puść.

– Jaka ty jesteś nieuchwytna. W szkolnych korytarzach nie da się do ciebie podejść, ciągle uciekasz. Swoją drogą nie myślałem, że jesteś taka chudziutka i lekka. Wiesz, Matwiejewa, łatwo cię nosić na rękach.

Chłopak dobrze się bawił i naprawdę wziął mnie na ręce, wsuwając dłoń pod gołe kolana, a ja zamknęłam oczy, nie wiedząc, czego dalej się po nim spodziewać. Gdzieś oburzona krzyknęła Daszka, ale Siergiej już opuszczał mnie na ławkę. Zanim odszedł, nagle, nieoczekiwanie poważnie zauważył:

– I zapamiętaj, Nastia: Stas mi nie rozkazuje, a Marinka jest głupia, że jest zazdrosna.

– Co?

Ale on już odchodził, kierując się do swoich przyjaciół i zostawiając mnie, żebym ze zdumieniem patrzyła za nim.

Zazdrosna? Marina? Ale dlaczego?

Powoli przeniosłam wzrok tam, gdzie w otoczeniu chłopaków stały koleżanki z klasy, i nagle poczułam, jak serce szarpnęło się w piersi, jakby przypalone żarem. Zabiło zranione tuż przy gardle, zabolało, odcinając oddech. Przydarzyło mi się to po raz pierwszy i tak niespodziewanie, że nie zdołałam usiedzieć na ławce i zerwałam się na nogi, obejmując szyję dłońmi.

W oczach przybranego brata nie było furii i nie było zła. Przeciwnie, teraz promieniały bezkarną wesołością i wcale na mnie nie patrzyły. W ramionach Stasa była Marinka Woropajewa, piękna dziewczyna, obejmował ją za ramiona i oboje szczęśliwie się uśmiechali.

Chyba zdumienie skuło nie tylko mnie, jednak trenerka-choreografka, sama jeszcze studentka, znacznie szybciej niż jej podopieczne wzięła się w garść.

– Chłopcy, jedenasta klasa, co tu się dzieje? Oszaleliście! Rozwalacie mi próbę! Natychmiast opuśćcie salę gimnastyczną albo wezwę dyrektora! Wasz trening zacznie się dopiero za pół godziny!

– Oj, dajcie spokój, Albinoczko, uspokójcie się – powiedział Stas, mocniej przyciągając do siebie siostrę przyjaciela, a dziewczynie usta otworzyły się ze zdumienia.

– Co?!

– To, co pani słyszała. Niech się pani nie przejmuje, Albino Pawłowna – niechętnie zmienił ton – po prostu przywitamy się z dziewczynami i wyjdziemy. Prawda, chłopaki? Jak można przejść obok, kiedy tu u was tak ciekawie. M-m-m. I kostiumiki będą jak trzeba, co? Krótkie spódniczki, topiki, to i owo…

Chłopcy zarechotali, i kilka koleżanek z klasy podchwyciło śmiech. Patrzyłam szeroko otwartymi oczami na przybranego brata, nie rozumiejąc, co się ze mną dzieje. Co mnie tak męczy?

Odpowiedział mi spojrzeniem, na niedostrzegalną dla innych chwilę zmazując z twarzy uśmiech i zaciskając usta w twardą linię. Spuścił oczy, odwrócił się, znów się uśmiechnął… i pocałował Marinkę.

Krótko, w usta, na oczach wszystkich.

– Chodźmy stąd, Nastia – wierna Daszka, znalazłszy się obok, w porę pociągnęła mnie do wyjścia, zanim zdołałam zobaczyć, jak to wszystko się skończy. – Mówię przecież: jelenie, w Afryce też jelenie - bezwstydne, bezrogie pawiany z pawim piórem w tyłku! I tak zajęcia już zerwane.

***

Wiersz Nastii. Dygresja liryczna. Zeszyt.

Miasto w przygasłych światłach. Deszcz

Mży po listopadowych oknach.

W tym mieście przemokłam,

To miasto przeniknęło mnie na wskroś

Pajęczyną bezimiennych ulic,

Szarą pleśnią wystygłych dróg.

Dlaczego tu wróciliśmy?

Czy nie mógł się zagubić?

Gdzieś tam, pośród tysięcy podobnych,

Nieznanych, obcych miast?

Gdzie głuche kroki przechodniów

Gniotą posępny cień domów.

Dlaczego nie przepadł? Nie zginął?

Nie zapomniał się, rozwiany snem?..

…Cisza. Cichy skrzyp schodów.

Otwieram drzwi. Witaj, domu.

Capítulo 7 / 46 · Página 2 de 2