SOVABOO

Domyślnie szczęśliwa

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Rozdział 4/39 · Strona 2 z 29%

Gdy już porządnie się wykrzyczałam, jedną ręką złapałam się za serce, a drugą — za framugę. Ale uświadomiwszy sobie, że być może grozi mi niebezpieczeństwo, rzuciłam się z powrotem do przedpokoju i chwyciłam pudło z choinką. Wbiegłam do pokoju i wystawiłam je przed siebie jak strzelbę.

— Ja pier..., kur... mać! Jaka znowu Wróżka? Ja ci pokażę „kochany”, nieproszony pasożycie! — usłyszałam nagle basowe bluzgi. — Skąd się tu wzięłaś? Zatłukę!

Nie, choinka mnie nie uratuje. Facet nadciągał na mnie wysoki, szeroki w barach, w zielonym swetrze i wściekły jak diabli! Rzuciłam się do drzwi wejściowych, zamieniłam choinkę na walizkę i pognałam z powrotem. Wpadłszy do salonu, spróbowałam groźnie unieść walizkę, ale ta od ciężaru natychmiast runęła w dół. Przekleństwo, coś kiepskie mam te pomysły! Znów skoczyłam do przedpokoju, rzuciłam się do torby z zakupami. Namacawszy butelkę szampana i paczkę pielmieni, chwyciłam jedno i drugie, wskoczyłam na swoją pozycję bojową i wzniosłam broń nad głowę.

No! Wreszcie to jest to! Wycofywać się nigdzie nie zamierzałam. Nic, z dwójką też sobie poradzę!

— Tylko spróbuj podejść, Hulk! Jak ci przyłożę w ciemię, zobaczysz poprzednie życie! Nie żartuję! — ostrzegłam groźnie.

— Misiu, kto to? Twoja żona?

— Jeszcze czego! Jakaś nienormalna idiotka! — warknął facet. — Jak ona się tu dostała, nie rozumiem!

— Sam jesteś nienormalny! Dostałam się jak wszyscy normalni ludzie, przez drzwi! To moje mieszkanie i ja tu mieszkam! A właściwie będę mieszkać od zaraz! A kim jesteście wy dwoje — nie wiadomo! Napaleni oszuści, ot co! I jeszcze amatorzy!

— Coo?!

Silne łapska uniosły się w górę i postanowiłam nie czekać na atak Hulka — pierwsza cisnęłam w niego pielmieniami. Odwróciłam się i rzuciłam do przedpokoju, żeby dać nura do sypialni i tam się zabarykadować jak pierwszy na świecie mieszkaniowy partyzant uzbrojony w szampana… Ale złapano mnie za kołnierz i szarpnięto do tyłu.

Butelka wyślizgnęła się z palców i potoczyła gdzieś w bok. Nie zdążyłam nawet jęknąć, a już znalazłam się za drzwiami mieszkania, siedząc pupą na klatce schodowej z czapką na twarzy. Wyrzucona z wieży Białego Dywanu jak przypadkiem zabłąkany zapchlony szczeniak — baaardzo nieładnie.

— Rozmarzyłaś się! To ja tu mieszkam od dzisiaj, zrozumiałaś?! Wynoś się stąd, pisklaku, zanim cię pacnę jak muchę!

Trzask! Drzwi za plecami zatrzasnęły się z hukiem i nawet przekręcił się w nich zamek.

Co?! To znaczy jak to „wynoś się”?! To do mnie?!

— Hej! Stój! — zerwałam się, całkowicie porażona tym, co właśnie się stało. Nie mogąc uwierzyć w taką grubiańskość. Zabębniłam pięściami w dębowe obicie. — Otwieraj mi natychmiast, Hulk! Nie macie prawa! Ach wy… Jak to tak… Ja was… Zaraz wezwę policję! Hej!

Przycisnąwszy nos do szpary, zabasowałam żądająco:

— Oddawaj buty, goblinie! Zimno! Ja jestem żywym człowiekiem! Oj! — odskoczyłam, kiedy drzwi się otworzyły i na klatkę jeden po drugim wyleciały moje buty.

— Masz, nie jęcz.

 Af! Of! Uf! Wytrzeszczyłam oczy, oburzona łapiąc powietrze ustami, patrząc, jak obok przelatuje najpierw choinka, za nią moja walizka, a na koniec bombą torba z zakupami.

— Stój! Nie waż się! Tam jest mój tor…

Mlask! Ale torcik już podejrzanie chlupnął w pudełku i oczywiście po podłodze rozsypały się pomarańczki. Jeszcze kilka minut temu — kolor mojego nastroju.

I tak zastygłam — w półskoku do torby. Kilka razy osłupiała zatrzepotałam rzęsami, oniemiała od takiego barbarzyństwa.

Nie, to niemożliwe. Jeszcze nigdy, nigdy mnie, Nataszy Fiejakiny, tak nie skrzywdzono!

— Szczęśliwej nocy… droga! — tymczasem powiedział za moimi plecami, jakby wypluł, grubianin, i sucho dodał: — Nie, nie spodziewałem się ciebie!

— Ach ty… O-o-o!

Niemal zawarczałam, czując, jak wewnątrz mnie rozbłyskuje piekielny ogień gniewu i rzuca się na policzki. Torcik — to przecież świętość! Odwróciwszy się do krzywdziciela, zacisnęłam dłonie w pięści, zwęziłam oczy w szparki i obiecałam, ściągając czapkę z czoła na potylicę:

— No to koniec, Hulk! Po tobie, Padalcu! Sam się prosiłeś!

Padalec spokojnie prychnął na to i zatrzasnął mi drzwi przed nosem.

No masz! Z całej złości kopnęłam w dębowe obicie, ale natychmiast, jęknąwszy, podkuliłam nogę i zaczęłam skakać po klatce. W tej pełnej urazy chwili od razu przypomniał mi się i cichy Żorik, i Krokodylówna, i biały dywan z szampanem.

No dlaczego, jak człowiekowi nie idzie, to od razu we wszystkim?

Rozdział 4 / 39 · Strona 2 z 2