SOVABOO

Tylko ty

Ch. 9: Rozdział 9

Rozdział 9

Capitolo 9/46 · Pagina 1 di 217%

Następnego ranka uciekłam do szkoły jeszcze wcześniej niż zwykle (rodzice wyjeżdżali w delegację, a ja niezręcznie pocałowałam macochę w policzek, pesząc ją swoją czułością i nagle sama się pesząc), jak już miałam w zwyczaju, przebiegłam piękną, zasypaną śniegiem ulicą Czerechina i śmiało wskoczyłam do pierwszego autobusu. Stas sam znalazł mnie przy szkolnej szatni, zastępując mi drogę szerokimi ramionami i lekko odsuwając na bok. Powiedział bezbarwnie, jakby zwracał się do niewidzialnej osoby, nawet nie czekając, aż podniosę na niego zdziwione spojrzenie:

– Dzisiaj przyjdą do mnie przyjaciele. Mam nadzieję, Szkielecie, że nie będziesz głupia i zaszyjesz się gdzieś jak mysz. I tylko spróbuj choć słowem pisnąć ojcu z matką o imprezie, pożałujesz…

– Czego ten paw chciał od ciebie, Nastia? Widziałaś, jak ważnie się odwrócił? Prawie wpadł na Pietkę. Frolow co, całkiem oślepł?

Przed Daszką niewiele dało się ukryć, więc i teraz, zbierając się na lekcję, przyjaciółka ponuro patrzyła w plecy Stasa, nie wyobrażając sobie, jaka panika podniosła się w mojej duszy po jego słowach. Jak niepotrzebna i niechciana nagle się poczułam. Jak ziarenko piasku, które znów trafiło z brzegu do morza i teraz powoli opadało na dno.

Impreza? W domu macochy? Przecież rodzice obiecali przyjechać przed nocą, jeśli nic ich nie zatrzyma. Galina Jurjewna sama rano powiedziała, że postara się wrócić! Że na Stasa nie ma co liczyć, choć obiecał się poprawić. Koniecznie wrócić, zostało tylko uruchomić linię z nowym, kosztownym sprzętem i otrzymać na wyjściu pierwszą partię wyrobów… A ojciec milczał.

– Ch-chyba pomylił mnie z kimś innym – skłamałam Daszce, odwracając wzrok.

Kłamać nigdy nie umiałam i czułam się okropnie. Razem z przyjaciółką poszłam na lekcję, przez własne przeżycia ledwie zauważając, jak dostałam piątkę za referat i czwórkę z angielskiego, i jak dziwnie patrzyła na mnie Marinka, znowu szepcząc coś z dziewczynami. Na treningu nijak nie udawało jej się złapać mnie za kolana, kiedy z mostka przechodziłam do stania na rękach, i raz za razem boleśnie uderzałam piętami o podłogę, nie zdoławszy utrzymać równowagi.

– Nie znoszę tej zadufanej Woropajewej. I czego ona się tak na ciebie uwzięła?

– Nie wiem, Dasz, ale wszystko mi jedno.

– A mnie nie! Ona cię, Nastia, połamie, a Albina Pawłowna ze swoją bujną wyobraźnią nawet tego nie zauważy! Też coś wymyśliła! My tu jesteśmy gimnastyczki czy co?! Niech się wyżywa w swojej szkole choreograficznej, a my się na coś takiego nie pisałyśmy!

– Przecież ona chce jak najlepiej. To jej praca.

– Ona tak, ale Woropajewa - nie jestem pewna. Tamtej tylko pierwsze role podawaj, a tu ty ze swoją gibkością.

Wychodziłyśmy już ze szkoły i Daszka, zbiegając po stopniach ganku, jak zawsze zapytała, niby mimochodem zerkając w stronę Zbrujewa drepczącego na alejce:

– Do domu, Nastia?

Nie zamierzałam iść do domu i nie zamierzałam już więcej okłamywać przyjaciółki, więc odpowiedziałam szczerze:

– Nie, do szpitala, do babci. Tata nie będzie mógł jej dzisiaj odwiedzić, więc sama zajrzę.

– No to pa! Do poniedziałku! Pozdrów babcię!

– Pa! Na pewno pozdrowię!

W kalendarzu był piątek i szkoła szybko pustoszała. Jeszcze raz pomachawszy na pożegnanie Daszce i Zbrujewowi, poprawiłam czapkę, zawiązałam ciaśniej szalik i ruszyłam ku prospektowi. Szpital, w którym leżała babcia, znajdował się w odległości dwóch przystanków autobusowych. Kilka razy po lekcjach ojciec spotykał mnie przy szkole, żeby odwiedzić matkę, i uznałam, że bez trudu mogę przejść się znajomą trasą. Zwłaszcza że dopiero minęła trzecia po południu, ulica gwarno szumiała, a po ostrzeżeniu przybranego brata wcale nie chciało mi się iść do domu.

– Nie, dziewczyno, nie tutaj. Dzisiaj Ninę Matwiejewą przeniesiono na inny oddział, zejdź piętro niżej…

– Dziękuję…

Z oddziału kardiologii babcię przeniesiono na oddział internistyczny. Ostrożnie przeszłam korytarzem i otworzyłam drzwi nieznanej sali. W ostatnich dniach babcia poczuła się znacznie lepiej, ale i tak wydawała się chora i słaba.

– No i jak ci u ojca, wnuczko?

A tak bardzo nie chciałam jej martwić.

– Dobrze.

Siedziałam przy szpitalnym łóżku i trzymałam babcię za rękę. Rozmawiałyśmy o tym i owym, ale bardziej patrzyłyśmy na siebie i uśmiechałyśmy się.

– Grisza mówi, że Gala cię nie krzywdzi i przyjęła jak rodzoną córkę. Nawet nowe ubrania kupiła i podręczniki. Niech jej Bóg da zdrowie! A tak się bałam, że cię nie polubi. W końcu jesteś dla niej obca krew…

– Tak, Galina Jurjewna jest bardzo dobra. Bardzo, bardzo!

– A jeszcze mówi, że zaprzyjaźniłaś się ze Stasem. Przystojny chłopak u Galiny, oglądałam zdjęcia. Ładny. Pewnie w szkole dziewczyny nie mogą się od niego opędzić? Pewnie zadziera nosa na każdym rogu? Znam ja takich przystojniaków. Uważaj, Nastieńko, nie zakochaj się, bo ty u mnie domowa dziewczynka. Zakochasz się i co my zrobimy?

Ta rozmowa była dla nas niezwykła i speszyłam się. Wzruszyłam ramionami, nieśmiało chowając oczy, nagle czując, jak oblewam się rumieńcem.

– Babciu, przestań. Ja mu się nawet nie podobam. Prawie nie rozmawiamy, Stas ma w szkole swoich przyjaciół. Szczerze mówiąc, nie bardzo się ze mnie cieszy, ale ja się nie obrażam.

– I słusznie! I nie trzeba! Masz Jegorkę. Dobry chłopak rośnie! Wrócimy do miasta, opowiesz mu, jak tutaj żyłaś i co widziałaś. Stęskniłaś się pewnie za Jegorem?

– Bardzo! – to była prawda i szeroko się uśmiechnęłam, przypomniawszy sobie sympatyczną, niebieskooką twarz mojego sąsiada i towarzysza dziecięcych zabaw. Chudą, niezgrabną figurę, śmiejące się usta i włosy sterczące jasnym jeżykiem. – Jeszcze jak się stęskniłam!

Babcia nagle posmutniała. Czasem nachodziła ją chwilowa chandra, więc mocniej ścisnęłam jej ciepłe, suche palce, nie chcąc niczym jej zmartwić.

– No co ty, babciu? Przecież wszystko dobrze! Jestem tutaj, z tobą, i tata na pewno do ciebie przyjdzie, zobaczysz! Po prostu dzisiaj nie może!

– Wiem przecież. Nie tym się smucę, Nastieńko. Patrzę na ciebie, a widzę Anieczkę. Jako mała byłaś podobna do matki, a teraz jesteś do niej wykapana. Anieczka miała takie same żywe oczy - duże, niebieskie, promienne. Takie jak ty, wnuczko. I włosy niezwykłej urody. Miękkie, falujące, spływające do talii falą ciemnego blondu, wszyscy chłopcy się za nią oglądali. Ech, po co pozwoliłam ci je obciąć? Stara idiotka ze mnie.

– Babciu, opowiedz o mamie, wcale jej nie pamiętam.

– Nastieńko, przecież tyle razy już opowiadałam.

– Wszystko jedno. Opowiedz jeszcze raz! Tak za nią tęsknię.

– Moje dziecko…

– No proszę! Opowiedz, jak poznali się z tatą! To prawda, że chodzili do jednej szkoły?

Oczywiście znałam odpowiedź. Ale tak bardzo chciałam usłyszeć to wszystko jeszcze raz!

Capitolo 9 / 46 · Pagina 1 di 2