SOVABOO

Kruche serce

Ch. 34: Bonus-Epilog

Capitolo 34

Bonus-Epilog

Rusłan

 Przez cały tydzień sypał śnieg, zasypując miasto i okolicę białym płótnem w sam raz na Boże Narodzenie. Ale w weekend niebo się przejaśniło i wyjrzało słońce, sprawiając, że dzień naszego ślubu z Alicją stał się naprawdę pogodny.

Śnieżna o każdej porze roku byłaby najpiękniejszą panną młodą, ale zima to jej żywioł. Alicja wysiada z białośnieżnego Lincolna jak prawdziwa zimowa księżniczka — w długiej białej sukni i futrzanej narzutce — smukła i zachwycająca.

W jej srebrzystych włosach lśni ślubna tiara, a na ramiona spływa przezroczysty welon. Jesteśmy razem już trzy miesiące, znam tę dziewczynę od dziecka, a ona wciąż pozostaje dla mnie marzeniem. Tak samo jedynym i upragnionym, jak dzisiejszy dzień.

Za Alicją dostrzegam Anieżkę. Córka ma dziś na sobie białą, rozkloszowaną sukienkę, futerko i buciki. Na ciemnowłosej główce — ozdobę z białych kwiatów. Z zachwytem rozgląda się wokół, a gdy mnie widzi, radośnie podskakuje. Macha rączką, szeroko się uśmiechając.

Ja też uśmiecham się do niej, do mojej niebieskookiej kruszyny. Szczęśliwa i przejęta, uroczyście podtrzymuje końce welonu swojej pięknej mamy, pilnując z wielką odpowiedzialnością, by nie wylądowały w śniegu.

Aliska mówiła, że ślub wcale nie jest konieczny, że wystarczy rejestracja związku. Że kocha mnie bez żadnych konwenansów i publicznych słów, ale ja uparłem się na uroczystość. I teraz, patrząc na moją narzeczoną, rozumiem dlaczego.

Wesele odbywa się w jednym ze znanych podmiejskich kompleksów nad brzegiem rzeki, w rzadkiej polanie wśród sosnowego lasu. Ołtarz ślubny, ustawiony z widokiem na rzekę i las, zdobią białe atłasowe wstążki i kwiaty. Rano lekko przyprószył go śnieg, ale przed samą uroczystością odśnieżono alejki. Stojąc przy ślubnym łuku, z zapartym tchem obserwuję, jak Śnieżna idzie ku mnie. Patrzy na mnie czystym wzrokiem swoich chabrowych oczu, nie dostrzegając nikogo innego…

 
Przez całą ceremonię i wymianę przysiąg pozostaję poważny. Najpierw nie mogę oderwać od Alicji wzroku, potem ust, a na końcu rąk. I tak niosę ją na rękach od ołtarza aż do sali bankietowej przez cały teren, wśród radosnych okrzyków rodziny i przyjaciół. Całuję moją żonę, patrząc na delikatny rumieniec na jej policzkach i różowe, roześmiane usta…

 
— Rusłan, będziesz musiał zdjąć ze mnie tę suknię, ale to nie będzie proste. Jest tu tyle sprytnych zapięć…

— Poradzę sobie.

Stoimy w naszym apartamencie dla nowożeńców, na wpół rozbrani, i wreszcie przerywamy długi pocałunek.

Zdjąłem już Alicji welon i rozpuściłem jej włosy. Zdążyły odrosnąć i teraz falują pięknie na plecach, odsłaniając mojemu spojrzeniu jej delikatną szyję i porcelanowe ramiona. Przesuwam po nich dłońmi, napotykając niebiesko-błękitne oczy, zamglone wspólnym pragnieniem. A tego, w przeciwieństwie do pocałunku, nie da się przerwać.

— Aliska, zawsze będę cię kochać. Nieważne, ile lat minie. Nie chodzi o złożone przysięgi i obietnice, ja po prostu to wiem.

— Rusłan, wybiegasz wzrokiem tak daleko. Nie boisz się?

— Nie. Można patrzeć, a można widzieć. Nigdy nie miałem problemu z mówieniem ci o moich uczuciach. Ale tylko tobie. Już w szkole marzyłem, żebyś mnie zauważyła. A kiedy tak się działo, czułem się szczęśliwy. Wiesz dlaczego?

— Dlaczego?

— Kochać jest łatwo, Śnieżna. To uczucie nie pozostawia wątpliwości.

— To prawda, Rusłan. Ja też miałam czas, żeby się o tym przekonać. Tylko że teraz jestem Mardżanową. I mam wrażenie, że ten fakt szczególnie cię cieszy… mężu!

Uśmiechamy się do siebie, a nasze usta znów się spotykają.

— Dokładnie tak jest, Aliska. Ale dla mnie i tak zawsze zostaniesz Śnieżną!

Podchodzę do niej od tyłu i rozpinam suknię. Zsuwam ją po nagich plecach i biodrach aż do stóp. Kiedy materiał opada, obracam Alicję twarzą do siebie i biorę na ręce, podtrzymując pod pośladkami. Obejmuję ustami jej pełną pierś, podczas gdy ona splata palce na moich nagich ramionach. Niosę ją do sypialni.

Ma na sobie koronkową bieliznę i kuszące pończochy. Mam najseksowniejszą żonę pod słońcem, a najbardziej wyczekiwaną część tego wieczoru zamierzamy kontynuować w łóżku…

***

— Rusłan, gdzie on jest?

— Kto?

— Doskonale wiesz, o czym mówię.

— Nie mam pojęcia.

— Mój laptop. Zachowujesz się jak dziecko, Mardżanow! Znowu zniknął z mojego biurka i nigdzie nie mogę go znaleźć.

Siedzimy z Anieżką przy kuchennym stole, jedząc kolację po powrocie do domu — córka z przedszkola, ja z pracy — i z udawanym zdziwieniem spoglądamy na siebie. Zmówiliśmy się i zachowujemy się jak para najuczciwszych kanciarzy.

— Anieżko, widziałaś laptop mamy? Gdzie uciekł?

— Nie-e, nie widziałam.

— No właśnie, ja też nie mam pojęcia, kto mu przyprawił nogi. Leży pewnie… gdzieś tam. Potem znajdziemy!

— Rusłan, jakie „potem”? — dziwi się Alicja. — Muszę dziś skończyć tłumaczenie, ludzie czekają. Została tylko korekta. Obiecałam, że wieczorem wszystko wyślę!

— No dobrze. Laptop jest u mnie.

— I? — unosi rzęsy Śnieżna.

— Ale ci go nie oddam.

— Mardżanow? To znaczy?

Muszę wytrzeć usta serwetką i wstać od stołu. Alicja stoi obok i patrzy na mnie zdezorientowana. Odsuwam krzesło i odwracam się do niej.

— Czyli jak „kocham”, to Rusłan, a jak „się złoszczę”, to Mardżanow?

— Nie mówiłam, że się na ciebie złoszczę.

— A ja owszem! Śnieżna, znowu pracowałaś cały dzień, kiedy mnie nie było? — pytam surowo, a to potrafię.

Policzki Alicji czerwienieją, a ona odruchowo gładzi się po przedramieniu. Pamięta, co mi obiecała, i czuje się nieswojo.

— Tylko trochę. Zrobiłam zaledwie parę stron. To drobiazg!

— Aliska, zupełnie nie umiesz kłamać.

— No dobrze, nieco więcej niż parę. Tak wyszło! Nie chciałam brać tego zlecenia, ale napisali do mnie i poprosili… To poważni ludzie. Pracuję z nimi od pięciu lat i nigdy ich nie zawiodłam.

— Pracowałaś, ale już nie pracujesz. Tak im powiedz.

— Rusłan, to nie jest takie łatwe, jak się wydaje. Po pierwsze, jest mi głupio…

— Mogłaś od razu powiedzieć! Daj, ja im odmówię, mi nie będzie głupio.

— A po drugie, zawsze mnie ratowali, kiedy potrzebowałam pieniędzy, rozumiesz?

— Nie łudź się, nic nie dawali ci za darmo. Więc nic im nie jesteś winna.

— Mardżanow, jak trudno się z tobą rozmawia!

— Mardżanowa, ty jeszcze nie wiesz, jak trudno się ze mną kłócić!

— Czyli nie oddasz laptopa?

Podnoszę rękę i odgarniam włosy z jej policzka. Zakładając jasne pasmo za ucho, mówię łagodnie:

— Aliska, przestań się bać o jutro. Masz mnie, ty i Anieżka już nigdy nie zostaniecie same. Pozwoliłaś mi się wykształcić i stanąć na nogi, a teraz wątpisz, czy będę dobrym mężem? Na co postanowiłaś zarobić? Na mój szelki czy na pampersy?

— Oszalałeś? — całuje mnie w usta i obejmuje w pasie, przytulając policzek do mojej piersi. — Nie wątpię w ciebie, głuptasie! Ja w ogóle bez ciebie nie mogę żyć! Po prostu… masz rację. Trudno mi zrezygnować z tego, do czego przywykłam.

— Będziesz musiała odwyknąć, Śniegu. Bo jestem upierdliwy, drobiazgowy i wcale nie taki dobry. Zwłaszcza dla ludzi, którzy zabierają czas mojej żonie. Musisz odpoczywać i wierzyć w nas, resztą zajmę się ja.

— Tato, jesteś dobry! — oburza się Anieżka. — Jesteś bardzo dobry!

— Tylko dla was, Śnieżynko! Ale innym o tym nie powiemy. No to jak, Alicjo, oddać laptopa?

— Oczywiście!

 

— Rusłan, przestań się dąsać.

— Nie dąsam się. Skąd to wzięłaś?

— A jak to nazwać? Nadąłeś policzki i milczysz. I nie śpisz, mimo że rano musisz wcześnie wstać. Zrezygnowałam z tłumaczeń — właśnie napisałam zleceniodawcy, że się żegnamy, choć kompletnie nie mam pojęcia, co będę teraz robić. Nie jestem przyzwyczajona do próżnowania. I czuję się świetnie, ale przecież nie będę biegać w czwartym miesiącu.

Leżę w łóżku z rękami pod głową, a Alicja kładzie się obok. Wsuwa się pod kołdrę i opiera głowę na moim ramieniu. Natychmiast obejmuję ją ramieniem.

— Aliska, potrzebujemy mieszkania — mówię, głośno myśląc. — Dużego.

— I od dawna o tym myślisz?

— Od dawna. Na dom jeszcze nie zarobiliśmy, ale o nowym lokum warto pomyśleć. Tutaj niedługo zrobi się nam za ciasno. Anieżka potrzebuje większego pokoju, dziecko — dziecięcego, a my sypialni o takim rozmiarze, żeby łóżko wreszcie stanęło normalnie. I jeszcze sypialnia musi mieć garderobę — dodaję marzycielsko — i to przestronną! Z żaluzjowymi drzwiami i zapachem twoich sukienek, które pachną fiołkami…

Alicja unosi głowę i wspiera się na łokciu, żeby na mnie spojrzeć. Ja też przenoszę na nią wzrok.

W pokoju jest ciemno, ale nie potrzebujemy światła. Niemal natychmiast czuję na swoich ustach jej wargi i odpowiadam na pocałunek.

— Jeśli tego chcesz.

— Chcę.

Jej włosy muskają mój policzek, przyciągam ją na siebie. Pozwalam jej opleść nogami moje biodra i przesuwam dłońmi po jej plecach i talii, rozgrzewając skórę.

Nasze pocałunki wciąż są długie i pełne pożądania. Trudno nam się od siebie oderwać. Z trudem uwalniam usta, by dokończyć:

— Chciałem też powiedzieć, że dziś nie miałem racji, Alicjo.

— Doprawdy?

— Tak. Nie mogę i nie powinienem ograniczać cię tylko do domu ani niczego zakazywać. To tak, jakby twojemu bratu założyć kaftan bezpieczeństwa i kazać czytać przepisy drogowe. W końcu potargałby jedno i drugie i zrobił po swojemu.

— Tak by było — szepcze Alicja. — I to nie tylko z Romkiem, ale i z tobą.

— Myślę o tym cały wieczór, ale nie potrafię znaleźć złotego środka. Rozumiem, że przyczyna leży we mnie, a nie w tobie. To ja się irytuję, że nie widzę cię całymi dniami i nie wiem, czym się zajmujesz. Gdzie jesteś. A jednocześnie chcę, żebyś czuła się bezpiecznie.

— W twojej pracy, sądząc po rozmowach z ojcem i folderach w laptopie, jest mnóstwo dokumentacji. Mogłabym ci w tym pomagać. Właściwie sama chciałam to zaproponować… Rusłan?.. Dlaczego zesztywniałeś?

No właśnie!

Moje ręce już przesuwają się pod jej pierś i unoszę ją nad sobą.

— Aliska! Co sądzisz o grach fabularnych?

— T-to znaczy? Mardżanow, nie strasz mnie! — słyszę jej zdziwiony i rozbawiony głos. — Jakie znowu gry? Co wymyśliłeś?

— Jasnowłosa sekretarka i jej upierdliwy szef!

Aliska chichocze, całując mnie w szyję.

— Proponujesz mi pracę, Rusłanie Renatowiczu? Serio?

— Tak, proponuję ci pracę marzeń! Jestem pewien, że to jedyny sposób, żeby nie zwariować i nie pozwolić mojej żonie mnie odkochać! Już jasne, że w domu cię nie utrzymam.

— I mogę przejść rozmowę kwalifikacyjną od razu?

Mój uśmiech wykracza poza wszelkie granice przyzwoitości.

— No, w drodze wyjątku… i póki mam nastrój…

Aliska wciąż chichocze i całuje mnie, schodząc niżej.

— I jak mam się do pana zwracać, szefie? Per panie dyrektorze czy od razu „mój panie”? Zrobić panu kawę, czy może masaż?

Uwielbiam to w Śnieżnej — to, jak się rozumiemy, nawet kiedy tracimy dla siebie głowę.

— „Mój panie”, oczywiście! Inaczej nie doczekasz się żadnych intymności za zamkniętymi drzwiami ani całusów w ramach premii! Jestem strasznie kapryśnym i wymagającym szefem. Zwłaszcza dla blondynek!

— O nie! — Alicja podnosi się i z udawaną powagą kładzie się obok na poduszce, wzdychając: — Jeśli ma pan tak nieznośny charakter, Rusłanie Renatowiczu, to proszę sobie szukać innej sekretarki. Rozmyśliłam się!

— Ale ja chcę ciebie. Mam bzika na punkcie śnieżnych blondynek!

— A jeśli mnie chcesz — oświadcza marzycielsko — to najpierw będziesz musiał mi się podlizać. Uwielbiam ten rodzaj komunikacji zawodowej!

Śmieję się, odrzucając kołdrę na bok i zawisając nad nią. Słysząc jej śmiech, obiecuję:

— Zgoda! Możemy zacząć natychmiast? Twój wampir jest gotowy cię pogryźć!

— Tylko gryź cicho, wampirze! Bo obudzimy Anieżkę… Aj, to łaskocze!

 

Alicja

Ponad rok później…

 Wciąż pomagam mężowi przy dokumentach, choć sekretarka ze mnie żadna. Za to właścicielka domu aukcyjnego zaproponowała mi ciekawą pracę, której trudno było się oprzeć, i dzisiaj był mój pierwszy dzień.

Okazał się pełen spotkań i bardzo długi, ale Rusłan obiecał, że sam sobie ze wszystkim poradzi, więc zaryzykowałam.

 
Wracam do domu taksówką i otwieram drzwi naszego nowego mieszkania własnym kluczem. Wchodzę, rozbieram się i zostawiam torebkę w przedpokoju. Spoglądam na zegarek — jest już ósma wieczorem. Dziwi mnie, że wokół panuje taka cisza, mimo że wszędzie pali się światło.

W kuchni na kuchence stoją garnek, rondel, patelnia i… tuż obok leży skórka od banana. Na stole z talerza wysypały się ciastka… Ich okruchy leżą na podłodze i na krzesłach. Nawet na kartkach otwartego albumu, w którym tata z córką próbowali coś malować. Akwarelami, sądząc po odciskach paluszków Timura na papierze i talerzach… Słoiczek po jedzeniu dla niemowląt zdołał wtoczyć się pod krzesło…

Wchodzę do salonu i wszędzie widzę zabawki. Lalki, piramidki, grzechotki, książeczki Anieżki, plastikowe hula-hoop, zrzucone z kanapy poduszki (córka pewnie bawiła się w cyrk)… Kojec leży przewrócony na boku razem z grającą karuzelą… Z chodzika wystają nogi i ogon jednorożca… Na nocniku siedzi panda Theo, a na ekranie włączonego telewizora leci bajka z rankingiem „1+”.

 
Moja ciemnowłosa rodzinka śpi na wielkiej kanapie, ułożona w rzędzie i, w przeciwieństwie do telewizora, nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Anieżka śpi bliżej okna, w środku leży Timurczyk, a Rusłan z dziecięcą butelką w dłoni ułożył się z brzegu.

Podchodzę do nich, pochylam się i całuję w policzek najpierw syna, potem córkę. Dzieci śpią tak mocno, że nie czują dotyku. Przykrywam je kocykami. Podchodzę do Rusłana i kucam obok męża. Wyciągam rękę, odgarniam ciemne włosy z jego wysokiego czoła, przyglądając się jego pięknej twarzy.

Pamiętam tę twarz w różnych wydaniach, ale nigdy — obojętną czy obcą.

— Biedaku, ale jesteś zmęczony. A odgrażałeś się, że ugotujesz kolację, wszystko wypierzesz i posprzątasz. To nie Anieżka, dostałeś swojego sobowtóra, tatusiu.

Rusłan powoli wzdycha, smutno przyznając rację:

— Mhm.

— A ty sam chociaż coś jadłeś?

— Śmiejesz się ze mnie, Śniegu?

— Trochę — przyznaję. — Daj zgadnę — banan w kuchni był twój.

Rusłan przesuwa dłonią po twarzy i uśmiecha się. Otwiera jedno oko, potem drugie, spotykając moje spojrzenie.

— I resztki kaszki. Aliska, tęskniłem.

— Widzę. Ja też.

— Wiesz, co wymyśliłem, zanim zasnąłem?

— Co?

— Profesor pozwolił ci na loty. Myślę, że nie będziemy czekać do lata. Kupmy wyjazd na Karaiby już teraz. Jestem ci winien podróż poślubną. Wyobrażasz sobie? Dwa tygodnie tylko my dwoje!

— Kupmy.

— Czekaj, ty tak serio?! A co z dziećmi?

Wzdycham i przysuwam się do męża. Pochylam się i całuję go w usta.

— Jestem pewna, że babcie i dziadkowie poradzą sobie z tym zadaniem.

Rusłan długo mi się przygląda. Potem siada na kanapie i zauważywszy w dłoni butelkę syna, odstawia ją na bok.

— Aliska, nie wierzę. Co się zmieniło? Nie było cię tylko jeden dzień.

— Wszystko — wyznaję, patrząc w ukochane jagodowe oczy. — Absolutnie wszystko!

— Czekaj, czyli pojechałaś dziś do pracy, zobaczyłaś obcych facetów i zrozumiałaś, że twój mąż jest najlepszy?

— Tak!

— Taki niby najbardziej męski i niezawodny?

— Nie tylko — uśmiecham się szeroko. — Do tego najprzystojniejszy.

— Świetnie! Nie szkodzi, że nie poradziłem sobie z nocnikiem? Przecież to się nie liczy?.. To nie moja wina, że nasz Timur rośnie z takim charakterem. No i zbiliśmy dwa kubki i pobrudziliśmy zasłonę…

— Rusłan, widziałam dzisiaj Rybaskina.

Mardżanow momentalnie sztywnieje, a wyraz jego twarzy się zmienia.

— Gdzie? Po jakiego czorta?!.. Alicjo, więcej nie puszczę cię nigdzie samej!

— Nie martw się. Przypadkiem, z okna taksówki. Stał z jakąś dziewczyną na skrzyżowaniu i nie wyglądał na szczęśliwego. Nie widział mnie, to ja nagle wyobraziłam sobie siebie na miejscu tej nieznajomej i przestraszyłam się, jak mogłoby wyglądać moje życie bez ciebie.

— Zawsze mówiłem, że Rybaskin to kretyn! Ja oczywiście też nie jestem lepszy…

— Nie, nie mów tak — dotykam palcami jego policzka. — Jesteś lepszy! I wcale nie o niego chodzi, ale o to, żedzień się jeszcze nie skończył, a ja już chciałam wrócić do domu. Do ciebie. Nagle zrozumiałam, jak to dobrze, że was mam. Tak bardzo cię kocham, Rusłanie.

Ciemna brew unosi się w górę, a w oczach zapala się domysł.

— Mardżanowa, czy ja dobrze odczytuję twój nastrój?

Wstaję i biorę go za rękę — chłopaka, który zawsze wiedział, że zostanie moim mężem. Cofam się w stronę drzwi, zapraszając go za sobą.

— Zdecydowanie. Dzieci śpią, ja wróciłam i strasznie się za tobą stęskniłam.

— Śniegu, wyglądasz oszałamiająco, a pachniesz jeszcze lepiej. Ale co, jeśli dzieci się obudzą? Myślisz, że zdążymy?

— Cii! Mamy teraz własną prywatną garderobę! To jak, pomożesz mi się rozebrać? 

KONIEC

Ha appena terminato l'ultima parte dell'opera.

Quali emozioni le ha lasciato?
Condivida le sue impressioni nei commenti: è importante per l'autore e aiuterà altri lettori a scoprire questa storia.