Rozdział 17
Rozdział 9, część 2
Alicja
Święta noworoczne przeleciały, ale myśli wcale nie odpuściły. Wewnętrzna lekkość nie wróciła, choć rozstania z Władem wciąż nie żałowałam ani przez chwilę. Jednak w moim życiu w jednym momencie zmieniło się tak wiele, że wciąż musiałam się z tym oswajać. Nie wracałam już do tej siebie z wczoraj, ale nie byłam też gotowa, by powiedzieć, czego chcę od teraźniejszości.
Rybacki przyjechał znowu i odniosłam wrażenie, że tym razem porozmawialiśmy spokojniej i wzajemnie się zrozumieliśmy. Nie chciałam powrotu ani do związku z Władem, ani do naszej przyjaźni. Zamknęliśmy oba etapy i serce podpowiadało mi, że postępuję słusznie. Obiecałam chłopakowi, że nie będę żywić urazy i poprosiłam, żeby o mnie zapomniał. W końcu miał prawo być szczęśliwy z inną dziewczyną, skoro już do tego doszło. Po prostu nie pasowałam do jego towarzystwa i do jego życia.
Ale w czyje w takim razie pasowałam?
Za każdym razem, gdy myślałam o Rusłanie Mardżanowie, nie potrafiłam sobie szczerze odpowiedzieć, co będzie z nami dalej. To, co czułam do tego chłopaka po naszej nocy, po tygodniu wcale nie zmieniło się w niesmak czy żal.
Ale nie przerodziło się też w nadzieję na coś więcej.
Rozumiałam, że to jeszcze chłopak — tak samo porywczy, emocjonalny i niepohamowany jak Romka. Tak samo skłonny do zauroczeń i niestały. Wyobrażenie sobie Romki w poważnym związku z dziewczyną było niemożliwe. Mojego brata starczało zaledwie na kilka spotkań, po których stygł i zaczynał się męczyć uwagą kolejnej zakochanej nudziary, szczerze się dziwiąc: czego ona właściwie od niego chce?
A wyobrazić sobie Rusłana? Po tych wszystkich hucznych imprezach, po słowach brata i po dziewczynach, które widywałam u jego boku, czy mogłam?.. Raczej nie.
Pozostawałam zwykłą studentką, żyjącą nauką i myślami o tym, jak zarobić i jak zaliczyć sesję, by wciąż być najlepszą i perspektywiczną. W mojej głowie było miejsce na książki, słowniki i kursy. Czasem na spacery i rodzinę. Nie chciałam się do tego przyznać nawet przed samą sobą, ale z Mardżanowem miałam jeszcze mniej wspólnego niż z Władem, z którym pozwalałam sobie budować plany.
Nie dam rady dopasować się do życia Rusłana i jego przyjaciół. Alicja Śnieżna jest na to zbyt ułożona i przewidywalna — trafnie to o mnie ujął. I zawsze będę myśleć, że prędzej czy później między nami wszystko na pewno się skończy, i będę bać się zakochać. Bać się otworzyć serce przed Rusłanem i zaufać jego słowom tak samo, jak zaufałam jego dłoniom.
A jednak nie mogłam zapomnieć tego, jak uważny był dla mnie podczas naszej nocy.
I nie mogłam zapomnieć jego samego.
Zapewne dlatego tchórzliwie przesiedziałam u rodziców na działce całe święta, ku ich zadowoleniu, dopóki nie przyszedł czas powrotu na uniwersytet.
Najpierw do domu pojechał Romka, a potem wróciłam i ja. Cały weekend przygotowywałam się do sesji i uczyłam, dlatego pierwszy egzamin zdałam celująco. Właśnie wyszłam z głównego gmachu i kierowałam się przez park w stronę przystanku, gdy przy parkingu zawołała mnie nieznajoma kobieta.
Brunetka, około czterdziestki piątki, z krótką fryzurą i w drogim futrze, odeszła od samochodu, przy którym stała, i machnęła do mnie ręką, wołając mnie po imieniu:
— Alicja Śnieżna?
Zwolniłam i zatrzymałam się, odwracając w jej stronę.
— Tak, to ja.
Widziałam tę kobietę pierwszy raz, ale w rysach jej zadbanej twarzy było coś znajomego, choć nie potrafiłam określić, gdzie dokładnie się już spotkałyśmy. Może w szkole angielskiego, a może tutaj, na uniwersytecie.
Podeszła do mnie i przywitała się pierwsza.
— Witaj, Alicjo. No proszę, jaka jesteś interesująca — zdziwiła się i odniosłam wrażenie, że szczerze. — I rzeczywiście podobna do swojego brata, Romana. Swoją drogą, to bardzo sympatyczny chłopak.
— Dziękuję. A pani...
— A ja jestem Olga Stanisławowna. Mama Rusłana Mardżanowa — przedstawiła się dobrze postawionym głosem i wyciągnęła rękę. Niepewnie odwzajemniłam uścisk. — Twój brat przyjaźni się z moim synem i często bywa u nas w domu.
— Tak, wiem. To znaczy... dzień dobry, Olgo Stanisławowno.
Zamarłam, czując, jak niemal uginają się pode mną nogi. Co za spotkanie! Po co mnie odnalazła?
I nagle sama przestraszyłam się nagłego domysłu.
— Czy z Rusłanem wszystko dobrze? Proszę powiedzieć, czy nic mu nie jest?
Nieznajoma wciąż mi się przyglądała, ale mnie uspokoiła:
— Tak, z moim synem wszystko w porządku, nie licząc siniaków na twarzy i przejawów rozpieszczonego charakteru. Ale o siniakach pewnie sama wiesz?
Oczywiście, że wiedziałam. Od tamtego zajścia pod klatką wciąż nie pogodziliśmy się z Romką i nasze relacje były napięte. Nie wiedziałam jednak, co odpowiedzieć tej kobiecie; poczułam tylko, jak serce w piersi mocno się ścisnęło, odmawiając bicia... po czym odpuściło.
Sama sobie odpowiedziała, błędnie interpretując mój strach i milczenie.
— Nie martw się. Rusłan nie powiedział nam z mężem, gdzie ich nabawił. Za to oświadczył coś innego, na co nie mogliśmy nie zareagować i właśnie dlatego tu jestem. Twoi koledzy z roku bardzo trafnie cię opisali. Powiedz mi, Alicjo — kobieta spoważniała, chwyciła obiema rękami za uszy swojej drogiej torebki i wyprostowała się — czy jesteś w ciąży z moim synem?
Co takiego?
Czułam, że blednę. Choć czy dało się mocniej? Pewnie na mojej twarzy zostały same oczy.
— Ja? N-nie. Dlaczego pani o to pyta?
— Ponieważ nasz syn, który ma osiemnaście lat, nagle oświadczył, że zamierza się żenić. Z tobą, Alicjo Śnieżna. A gdy usłyszał, że jesteśmy przeciw... A ja i mąż jesteśmy przeciw... Odmawia rozmowy z nami. Powiedz mi, dziecko, czy to był twój pomysł? — kobieta zatrzymała na mnie uważne spojrzenie jasnobrązowych oczu i uniosła brew. Spojrzenie nie było wściekłe, lecz karcące. — Wybacz, ale nie wierzę, żeby mój syn sam na to wpadł.
Ja też nie mogłam w to uwierzyć. W to, że Rusłan na poważnie odważył się powiedzieć o czymś takim rodzicom.
— Nie, to nie mój pomysł.
Ale Olga Stanisławowna chyba mi nie uwierzyła. Skinęła jednak głową, jakby przyjmowała moje słowa do wiadomości.
— A więc nie jesteś w ciąży i nie nakłaniałaś mojego syna do małżeństwa. Zgadza się?
To pytanie brzmiało brzydko i jakoś dziwnie.
Nigdy nie widziałam rodziców Rusłana, ale wiedziałam od Romki, że jego mama jest sędzią. I teraz na własnej skórze czułam jej presję. Jakby postanowiła doprowadzić mnie do jakiegoś przyznania się do winy lub oskarżenia, którego potrzebowała.
Jestem jednak dorosłą osobą — odkąd zaczęłam sama zarabiać, dojrzałam. A jej syn jest pełnoletni. I bez względu na wszystko, nie chcę się usprawiedliwiać z tego, co dotyczy tylko nas.
— To znaczy tylko tyle, ile już powiedziałam — odpowiadam uprzejmie, lecz sucho. — Nigdy i do niczego nie nakłaniałam Rusłana. Zresztą to niemożliwe, przecież pani powinna znać swojego syna najlepiej.
— Sugerujesz, że mam uwierzyć, iż sam na to wpadł?
— Tak właśnie jest, Olgo Stanisławowno.
Kobieta milczy, przebierając palcami po rączkach torebki. Z pozoru pozostaje spokojna, podczas gdy ja jestem spięta naszą rozmową do granic możliwości.
Mardżanow nigdy nie był zwyczajnym chłopakiem, co oznacza, że jego rodzice też wcale nie są zwyczajnymi ludźmi. Nie potrafię zdecydować, jak się zachować.
— Alicjo, widzę, że jesteś mądrą dziewczyną i chcę, żebyśmy się zrozumiały — kontynuuje brunetka. — Moim obowiązkiem jako matki jest zrobić wszystko, by mój jedyny syn nie popełnił w życiu błędów. Myślę też o tobie, dziecko! On jest impulsywnym chłopakiem, atrakcyjnym i nietuzinkowym — choć jestem jego matką, nie jestem ślepa. Zawsze będzie przyciągał kobiecą uwagę i nie będziesz mogła temu zapobiec, a mój syn jeszcze długo nie nauczy się jej ignorować. Mój mąż nigdy się nie nauczył. Z Rusłanem jest trudno, ale jeszcze trudniej będzie naprawiać konsekwencje. Jeśli jesteś w ciąży, pomyśl, jakim on będzie ojcem na odległość i czy musisz wychowywać dziecko sama? Bo małżeństwa nie będzie. On musi się uczyć. Grać w piłkę, bawić się, w końcu dorosnąć! Po prostu nie pozwolę, by zmarnował sobie życie. Rozumiesz mnie?
O dziwo...
— Tak.
— To dobrze.
Kobieta próbuje się uśmiechnąć, ale nie potrafię odwzajemnić uśmiechu. Choć rzeczywiście ją rozumiem.
— Pójdę już, Olgo Stanisławowno. Do widzenia.
— Do widzenia, Alicjo. Chociaż, czekaj!
Już się odwracam, gdy dłoń kobiety spoczywa na moim łokciu, zmuszając mnie, bym spojrzała na nią ponownie.
— Alicjo, tak naprawdę cieszę się, że cię poznałam. Szczerze mówiąc, wyobrażałam cię sobie inaczej.
Nie wiem, co ma na myśli, zresztą — jaka to różnica. Odchodzę na miękkich nogach, czując na plecach jej wzrok.
I serce mnie boli od myśli, że ona ma rację.