SOVABOO

Siedem fałszywych randek!

Ch. 1: Rozdział 1, część 1

Rozdział 1, część 1

Capitolo 1/190%

Instagramowy orangutan

To nie miłość, mała. To wojna z pocałunkami.

Uniwersytecka sala sportowa szumiała i dudniła: gdzieś gwizdali trenerzy, łomotały piłki, ktoś piszczał na bieżni, jakby katowano go biegami przełajowymi. Minione ferie zimowe wyraźnie dobrze zrobiły studentom i energia w sali aż kipiała. Nic dziwnego, po noworocznych świętach nikomu nie chciało się wracać do socjologii i filozofii, nawet mnie – prymusce. Co dopiero mówić o innych...

– Hej, Demon, zasłona z prawej! Idź do przodu! Nie daj mu rzucić do kosza!

– Do mnie, Maks! Bierz piłkę!

Na jednej połowie sali chłopaki grali w koszykówkę, na drugiej dziewczyny rozgrzewały się asanami jogi. Podniosłam nogę z pozycji „pies z głową w dół” i spinka nie wytrzymała. Gęste jasne włosy rozsypały się po podłodze, a ja zaklęłam:

– Cholera! Tylko nie znowu!

Musiałam się podnieść, znaleźć spinkę i po raz trzeci zebrać długie włosy w wysoki kucyk. Wyszło mi niemal idealnie, kiedy obok ktoś parsknął śmiechem.

– Dziewczyny, patrzcie, Demoniec znowu się popisuje! – przyjaciółka skinęła w stronę chłopaków. – Pokazuje swoje parkourowe sztuczki, póki trener nie widzi!

– No, stara się jak do reklamy dezodorantu – przytaknęła druga. – Rzut do kosza, trzy spojrzenia w kamerę. Nie trafił, ale za to jak efektownie! Po co ten spektakl, jak myślicie?

Obejrzałam się i rzuciłam okiem na boisko do koszykówki, gdzie brykała banda chłopaków, skacząc i przepychając się ramionami. Zwłaszcza jeden z nich – ciemnowłosy, wysportowany chłopak z długą grzywką i zniewalającym uśmiechem gwiazdy wydziału, do którego lepiej nie podchodzić bez okularów przeciwsłonecznych, bo od jego zadowolonego z siebie uśmieszku można oślepnąć.

Denis Demoniec. Bezczelny, pewny siebie... nie do zniesienia!

Nie cierpię go. Nawet już nie pamiętam, od ilu lat – trzynastu czy dłużej?

Nawet nazwisko ma jak z taniej mangi o demonach i złych chłopcach z kaloryferami na brzuchu. A charakter... jeszcze gorszy! W szkole zdołał zdobyć tytuł „popularnej osobowości”, założyć grupę parkourowców, przez których dyrektorowi skakało ciśnienie i odbierało mowę, i być powodem, dla którego połowa dziewczyn na chemii zapominała tablicy Mendelejewa.

Myślicie, że go to obchodziło? Ani trochę! Biedny dyrektor przeżegnał się, kiedy Demoniec dostał świadectwo i zniknął na dobre w szerokim świecie.

Ale na uniwersytecie nic się nie zmieniło – Demoniec nadal pozostawał duszą imprez i chodzącym memem.

Z wyglądu idealny chłopak – wysoki, szeroki w ramionach, wysportowany. Rozumu też mu nie brakowało – niestety! Ciemna grzywka, niebieskie oczy, zadziorne spojrzenie i oczywiście firmowy uśmiech Demonca – idealny rząd zębów, w którym jeden kieł wyglądał jak element nie z tego świata. Cecha genetyczna zachowana w genomie w toku ewolucji od nieczystej siły do człowieka. Ten sam uśmiech, którego bezczelnie używał, żeby zdobywać uwagę dziewczyn i wypraszać u wykładowców wybaczenie za spóźnienia na zajęcia.

Cóż, trzeba przyznać, Demoniec umiał być czarujący. Tak bardzo, że chciało się wziąć tę jego charyzmę i starannie utopić w jogurcie. Jak w przedszkolu nakręcane autka w spłuczce... Bul-bul!

Skrzywiłam się, patrząc, jak kolejny raz nie trafia piłką do kosza, ale i tak urządza sobie zwycięski trucht superbohatera.

Pff! Co za paw?

– Tu nie ma nad czym myśleć – parsknęłam z uśmieszkiem, zwracając się do dziewczyn. – Stęsknił się biedaczek za uwagą pierwszoroczniaczek. Zaraz wyskoczy z szortów i zacznie się najciekawsze: piski, uwielbienie i transmisja na żywo w social mediach. Potem tylko brać je, póki rozgrzane, i zawracać im w głowach!

– No, przystojny jest, Di – wzruszyła ramionami Wika Żurawska, moja przyjaciółka. – Ja też nie odmówiłabym sobie widoku Demonca bez szortów. A jeśli jeszcze w social mediach... – marzycielsko błysnęła brązowymi oczami. – Tam zawsze można zrobić zooma i obejrzeć wszystkie szczegóły!

– Oj, szczegółów to i ja bym sobie nie odmówiła! – roześmiała się Daszka Berest.

A ja odwróciłam się, uniosłam ręce nad głowę i przeciągnęłam się, rozciągając mięśnie pleców. Zauważywszy, że trener patrzy w naszą stronę, splotłam palce i pochyliłam się, kołysząc z boku na bok.

Dziewczyny obok też zaczęły udawać, że pilnie ćwiczą.

– Dziewczyny, tylko nie mówcie, że podoba wam się ten zadufany paw! – burknęłam do przyjaciółek już z pochylenia. – Przez trzy lata studiów Demoniec nie miał ani jednego poważnego związku! Same przelotne zauroczenia, a w efekcie ciągnący się za nim sznur złamanych serc. Przecież żadna poważna dziewczyna nie uwierzy w jego śliczny uśmieszek! On aż krzyczy: jestem wolny i niczyj! żyję po to, żeby żywić się lajkami!

Wika też się pochyliła i spróbowała dosięgnąć łokciem własnej pięty.

– No, może nie podoba mi się do szaleństwa, ale wizualnie na pewno nie razi! – odpowiedziała, postękując. – A poza tym, skoro mam dwadzieścia lat, a rodzinę zamierzam zakładać nie wcześniej niż po trzydziestce... Więc, Koszkina, błagam cię... – przyjaciółka zachichotała. – Kogo to obchodzi?

– Aha! – przytaknęła Daszka i skinęła Wice w moją stronę. – Po prostu ktoś, nie będziemy wytykać palcem, od wszystkich facetów woli Koreańczyków, więc kręci nosem na przystojnych chłopaków!

Wyprostowałam się i stanęłam w „pozycji bogini”. Rozkładając dłonie na boki, uśmiechnęłam się krzywo do przyjaciółek:

– Tak, wolę. Są uprzejmi, mili i dobrze wychowani. A do tego romantyczni!

– Ale oni są niscy? – wydyszała Daszka, najwyższa z naszej trójki, ni to z wyrzutem, ni to z żalem.

– I co z tego? – poruszyłam ramionami. – Wielkości IQ ani zasad życiowych nie mierzy się centymetrami! Po prostu złościsz się, że Song Kang się żeni! – oznajmiłam przyjaciółce z poważną miną i od razu oberwałam poduszką do jogi w ramię. – Oj!

– On się nie żeni, tylko po prostu zbliża się z koleżanką z projektu! – oburzyła się Daszka. – A ożeni się ze mną! W innym życiu, jasne?!

Razem z Wiką zwaliłyśmy się na maty i roześmiałyśmy się. Uwielbiam swoje dziewczyny. Może i uległy urokowi Demonca, ale jeszcze się trzymały. Na razie.

Spojrzenia wszystkich zwróciły się ku boisku do koszykówki, gdzie gra trwała dalej i gdzie pewien ciemnowłosy Demon zawzięcie ściągał na siebie uwagę.

Capitolo 1 / 19