SOVABOO

Domyślnie szczęśliwa

Ch. 3: Rozdział 3

Rozdział 3

Rozdział 3/39 · Strona 2 z 26%

— Miło mi poznać! A ja jestem Wróżeczka. Wróżka Siergiejewna i dzwonię do państwa w sprawie mieszkania! Mam nadzieję, że nie macie uprzedzeń wobec stworzeń natury metafizycznej? Czasem lubię wlatywać przez okna!

— Ależ skąd! — dziewczyna po drugiej stronie linii dźwięcznie się roześmiała i od razu zrobiło mi się lżej. — Oczywiście, że nie! Będzie nam bardzo miło pani pomóc!

Opowiedziałam, które ogłoszenie mnie interesuje, i umówiłam się ze Śnieżynką za dwie godziny pod wskazanym przez nią adresem. Pod koniec rozmowy w fotelu roboczym czekał już na mnie klient, więc z radosnym drżeniem w środku wróciłam do pracy. Uśmiechałam się do klienta tak szeroko, że na koniec usługi, kiedy modelowałam mu fryzurę woskiem, nie poskąpił napiwku i nagle zaproponował wspólną kolację.

No już bez przesady, mężczyźni po trzydziestym piątym roku życia, żonaci i z dziećmi z zasady mnie nie interesują. Tak mu też powiedziałam, ale za napiwek podziękowałam. Jeszcze brakowało, żebym pchała nos w cudze szczęście, nawet jeśli takie niepewne.

Moja malutka „Daewoo Matiz” nie zawiodła i odpaliła prawie od razu. Chuchałam na ręce, na szybę i trochę poskakałam wokół samochodu, pozwalając mu porządnie się rozgrzać, a nogom rozruszać po długim dniu. Kiedy już wyjechałam z parkingu i pędziłam aleją na spotkanie ze Śnieżynką, lawirując w korkach, nagle pomyślałam: a co, jeśli przyjedzie w gronostajowym futerku, sarafanie i kokoszniku? No bo różnie bywa. Jak mam się zachować? Czy wypada dalej ciągnąć grę?

Głupie to przecież, ogólnie rzecz biorąc. Dorośli ludzie!

Ale dziewczyna przyjechała bez kokosznika. Wyfrunęła z białego jeepa „Nissan” — młoda i ładna, z rumianymi policzkami, w białej puchówce, dżinsach, białej futrzanej czapce i puchatych botkach w srebrne śnieżynki. Żartować nie zaczęła, przedstawiła się jako Alona Morozowa, pośredniczka i starsza koordynatorka agencji „Dziadek Mróz”. Profesjonalnie uścisnęła mi dłoń i od razu poprowadziła do nowego, wysokiego apartamentowca, żeby pokazać mieszkanie.

O rany, jaki dziedziniec! Och, jaki parking! I jeszcze każdy ma wyznaczone własne miejsce? Przecież to świetne!

Mieszkanie okazało się na trzynastym piętrze i było dokładnie takie, jak je sobie wyobraziłam. Kropka w kropkę jak na zdjęciach ze strony — nic dodać, nic ująć. Cudo! Jęknęłam, zobaczywszy kuchnię. Westchnęłam, wychyliwszy głowę na balkon. Pisnęłam, kręcąc się i podskakując na puszystym dywanie pod pięknym żyrandolem, i rozłożyłam ręce, zauważywszy na stole przed sobą dwie kartki papieru, które uprzejmie położyła moja przewodniczka.

— To umowa? — domyśliłam się.

— Zgadza się! — Alona Morozowa pokazała równe ząbki i podała mi pióro do atramentu z długim bażancim piórem. Słowo daję, znów otworzyłam usta. — No więc, Wróżko Siergiejewno? Płacimy i podpisujemy? — spytała chytrze. — Widzę przecież, że wieżyczka pani się spodobała.

Spodobała mi się, podobnie jak humor dziewczyny. Ale się zdziwiłam. Nie żeby bardzo, ale element zaskoczenia był.

— Właściwie to jestem Natalia Fiejakina — trochę się speszyłam. — A co, trzeba podpisać od razu?

— Niestety! — dziewczyna wzruszyła ramionami i postukała palcem w tarczę zegarka na ręku. Spojrzała na mnie. — Proszę wziąć pod uwagę, że oferta jest aktualna jeszcze przez dziesięć minut.

— I tyle? A co potem?

— Potem traci ważność.

— Ale proszę zaczekać… jak to dziesięć minut? Dlaczego? Nie mogę tak od razu!

Śnieżynka rozłożyła ręce.

— W takim razie, Natalio, niestety transakcja nie dojdzie do skutku. To mieszkanie nasza agencja wynajmuje pierwszy dzień, a już otrzymaliśmy osiem korzystnych ofert. Zgodnie z życzeniem właściciela, jeśli dziś do dwudziestej pierwszej zero zero nikt nie podpisze umowy, czynsz wzrośnie jeszcze o jedną trzecią. A jeśli nie zgadza się pani płacić więcej — Alona uniosła rękę i znów spojrzała na zegarek — ma pani siedem minut, żeby nie popełnić największego błędu w swoim życiu. No dalej, Wróżeczko! — dziewczyna znów szeroko się uśmiechnęła. — Proszę się zdecydować! Nie będzie pani żałować, obiecuję!

I tyle. Mówiłam, że wątpliwości nie są dla mnie? Oczywiście, podpisałam i dostałam klucze! A dzień później, wróciwszy po pracy do domu i spakowawszy rzeczy, stałam już z walizką na ulicy przy mojej malutkiej „Daewoo Matiz” i wyglądało na to, że naprawdę zamierzam uciec od wszystkich.

Uciec od siebie.

A jeszcze dokładniej — od tego, do kogo nie chciałam wracać.

Ech, Żorik, Żorik. A może naprawdę będzie ci lepiej samemu?

Podniosłam głowę i zobaczyłam w oknie mamę i tatę. Rodzice zamarli, przyciskając czoła do szyby. Zabawni. Wciąż nie mogą uwierzyć, że ich córka dawno dorosła.

A co z hokejem? Przecież druga tercja się zaczęła, a tata ma nos rozpłaszczony o szybę.

Uniosłam rękę i pomachałam im. Narysowałam na śniegu pod latarnią wielkie serduszko, wsiadłam do samochodu i odjechałam. I jeśli myślicie, że na tym opowieść się skończyła, to wcale nie. Właściwie dopiero od tego miejsca historia naprawdę się zaczyna…

Rozdział 3 / 39 · Strona 2 z 2