SOVABOO

Kruche serce

Ch. 7: Rozdział 4, część 2

Capitolo 7

Rozdział 4, część 2

Mija jakieś dwadzieścia minut, zanim dociera do mnie, że nie mogę sterczeć w holu w nieskończoność. Zdążyłam się już ubrać, pożegnać ze wszystkimi i nauczyć na pamięć swojego grafiku w nadziei, że mężczyzna znudzi się czekaniem i odejdzie. No bo o czym on niby miałby ze mną rozmawiać?

On jednak uparcie stoi, zerkając w okna szkoły. W końcu zmuszam się, by zarzucić plecak na ramię i wyjść na zewnątrz.

Schodzę z niskich schodków, a ojciec uczennicy natychmiast mnie zauważa. Próżno spuszczam wzrok i próbuję go minąć – dopada mnie i łapie za łokieć.

– Pani Alicjo! Alicjo… no stójże! Nie ugryzę cię!

Mężczyzna zatrzymuje mnie i obraca ku sobie, zmuszając mnie, żebym zeszła z środka ścieżki na bok.

– No, witaj – mówi takim tonem, jakbym była mu coś winna, i bynajmniej nie chodzi o czas, który tu spędził, czekając na mnie. – Późno kończysz pracę, a mogłabyś zajmować się zupełnie innymi rzeczami.

Muszę zdusić lęk w zarodku, żeby nie wyglądać na zaniepokojoną i odpowiedzieć spokojnie.

– Dzień dobry, panie Maksymie. To moja prywatna sprawa. I proszę puścić moją rękę, trzyma pan mnie, jakby mnie pan schwytał.

– Bo tak jest – mężczyzna próbuje się uśmiechnąć, ale nie zwalnia uścisku. – Myślisz, że nie domyślam się, że marzysz o ucieczce?

– Czego pan ode mnie chce? Wydaje mi się, że rozmawialiśmy ostatnim razem i wszystko sobie wyjaśniliśmy.

– Jeszcze jedna rozmowa, Alicja, i odejdę. Nie chcę wyjść w twoich oczach na potwora. Rozumiesz, to wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane. Wysłuchaj mnie…

Wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane, gdy chodzi o własne życie. Wtedy człowiek popełnia błędy i gotów jest być ślepym. Ale kiedy patrzy się z boku – widać wszystko aż nadto wyraźnie. I teraz widzę, że ten dorosły Maksym zamierza opowiedzieć mi bajeczkę o tym, jak to ciężko mu żyć na tym świecie.

Jest gładko ogolony i dobrze ubrany. Na pewno zna cenę własnego komfortu i jest pewny siebie. Dlaczego więc nie potrafi uszanować cudzych granic i pamiętać o własnej rodzinie?

– Nie chcę, przepraszam. – Próżno próbuję odejść. – Nie mam czasu na rozmowy. Czy mógłby pan mnie puścić? Muszę wracać do domu!

W końcu zabiera rękę z mojego łokcia, ale próbuje ująć moją dłoń, podchodząc bliżej.

– Nie rozumiem, czy naprawdę jestem taki straszny? Podobam się kobietom. Dlaczego ty się mnie boisz?

– Tu nie chodzi o strach. Nie znamy się.

– No jak to? Ostatnim razem prawie się zgodziłaś pójść ze mną do restauracji.

Jestem zdumiona i jednocześnie marszczę brwi, nie rozumiejąc, czego ten człowiek ode mnie chce.

– Nic takiego nie miało miejsca! I proszę przestać mnie dotykać, bo inaczej…

– Bo inaczej co, Alicja? Posłuchaj, nie odstawiaj komedii, jesteśmy dorosłymi ludźmi. Chcę z tobą po prostu porozmawiać…

– Oj!

Słyszę pisk opon i tuż obok gwałtownie zatrzymuje się biały Lexus. Wjeżdża prosto na szkolną ścieżkę, zmuszając Maksyma do milczenia i puszczenia mojego łokcia.

Czując wolność, zamierzam już skorzystać z zamieszania i uciec, gdy drzwi luksusowego auta otwierają się i wysiada z niego… Rusłan Mardżanow. Przecież się nie pomyliłam? Widząc nas, szczerzy się do nieznajomego w wyzywającym uśmiechu, trzaska drzwiami i leniwie podchodzi bliżej.

Ma na sobie rozpiętą czarną kurtkę narzuconą na koszulkę, ciemne dżinsy i sneakersy. Ciemne włosy ma zaczesane do tyłu, przez co spojrzenie czarnych oczu wydaje się szczególnie bezczelne i ostre. Równie prowokujące, co mocno zarysowane kości policzkowe na młodej, rasowej twarzy.

Podchodzi do mnie i obejmuje ramieniem. Nachylając się, pewnie całuje mnie w rozchylone ze zdziwienia usta. Przejmuje je i nie puszcza od razu, zachłannie przesuwając językiem po zębach.

– Cześć, mała. Wybacz spóźnienie, ale cholernie tęskniłem!

Zwracając się do mężczyzny, Rusłan mierzy go oceniającym wzrokiem i pyta leniwie:

– Słuchaj, stary, zdawało mi się, czy próbowałeś macać moją dziewczynę? Kim ty w ogóle jesteś, dziadku?

Mardżanow jest szczuplejszy od mężczyzny, ale tego samego wzrostu, więc patrzy mu prosto w oczy, ani trochę się nie pesząc.

– Twoją dziewczynę? – Maksym jest szczerze osłupiały. – Szczeniaku, mówisz poważnie? Alicja – zwraca się do mnie z narastającą wściekłością w głosie – ten smarkacz to twój chłopak?

Nie wiem, czemu się tak dziwi. Owszem, jestem starsza od Rusłana, ale sama wciąż mam niewiele lat, bym miała ochotę wiązać się z kimś po trzydziestce. Mardżanow odpowiada jednak za mnie:

– I chłopak, i przyszły mąż, i ojciec jej nienarodzonych dzieci. Stary, nie spinaj się, co? Bo pomyślę, że Alicja cię obchodzi i zacznę się bić. A potem coś ci odbiję – jestem niezłym świrem. Na policji oczywiście powiesz, że to ja zaatakowałem pierwszy, ale nasza wersja będzie ciekawsza. I na pewno spodoba się twojej zazdrosnej żonie – zapomniałeś zdjąć obrączkę. To dla niej te kwiatuszki? No, to spadaj do domu!

Maksymowi grają mięśnie żuchwy. Chłopak przed nim jest młodszy o jakieś piętnaście lat, ale nie odważa się kontynuować rozmowy. Mardżanow zawsze potrafił być przekonujący i nieprzewidywalny. A ja sama nie wiem, czego się po nim spodziewać. Potrafi być bezczelny, nawet nie podnosząc głosu.

Bierze mnie za rękę i rusza z miejsca. Przystając na chwilę przy mężczyźnie, obiecuje mu krótko, już zmienionym tonem, zupełnie bez gry:

– Po prostu się odwal. Na dobre! Jeśli jeszcze raz podejdziesz do Alicji z kwiatuszkami, uplotę ci z nich wieniec. Pogrzebowy. Chodź, Śniegu. W samochodzie jest cieplej.

 

W aucie rzeczywiście jest cieplej, to drogi Lexus klasy premium. Prawie się uspokoiłam. Jedziemy w milczeniu, a potem siedzimy pod moim domem, nie patrząc na siebie. Nagadał zbyt wiele, a ja udawałam, że tak właśnie jest.

Odzywam się pierwsza, odwracając twarz w stronę chłopaka:

– Nie wiedziałam, Mardżanow, że masz prawo jazdy.

– Nie mam. Jeszcze.

– Jasne. Czyli wziąłeś samochód ojca bez pytania? – domyślam się.

– No, wziąłem. Ale nie pękaj, nie pierwszy raz. A ty – on też się odwraca, by na mnie spojrzeć – pracujesz w tej szkole?

– Tak. Przychodzę po zajęciach na uniwersytecie.

– Po co? Czego ci brakuje, Śniegu? Nie wyglądasz na kogoś o nadludzkich siłach, a filologia to nie jest najłatwiejszy wydział.

Atramentowe oczy patrzą bardzo uważnie, jakby Rusłan rzeczywiście czegoś nie rozumiał, jakby coś nie pasowało mu do układanki.

Przenoszę wzrok na przednią szybę i przygryzam wargi.

Nie chcę na to odpowiadać. Wybacz.

– Jako kto tam pracujesz?

No tak, kolejne pytanie. Znów na niego patrzę.

– A Romka ci nie mówił? – dziwię się. Mój brat jest dość gadatliwy, zwłaszcza ze swoimi kumplami.

– Nie – odpowiada Rusłan. – Twój brat nie lubi, gdy ktoś gapi się na jego siostrę. A tym bardziej o nią wypytuje. Nie wiedziałaś?

Kręcę głową.

– Nie. Uczę angielskiego dzieci. Małe dzieci. Starszych mi nie powierzają.

– Cóż, to tylko kwestia czasu. Jesteś zdolna.

Muszę to powiedzieć i mówię:

– Dziękuję, Rusłan, że przyjechałeś. Wiem, że Romka cię prosił, ale… dziękuję. Nie wiem, czy ten Maksym sam by odpuścił. Uczę jego córkę i nie rozumiem, co mu strzeliło do głowy. Nie dałam mu żadnego powodu.

– Nie odpuściłby. I nie jestem pewien, czy odpuści teraz.

– Słuchaj, Alicja – Mardżanow spina się, mocniej zaciskając palce na kierownicy. – Dlaczego nikomu nie powiedziałaś, że jesteś napastowana? Od razu.

Mimo wszystko trudno mi rozmawiać o takich rzeczach z przyjacielem brata. Patrzę przez szybę na dom przed nami.

– Rusłan, mógłbyś nie mówić tak brutalnie?

– A jak inaczej to nazwać? Gdybyś widziała was z boku. Ten palant niemal się na ciebie ślinił, tak na ciebie nachodził, żeby cię zdobyć! Odejdź z tej szkoły, Śnieżna. Jeśli przystawia się do ciebie nie pierwszy raz, to prędzej czy później adrenalina i urażona duma popchną go do zrobienia ci krzywdy. Możesz znaleźć się w sytuacji, gdy nikt nie przyjdzie ci z pomocą. Po prostu ucz się czytać sygnały i reaguj pierwsza. To zawsze działa.

– Skąd wiesz? – Znów się odwróciłam. W czarne oczy Mardżanowa trudno nie patrzeć – są jak otchłań, na dnie której tli się ogień. Zwłaszcza gdy jesteśmy sami. – Ty też nie dajesz mi spokoju.

– Ze mną to zupełnie inna sprawa – Rusłan nie odwraca wzroku.

– Tak ci się tylko wydaje.

Ręka Rusłana opada z kierownicy i ląduje na oparciu mojego fotela, tuż pod zagłówkiem. On sam przysuwa się bliżej.

– To znaczy, że brzydzę cię tak samo jak ten palant? – pyta władczo, ale głucho. – Czy ja cię choć raz zapędziłem w kozi róg, Alicja? Wciąż cierpliwie czekam.

– Czekasz na co? Na miłość boską, Mardżanow.

– Na to, że będziesz ze mną, to oczywiste!

– Oczywiste?!

No i proszę, znów wróciliśmy do naszego odwiecznego sporu.

– Jeszcze powiedz, że jesteś po uszy zakochana w tym swoim narcyzie koksowniku. W tej tępej Rybie!

Odwracam wzrok. Zna mnie zbyt dobrze.

– Tego, czego potrzebujesz, Śnieżna, u niego nie znajdziesz – słyszę zirytowany, uparty głos. – Tylko ja wiem, czego chcesz. Mam powiedzieć?

– Powiedz. Może się mylisz.

– Ciepła. Znam cię. I ja ci to dam.

Kiedy słyszy się prawdę, trudno udawać, że jest inaczej. Choć sama do końca nie wiem, czego chcę.

– Być może. Ale nie dasz go tylko mnie, prawda? – odpowiadam cicho. – Rozdasz go hojnie wszystkim, a ja tego nie zniosę. A co będzie potem? Będziesz jak ten Maksym szukać przygód w swoim nudnym życiu?

– Nie znasz mnie, Śniegu.

– Znam cię, o to właśnie chodzi.

Biorę plecak leżący u moich stóp i otwieram drzwi. Stawiając nogę na asfalcie, spoglądam na chłopaka. On wciąż na mnie patrzy, a ja czuję, że muszę to powiedzieć:

– Rusłan, nie jestem celem. Twój zapał minie i nic nie zostanie.

– Naprawdę nic?

– Nie, nie całkiem. Zostanie moja wdzięczność za dzisiejszy dzień i… za zupę. Romka ma z tobą szczęście, ja też. Po prostu wciąż nie mogę przywyknąć do tego, że dorosłeś.