SOVABOO

Niespodzianka dla profesora

Ch. 4: 4. Artystka

4. Artystka

Rozdział 4/388%

W kawiarni było ciepło, jasno i zaskakująco przytulnie. Meble z naturalnego drewna, beton, czarna ściana pokryta różnobarwnymi rysunkami, lampy w kształcie odwróconych filiżanek do kawy i ogromne okna. Białe, czarne, jasnobrązowe… jasne.

Poczułam się jak brudaska, która trafiła do cudownego pałacu pełnego czarodziejskich aromatów kawy, cynamonu i świeżych wypieków. Żołądek natychmiast odpowiedział niezadowolonym burczeniem, przypominając, że przespałam swoje śniadanie. Przestąpiłam z nogi na nogę, stając w kałuży wody, która spłynęła ze mnie, całej przemokniętej.

Miałam ochotę stąd uciec, zanim ktoś mnie zauważy i wyrzuci za drzwi, a Książę zagadał się z miłą dziewczyną za barem. Zrobiłam krok w stronę wyjścia, przy którym ten uzurpator i dowódca mnie zostawił, nakazując mi stać i nawet nie myśleć o wyjściu.

Akurat będę go słuchać. Kiedy miałabym teraz pić kawę i zagryzać bułeczki? Muszę szukać Basi. A przy okazji ukatrupić te głupie kury, które nie potrafią trzymać języka za zębami, a jeszcze zdołały wciągnąć dziecko w swoje intrygi.

Nie pozwolono mi jednak uciec. Profesor jakby wyczuł moje zamiary, oderwał się od baristki, wielkimi krokami pokonał dzielącą nas odległość, chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą na drugie piętro po śnieżnobiałych schodach ukrytych za barem.

Nie zdążyłam nawet zaprotestować, a i tak ledwie za nim nadążałam. Co to w ogóle za zachowanie profesora z jednej z najlepszych uczelni pedagogicznych w kraju? Jak on traktuje studentów? Czy jestem dla niego walizką, żeby ciągnął mnie za sobą, jak mu się podoba?

— Nawet nie próbuj — rzucił ze złością, wyciągając mnie na drugie piętro, gdzie znajdowała się kolejna sala, bardziej kameralna i przytulna.

Kolejna znajdowała się po lewej. Po prawej zaś — wąski korytarzyk, w który pociągnął mnie szalony profesor.

No dobrze, oczywiście podejrzewaliśmy, że coś jest z nim mocno nie tak, ale żeby aż tak…

— Platonie Danyłowiczu! — oburzyłam się, gdy profesor dosłownie wepchnął mnie do małego pomieszczenia, bardziej przypominającego schowek na mopy, tyle że zamiast mopów były w nim ubrania.

— Przebieraj się — warknął. — Wszystko jest czyste — dodał i trzasnął drzwiami.

Aż podskoczyłam, odruchowo cofając się, i plecami wpadłam na wieszak z ubraniami, który zwalił mi się na głowę, zasypując mnie stertą czyichś rzeczy. Nawet jeśli czystych. Po spotkaniu z moim mokrym ciałem i raczej niesterylną podłogą było to jednak bardzo wątpliwe stwierdzenie.

Nie wytrzymałam i zsunęłam się po ścianie, ledwie powstrzymując śmiech. Jeszcze chwila, a wpadnę w histerię.

— Jaskółko, do jasnej cholery, czemu siedzisz na podłodze? — W drzwiach pojawił się profesor, wyraźnie zaskoczony tym, że znalazł mnie na podłodze.

Pewnie przybiegł na hałas.

— Ja… to… samo… spadło — a kiedy spojrzałam w chytre, przymrużone profesorskie oczy, w których wyraźnie malowało się coś w rodzaju: „I czemu wcale mnie to nie dziwi?”, wybuchnęłam śmiechem, chowając twarz w pierwszą lepszą koszulę.

— Nie dziewczyna, tylko drzazga w dupie — mruknął ten… ten Książę.

I zrobił krok w moją stronę.

Jednym szarpnięciem oderwał mnie od podłogi i postawił na nogi, a jego dotyk poraził mnie jak prąd płynący przez odsłonięte przewody — od czubka głowy aż po pięty. Tak mną trzepnęło, że zdawało mi się, iż świat na moment zniknął. Przed oczami rozbłysły setki iskier.

Ale profesor się tym nie przejął. Tylko porządnie mną potrząsnął, zmuszając mnie, żebym zakrztusiła się własnym śmiechem i zamknęła oczy, żeby rozgonić te przeklęte iskry. I przede wszystkim nie patrzeć — za nic w świecie nie patrzeć na Księcia. Wystarczy, że spojrzę mu w oczy, a wszystko o mnie zrozumie — także to, jak dziwnie moje ciało reaguje na jego bliskość.

— Koniec histerii, Jaskółko. Przebierz się w cokolwiek. Masz pięć minut, inaczej sam cię przebiorę — powiedział niemal ze złością i puścił mnie.

Tym razem nie trzasnął drzwiami. A ja wreszcie mogłam oddychać i myśleć.

Basia. Muszę znaleźć Basię. Profesor obiecał pomóc.

Myśl o Basi otrzeźwiła mnie i przebrałam się w trzy minuty (profesor mierzył czas i z zadowoleniem prychnął, kiedy wyszłam z zaplecza w dżinsach i jasnym golfie), tylko włosów nie zdążyłam ogarnąć, więc zostawiłam je rozpuszczone.

— No dobrze, słucham. — Odchylił się na oparcie krzesła i utkwił we mnie niezwykle uważne, choć niezbyt przyjemne spojrzenie.

Poruszyłam się niespokojnie na krześle, czując się niezręcznie pod tym czujnym spojrzeniem, które prześwietlało mnie jak rentgen. Nie zdziwiłabym się, gdyby naprawdę nim było.

— Zaginęło mi dziecko — wydusiłam, naciągając rękawy golfa aż po same czubki palców.

Profesor to zauważył, zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział.

— Dziewczynka, dziesięć lat. Ma na imię Basia.

— Znaki szczególne? W co była ubrana? Kiedy zniknęła?

— Nie wiem. Rano nie było jej w pokoju. Łóżko było pościelone. Brakuje części jej rzeczy. Dlatego nie wiem, w co dokładnie była ubrana.

— Jaskółko — nagle pochylił się w moją stronę, a w jego głosie kruszył się arktyczny lód — jak mogłaś nie zauważyć, że zniknęła ci córka?

— Ona nie… — urwałam, napotykając pociemniałe od złości spojrzenie.

Książę uznał, że jestem kiepską matką — widziałam to po jego oczach. A z przyjemnością posłałabym go do diabła, gdybym dodzwoniła się do Romka. Ale po nocnej zmianie zapadał w sen zimowy jak niedźwiedź, więc dzwonienie do niego nie miało sensu.

— Ona ze mną nie mieszka. Pewnie uciekła i…

— Dlaczego z tobą nie mieszka?

— A jakie to ma znaczenie?! — wściekłam się.

Czas płynął jak woda, a ja wciąż niczego nie zrobiłam.

Westchnął i znów stał się sobą: zdystansowanym i chłodnym. Tym profesorem, którego znałam jeszcze parę godzin wcześniej. No i świetnie. Odmówi pomocy? A niech spada. Poradzę sobie bez niego.

— Jest zdjęcie?

Nie od razu zrozumiałam, o co mu chodzi, zbyt zajęta byłam urządzaniem mu w myślach linczu.

— Co?

— Mówię: dawaj zdjęcie.

— A… tak, już.

Zanurkowałam do plecaka i wyjęłam notes, w którym było jedno jedyne zdjęcie. Na nim jadłyśmy z Basią lody. No, właściwie jadłyśmy… ja z nosem w lodach śmietankowych, a ona z zadowoloną mordką. Nieważne. Najważniejsza była tu nie ja, tylko Basia.

Profesor wziął fotografię i… zawiesił się. Mój laptop zwykle tak ma, kiedy zaczyna wariować: obraz po prostu zastyga. Platon Danyłowicz najwyraźniej nawet oddychał na raty. Ciekawe, co tak go wstrząsnęło? Mało prawdopodobne, żeby moja nieziemska uroda.

— Ciekawe — Książę wreszcie się odwiesił, kiedy ja już na serio zaczęłam rozważać polanie go wodą ze stojącej przede mną szklanki. — Nie z domu dziecka, a nawet matka się znalazła. Niesamowite.

Mówił, zsuwając okulary na czoło. Zmęczonym gestem przetarł oczy, a potem spojrzał na mnie jak inkwizytor na czarownicę: jakby już wydał na mnie wyrok i właśnie go wykonał.

Rozdział 4 / 38