SOVABOO

Kruche serce

Ch. 4: Rozdział 3, część 1

Rozdział 3, część 1

Rozdział 4/34 · Strona 2 z 210%

– Jeśli nie będę się podkradał, Śniegu – odzywa się Rusłan – to nigdy mnie do siebie nie dopuścisz. A ja chcę podejść blisko. Widzisz, nie mam wyboru.

Nie powinnam się odwracać ani denerwować, muszę zachować spokój. Ale przy tym chłopaku zawsze miota mną sztorm emocji.

– Dlaczego… dlaczego ty zawsze dobierasz niewłaściwe słowa, Mardżanow? – wzdycham głucho, z serca. – Oczywiście, że nie! Mam przecież…

Jego twarz wykrzywia się w grymasie. Poznaję to po zmienionym tonie głosu.

– … Kretyna, który zostawił cię głodną! Wszystko słyszałem z pokoju Romki. Ten twój Rybacki to idiota! I wcale go nie znasz!

Zastygam z napiętymi plecami. Tych dwóch wczorajszych wyrostków – mój brat i jego najlepszy kumpel – za dużo sobie pozwala! Otwierając szafkę z apteczką, kontynuuję poszukiwania leku.

– A wy z Romką niby w czym jesteście lepsi? – odpowiadam chłodno. – Jestem dziś potwornie zmęczona i nie skończyłam pracy. Nie wiem jeszcze, o której pójdę spać, a muszę gotować, żeby po prostu zjeść, bo obaj zostawiliście pustą lodówkę i nie pomyśleliście, że nie jesteście tu sami.

– To może ci pomóc, Alicja? Mogę to zrobić.

Znajduję buteleczkę panthenolu i wstrząsam nią. Potem wracam do chłopaka. Zdjął ściereczkę, rzucając ją wraz z koszulką na krzesło. Podchodząc bliżej, wbijam wzrok w jego nagi, twardy brzuch, na którym zdecydowanie za nisko siedzą czarne dżinsy.

Materiał przy pasku nasiąkł wodą, a skóra zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Tak naprawdę powinnam położyć Rusłana, by opatrzyć oparzenie w pozycji leżącej. Ale na coś takiego nigdy się nie odważę, wiedząc, że on nie będzie milczał, a moje serce zacznie bić zbyt szybko od jego bezczelnych żarcików.

W ogóle nie mam pojęcia, jak go dotknąć.

Zapewne wahanie maluje się na mojej twarzy, bo gdy sprawdzam, czy spray działa i podnoszę wzrok na chłopaka, on przecząco kręci głową, jakby domyślił się moich myśli.

– O nie, Śniegu! Ja nie umiem – ostrzega zmieszany. – To białe świństwo na pewno skapnie mi na spodnie, a matka będzie w szoku przez moją „rozwiązłość”. I tak nie ma o mnie najlepszego zdania, więc „tego” do ręki nie wezmę!

– A czy ktokolwiek myśli o tobie dobrze, Mardżanow?

Unosi brew, jakby się zastanawiał. Ale tak mu wszystko jedno, że potrafię przewidzieć odpowiedź.

– Mam to gdzieś.

– Dobra – poddaję się. Nie mogę zostawić go bez pomocy, skoro to ja jestem przyczyną oparzenia. – Pomogę ci, tylko stój spokojnie.

Rozdział 4 / 34 · Strona 2 z 2