Capitolo 57
Rozdział 23, część 1
Na dworze ociepliło się, mróz zelżał, a na miasto opadał miękki, puszysty śnieg. Serce śpiewało, usta same się uśmiechały, a oddychać chciało się pełną piersią – tak żeby starczyło na zapas. Stałam z Artemem na alejce uniwersyteckiego parku ozdobionej noworocznymi girlandami; patrzyliśmy na siebie, trzymając się za ręce. Właśnie opowiedział mi, jak pusty wydał mu się własny dom bez zielonookiego Czyżyka i jak bardzo się cieszy, że pewnego dnia się w nim pojawiłam.
– Nigdy więcej nie puszczę cię samej, Anfisa. Nigdzie! Nie masz pojęcia, jak cierpiałem. Jak jakiś fetyszysta sprawdzałem, czy twoje rzeczy są na miejscu i czy tylko mi się nie zdawało, że zniknęły. Nie mogę uwierzyć, że tak długo żyłem bez ciebie. Zgadzam się spać na podłodze i kupować ci wszelkie słodycze, tylko już więcej nie odchodź.
– Nie odejdę.
– Za nic nie zgadniesz, gdzie spędziłem zeszłą noc.
Stałam, pławiąc się w wyznaniach Sokoła i byłam strasznie ciekawa, gdzie. Słowom Martynowa nie uwierzyłam. Naprawdę zbyt dobrze znałam swojego sąsiada, by nie zrozumieć, w czym dokładnie Sewa skłamał.
– No, gdzie?
– U ciebie w domu, Czyż – Artem uśmiechnął się. – Spałem w twoim łóżku i bardzo za tobą tęskniłem. Małe pobiły się przeze mnie i musieliśmy je z Robertem rozdzielać. U was w domu zawsze jest tak wesoło?
Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami.
– Właściwie to tak – wykrztusiłam, a potem zdumiałam się: – Co? Naprawdę pojechałeś do Gordiejewska?
– Naprawdę – uśmiechnął się Sokół. – Musiałem cię przecież znaleźć. I prawie mi się udało. Rodzice opowiedzieli mi o Matyldzie Iwanownej, ale nie chcieli mnie puścić z powrotem. Zresztą sam nie chciałem wracać bez ciebie. Twój ojciec kategorycznie odmówił podania adresu i numeru telefonu gospodyni przed ranem. Chyba nie wywarłem na nim wrażenia faceta godnego jego córki, skoro chciałem gnać za nią w ciemną noc.
– Tak, tata już taki jest – skinęłam głową. – Uwielbia brać odpowiedzialność za wszystkich. Nauczyciele mają to we krwi. Ale mylisz się, Artem! Jestem pewna, że bardzo mu się spodobałeś, inaczej nie zostawiłby cię w jednym pokoju z bratem. Po prostu się martwił.
– Swoją drogą, dzwoniłem do twojej gospodyni i powiedziała, że wie o mnie wszystko. I jeśli jestem tym spod znaku karo, który ma na pagonach dziewiątkę i asa kier, to ona nie ma nic przeciwko, żebym zabrał od niej Faneczkę. Co to może znaczyć, Czyż?
Roześmiałam się.
– Kierową… Kierową dziewiątkę i asa, Artem! Ach, ta babcia Motia! Koniecznie muszę cię z nią poznać, i z Miłą Francewną też. Te staruszki wczoraj napoiły mnie herbatą, wywróżyły mi przyszłość, a potem wysłały spać. Myślę, że to oznacza, Sokolski – wspięłam się na palce ku jego ustom – że do mnie pasujesz!
Miękki pocałunek, bardzo delikatny i długi. Ktoś ze studentów idących alejką rzucił żartem i wesołym śmiechem. O czym? O nas? Jakie to ma znaczenie, skoro świat wiruje, nogi się uginają i tylko silne ramiona przyciskające mnie do piersi chłopaka nie pozwalają mi upaść.
– Cała jesteś w śniegu, Czyż – Sokół uniósł rękę i przesunął dłonią po moich włosach. Zgarnął stopiony śnieg z moich policzków. – Fańka, Fania, Faneczka… – musnął moje usta i puścił. Znów lekko złapał je swoimi, przesunął po nich językiem i pocałował. Delikatnie przygryzł mój zarumieniony policzek.
– Artem, co ty robisz? – w tej czułości było coś nowego, zupełnie niepodobnego do Sokoła.
– Próbuję, jak smakujesz.
– I jak?
– Smakuje mi.
– Pfff…
– Bardzo! – dodał cicho i poprosił: – Czyż, przestań się rumienić. Po prostu postój spokojnie, dobrze?
Ale jak ustać spokojnie, kiedy ktoś tak otwarcie się tobą rozkoszuje? Palce same wplatają się w jego jasnobrązowe włosy, gładzą potylicę, szyję, a usta znajdują usta i odpowiadają. Zapominając o całym świecie, całują do szaleństwa.
– O Boże, Artem, przecież jesteśmy prawie na uniwersytecie! – próbowałam złapać oddech, ale gdzie tam!
Sokolski, śmiejąc się, przycisnął mnie do siebie.
– Mój tchórzliwy Czyżyk – powiedział po prostu. – Przepraszam, że kazałem ci się martwić. Że nie od razu znalazłem słowa, nie uspokoiłem cię. Potrzebowałem czasu, żeby zrozumieć, jak wiele dla mnie znaczysz. Sporo myślałem i muszę przyznać – miałaś rację. Nie wystarczy po prostu siebie pragnąć. Trzeba czuć drugą osobę, żyć nią. Zasypiać i budzić się, wrosnąć w nią. Uważać ją za swoją.
Ciepłe dłonie znów pogładziły moje włosy.
– Wierz mi, czułem to. Już dawno zrozumiałem, że jesteś dla mnie wyjątkowa, tylko nie od razu potrafiłem nazwać to uczucie. Żeby to zrobić, najpierw musiałem zostać sam…
– Fania! – znajomy głos zawołał mnie cicho z tyłu.
Obejrzałam się. Na alejce stała ciemnowłosa dziewczyna, gniotąc w dłoniach torbę; patrzyła na nas zgaszonym wzrokiem.
– Uliana? – odwróciłam się, czując skrępowanie. Moje własne emocje były tak żywe, a te brązowe oczy wydawały się martwe, niemal pozbawione życia.
– Fania, wszystko słyszałam. Waszą rozmowę z Martynowem – powiedziała Ulianka. – I wiem, co ci mówił przez telefon. Okazuje się, że zazdrość może zmusić nas do strasznych rzeczy, ja nie byłam wyjątkiem. Sama czuję do siebie obrzydzenie – wyznała niespodziewanie. – Możesz mi nie wierzyć, ale cieszę się, że Artem przeszkodził mu jeszcze bardziej cię skrzywdzić. Prosiłam Leszkę, żeby zdążył, ale nie wyjaśniłam, o co chodzi. Wyszło słabo i chyba śmiesznie – dziewczyna uśmiechnęła się smutno. – Za to Malwin dostał to, na co zasłużył.
– Ula…
– Powiedział mi, że gdyby nie brat, już byśmy się spotykali, i plótł o tym, jaka jestem miła i wyrozumiała. Że wszystko przez Leszkę i ten męski kodeks przyjaźni… uwierzyłam. Ale ze mnie idiotka! Fania, wybacz mi, jeśli potrafisz. Malwin to naprawdę kawał drania.
Drgnęłam, chcąc podejść, ale Ulianka pokręciła głową.
– Nie trzeba, Czyżyk, nie teraz. Bo się rozryczę i Artem będzie musiał mnie od ciebie odrywać. A nie chcę wam przeszkadzać.
Odwróciła się i odeszła, niemal pobiegła alejką. Patrzyłam za nią, a Sokół obejmował mnie za ramiona, jakby bał się mnie puścić.
– Czyż, chodźmy do domu – pocałował mnie w potylicę. – Będziecie jeszcze mieli czas, żeby wszystko sobie wyjaśnić. Myślę, że ona ma rację, teraz lepiej będzie, jeśli zostanie sama.
***
Tym razem nie spieszyliśmy się z Artemem do domu. Może dlatego, że mieliśmy o czym rozmawiać, a może dlatego, że rozkoszowaliśmy się samą myślą o powrocie. Już nie prosiłam go, żeby mnie nie dotykał; kilka razy zatrzymywaliśmy samochód na poboczu, by zatracić się w sobie nawzajem. Sama dotykałam mojego Sokoła – gładziłam jego dłoń na kierownicy, patrzyłam na surowy profil i całowałam, całowałam, gdy nie mogłam już dłużej wytrzymać.
– Fańka, jesteś jak jabłuszko! Aż chce się cię zjeść!
– To zjedz! – wyskoczyłam pierwsza z auta i zaczęłam się cofać w stronę klatki. Szeroki uśmiech nie schodził mi z twarzy. Chłopak idący za mną był oszałamiająco przystojny. Mój szarooki łowca, który złapał zwinnego czyżyka. Uwielbiałam czuć na sobie jego skupiony wzrok, w którym mieszały się czułość i pożądanie. Szalone połączenie, zdolne roztopić każde serce.
– Ach, doprosisz się, Czyż… Tylko nie wyląduj w zaspie jak ostatnim razem, bo cię zasypię śniegiem!
– Oj! – nawet nie zauważyłam, kiedy wpadłam plecami na jakąś staruszkę. Okazała się starą znajomą – tą samą Müller Pietrowna, która kiedyś wpuściła nieznajomą dziewczynę na klatkę w zaułku Fiedosiejewa. Oczywiście mnie poznała. Spojrzała na nas z Artemem ze zdumieniem, chowając pod pachą ciemnego futra siatkę z mlekiem i bochenkiem chleba.
– A ty co? Z nim? – zadała niedyskretne pytanie, uznając powitanie za zbędne. – Z naszym piłkarzem?
No, te staruszki! Wszystkie takie same! Co za ciekawski naród!
Wzruszyłam ramionami, uśmiechając się do kobiety:
– Dzień dobry! Na to wygląda – obejrzałam się na Artema, który zdążył już podejść i mnie objąć. – O! – dodałam nie wiedzieć czemu z dumą, obejmując go w pasie.
– Ty popatrz, co się wyrabia… – zdumiała się Petrowna, mrużąc podejrzliwie oko za okularami. – Wiedziałam, że nie bez powodu do Iwanowów przyjechałaś! Upolowała chłopaka! No, ta Luska! Ależ z twojej ciotki szczwany lis! W zeszłym roku ożeniła syna z bibliotekarką z drugiego piętra, potem wydała siostrzenicę za naszego Wicka-tirowca z piątego, a teraz, znaczy, i drugą, ładniejszą, postanowiła dobrze ją ustawić?.. Jutro jej powiem, niech mi stawia! Butelkę na Nowy Rok! Bo co to ma być – wszyscy wygrani, a Petrowna ma za darmo klatki pilnować? Swoją drogą, niespodzianka tam na was czeka – wskazała palcem gdzieś w górę i poczłapała dalej ścieżką, mrucząc coś pod nosem.
Jaka niespodzianka? Gdzie? Spojrzeliśmy po sobie z Sokołem, odprowadziliśmy staruszkę uśmiechami i weszliśmy do bloku. Znów całowaliśmy się jak szaleni, zapominając o całym świecie, gdy winda niosła nas na siódme piętro. Nie od razu usłyszeliśmy krzyki i odgłosy szamotaniny dobiegające z korytarza…
– Co?! To my jesteśmy nawiedzonymi małolatami?! Sama jesteś tramwajowa chamka! Zaraz nam za wszystko odpowiesz! Julka, lej ją!
– Aaa! Władka! Ona mnie podrapała!
– Gadzie! Przez ciebie złamałam paznokieć! Aj! Puść moje włosy!
– Ani myślę! Będziesz wiedzieć, ty tleniona kozo, jak tu przychodzić! On jest nasz, jasne?! My go pierwsze znalazłyśmy i od dwóch lat pilnujemy!
– Dokładnie! Figę dostaniesz, a nie naszego Sokoła! Przylazła sobie! Jeszcze z manatkami! A morda ci się nie wykrzywi od tej bezczelności? Co za bezczelna kura!
– Aaa!
– Oj!
– Masz!
Ilonka siedziała w rozkroku na podłodze, a obok leżała otwarta walizka. Dwie dziewczyny, te same fanki, z którymi miałam już kiedyś wątpliwą przyjemność się zetknąć, stały nad nią, trzymając ją za blond włosy i nie przestając wrzeszczeć. Cały korytarz zasypany był modnymi ciuchami córki Susanny. Na ścianie, lśniąc świeżą farbą, pysznił się nowy napis: „Sokół – miłość na zawsze!”.