Rozdział 6
Wystarczyła mi chwila, żeby zobaczyć przybraną siostrę oczami Woropajewa i wściec się. Ocenić, z jaką zwinnością rzucił się do dziewczyny, i zacisnąć usta w cienką linię: zdecydowanie zamierzał jej pomóc. Poczułem, jak nabrzmiewają mi żwacze na policzkach i jak dłonie zaciskają się w pięści. Jak napina się plecy. Z Sieriożą pierwszy raz staliśmy i patrzyliśmy na siebie szczególnym spojrzeniem. Jakbyśmy czekali, tylko na co?
– Jasne. To chociaż oddaj Lence stanik, skoro nie chcesz tu niczego wyjaśniać. Wygrałeś.
Nie był głupi i od razu zrozumiał, że nie pozwolę mu jej dotknąć, mojej przybranej siostry. Myślę, że wyraźnie było to widać w moich oczach. Sam nie zamierzałem jej pomagać, ale nie miałem też zamiaru pozwolić najlepszemu kumplowi tego zrobić. Nie teraz, kiedy jestem obok! Niewyjaśniona złość gotowała się we mnie, bulgotała we krwi cichą furią, a ja nie mogłem zrozumieć jej przyczyny. Nie mogłem już znieść ukośnych spojrzeń kolegów z klasy, skierowanych na smukłe udo pod podciągniętą spódnicą, bliskiej obecności dziewczyny… i własnej bezczynności.
Ona jest dla mnie nikim. Nikim. Nikim!
Dziewczynę wyprowadził ktoś z jej nowych znajomych, ledwie to zauważyłem, za to poczułem, jak niezrozumiałe napięcie mnie puszcza. Nie było jej już w szkolnej stołówce, a w głowie wciąż tłukła się tylko jedna myśl: „Co, do cholery, się ze mną dzieje?”
– Frol, może wyjaśnisz, co się dzieje? To przecież była twoja przybrana siostra, czy mi się wydawało?
Sierioża powiedział to cicho, podchodząc bliżej, ale ja już odpychałem go w ramię, wychodząc ze stołówki:
– Spierdalaj, Siwy! Nie twoja sprawa!..
…Nie pieprzona sprawa Woropajewa, dlaczego drugą godzinę sterczałem na sali gimnastycznej zamiast po treningu iść do domu. Siódma lekcja dawno się skończyła, a ja wciąż uderzałem i uderzałem w worek bokserski, wyładowując na nim złość, starając się nie pamiętać o obietnicy danej matce. Nie pamiętać o Starym, o nieznajomej chorej staruszce i jej znienawidzonej wnuczce, która wkradła się do moich myśli…
Nie wiedzieć, nie widzieć, nie myśleć? Nie pamiętać? Do diabła! Nie chciałem jej czuć, oto co okazało się najważniejsze. Z całą resztą dało się żyć.
Stała na przystanku. W białej czapce, jasnej kurteczce i nowych kozaczkach. Dreptała, podskakiwała w miejscu, wypatrując mnie wśród przechodniów, z niecierpliwości wspinając się na palce, a kiedy mnie zauważyła, speszyła się. Albo umiejętnie odegrała speszenie, cofając się. Tam, gdzie już dawno powinna była schronić się przed wiatrem pod wiatą.
Zatrzymałem się i zapaliłem, odpowiadając na jej oczekiwanie obojętnym spojrzeniem. Zarzuciwszy torbę na ramię, odwróciłem się ku poboczu drogi. Zimny wiatr igrał moimi włosami, kąsał policzki kłującą mżawką, zasypując krawężniki i chodniki białą, ziarnistą kruszonką... Po treningu mięśnie paliły, a krew w żyłach nie zdążyła jeszcze ostygnąć, rozgrzewając skórę, ale i tak podniosłem kołnierz kurtki i opuściłem brodę, nie chcąc oddawać wiatrowi tego ciepła. Nagle przestraszony, że może wyziębić ze mnie irytację - niejasną i ostrą, nową. Która nigdzie nie zniknęła, tylko znów tliła się wewnątrz niegasnącym ogniskiem w niebezpiecznej bliskości dziewczyny.
– C-cześć. Pomyślałam, że coś się stało. Lekcje się skończyły, a ty wciąż nie szedłeś i nie szedłeś… I nie wiedziałam, co robić.
Bardziej domyśliłem się z ruchu jej warg, niż usłyszałem głos, tak cicho mówiła. Minęło dziesięć minut, zanim dziewczyna zebrała odwagę, żeby podejść, a teraz stała przy moim ramieniu, z niepokojem zaglądając mi w twarz, jeszcze bardziej drażniąc swoją bliskością.
Dobrze, że tak łatwo było ją odepchnąć. O wiele łatwiej niż zmusić się, żeby na nią nie patrzeć.
– Zdaje się, Szkielecie, prosiłem, żebyś się do mnie nie zbliżała.
– Tak. Ale przecież nikogo tu nie ma? I martwiłam się.
– Bez różnicy. Nigdy ze mną nie rozmawiaj, słyszysz? Nigdy. I nie podchodź.
– Ja tylko chciałam…
– Mam gdzieś, czego chciałaś! Jak byłaś dla mnie nikim, tak nikim zostaniesz. I matka nie będzie mi tu rozkazywać! Nie jestem jej przewodnikiem, żeby prowadzać cię za rękę.
Podjechał autobus, a ja milcząco stanąłem na stopniu, odrzuciwszy papierosa na bok. Zapłaciwszy za siebie konduktorowi, przeszedłem na pustą tylną platformę, żeby rzucić torbę na wolne siedzenie. Dziewczyna weszła za mną do przestronnego wnętrza i teraz grzebała w kieszeniach nowej kurtki, szukając pieniędzy, które dała jej macocha. Jej policzki się zaróżowiły, a usta zacisnęły, ale było mi wszystko jedno. Nie wstydziłem się swoich słów. To była jej krzywda i jej wina - okazać się córką ojczyma. Nieproszonym gościem w naszym nowym domu. W mojej rodzinie i moim życiu, w którym nie zamierzałem znosić tej, która chciała zabrać mi jego część.
Oparłszy się ramieniem o poręcz, odwróciłem się i wpatrzyłem w okno, przypominając sobie nasze spotkanie z Lenką. W ten sposób chcąc wymazać z pamięci istnienie przybranej siostry, jeśli nie na zawsze, to chociaż na czas podróży.
Nie odważyła się podejść. O tej przedwieczornej porze autobus był półpusty, a dziewczyna, rozejrzawszy się na boki, usiadła pośrodku, nieśmiało zerkając na mnie przez ramię, jakby bała się, że w pewnej chwili zniknę i zostawię ją samą.
Oczywiście ich zauważyłem. Młodych chłopaków, którzy wesoło przepychali się na przystanku i śmiali, rzucając w stronę Elfa ukośne spojrzenia. Nigdy wcześniej ich nie widziałem, ale co z tego? Czerechino przyciągało wielu, może czekały ich ważne sprawy na przedmieściach. Nieważne. Nie obchodził mnie żaden z nich, dopóki nagle nie usłyszałem:
– Cześć, malutka. Dokąd to jedziemy z miasta?
– Taka ładna dziewczyna i bez ochrony, nieładnie.
Było ich dwóch, niewiele starszych ode mnie. Około osiemnastu lat. I humor chłopaków świetnie pasował do zainteresowania młodziutką nieznajomą. Ledwie na nich spojrzałem, od razu poczułem cudzy zapał. Ten sam, który dziś zaprowadził mnie do Lenki i zaprowadzi jeszcze do wielu po niej. I nic dobrego dla Szkieletki w tym nie było.
Dziewczyna przestraszona odwróciła głowę, patrząc na mnie. W zimowy dzień na dworze było już dość ciemno, żebym bez trudu zobaczył jej niepokój w odbiciu szyby, natychmiast zapominając o swojej szkolnej przygodzie w toalecie i głupim zakładzie. O wszystkim, co jeszcze sekundę wcześniej tak zaprzątało myśli.
Chłopaki spytali przybraną siostrę, jak ma na imię, całkiem pokojowo i wesoło, swoim zachowaniem nie wzbudzając napięcia u nielicznych pasażerów, ale ona i tak zsunęła się z siedzenia i cofnęła w moją stronę. Zrobiła krok, zbliżając się do mnie, lecz nagle zatrzymała się, jakby natknęła się na niewidzialną ścianę, odwróciła się i znów usiadła przy oknie. Przycisnąwszy torbę do piersi, wpatrzyła się w migające za oknem drzewa.
Naiwna. Czy ona naprawdę myśli, że tak łatwo odpuszczą? Ci, którzy już zobaczyli twoje oczy? Dla nich jesteś zbyt łatwą zdobyczą, z którą gra już się zaczęła. Nie, wszystko nie skończy się tak prosto ani dla ciebie, ani dla mnie.