SOVABOO

Kujony się nie poddają!

Ch. 1: Rozdział 1

Rozdział 1

Rozdział 1/4 · Strona 1 z 30%

Logika może zaprowadzić cię z punktu A do punktu B, a wyobraźnia — dokądkolwiek.
Albert Einstein

 Szłam korytarzem budynku dydaktycznego swojego wydziału, przedzierając się przez las studentów, i po prostu warczałam ze złości. Bardzo groźnie i wściekle! W duchu, oczywiście, bo kujony takie jak ja nie mogą warczeć na głos. U normalnych ludzi wywołuje to śmiech. Dlaczego, zapytacie? A dlatego, że „kujon zwyczajny” nie żyje emocjami, tylko kodami czasoprzestrzennymi, algorytmami, wykresami i funkcjami. Jest istotą rodzaju uśrednionego, a co za tym idzie, nie może okazywać podobnych emocji.

Aaa! Wrrrrrr! Dajcie mi tonę papieru, porwę ją na strzępy! Jeszcze jak może!

 Ale chyba się zagalopowałam, a żeby wyjaśnić wam, dlaczego tak się rozsierdziłam, muszę opowiedzieć wszystko dokładniej.

A więc wszystko zaczęło się od mojego referatu naukowego przed radą naukową uniwersytetu, który wygłosiłam jako jedna z najlepszych studentek wydziału fizyczno-matematycznego i na który wykładowcy spędzili cały rok. I to nie moja wina, że większość tego roku ziewała, gadała i nawet nie zamierzała przejmować się problemem rozszerzania się Wszechświata. Gdy tylko zrozumiałam, że nikt z kolegów z roku nie ma zamiaru słuchać mojej teorii o korytarzach czasoprzestrzennych, a rozważania o kwantowej naturze materii i nadrzędnych zadaniach ludzkości ma głęboko gdzieś, zebrałam się w sobie, przestałam się jąkać i przedstawiłam uczonym panom myśl szeroko i rzeczowo. Trochę się zapędziłam (rozważając możliwość przemieszczenia człowieka na odległość miliona parseków), tak gdzieś na półtorej godziny, ale to przecież nieważne! Kiedy rozmowa schodzi na fizykę kwantową, czasu nie mierzy się minutami! Wy akurat mnie rozumiecie!

Nie, referat wyszedł znakomicie. Stałam z policzkami pąsowymi ze szczęścia i spoconym czołem, ścierałam z dłoni ślady kredy, wykładowcy bili brawo, a nawet sam profesor Biełokoniew wstał z krzesła i powiedział z naciskiem: „Brawo, Ufimcewa! Nasz ty Einsteinie! Oto przyszła duma kraju!” A dziekan Krokotucha strzepnął kredowy pył z moich ramion i ważnie dźgnął palcem w stronę studentów: „Uczcie się, gamonie!”

Krótko mówiąc, odetchnęłam z zadowoleniem, zaczerwieniłam się i oddałam się do dyspozycji rady naukowej na czas pytań, podczas gdy studenci opuszczali salę wykładową. A kiedy wszyscy się rozeszli, uskrzydlona aprobatą starszyzny wydziału ruszyłam korytarzami do toalety. Zamknęłam się w kabinie, zdjęłam z ramion plecak, rozpięłam dżinsy… i nie minęła minuta, gdy usłyszałam za drzwiczkami dziewczęcy śmiech oraz swoje nazwisko.

Co? Uśmiech wciąż nie schodził mi z twarzy. Czyżby wreszcie zaczęto o mnie mówić?!

W piersi dumnie poruszyła się pycha. Czyżby mój referat wszystkim się spodobał?! Nie na darmo mama i tata tak we mnie wierzyli!

— … Ufimcewa to, Ufimcewa tamto. Mam dość! Wytykają tę chudą kurę jak jakąś atrakcję, niedługo będą brać kasę za oglądanie! A na co tam patrzeć? Ani figury, ani twarzy, tylko okulary, i to jeszcze: witaj, chłopcze, który przeżył! O chodzie w ogóle przemilczę, to jakiś kretomrówkojad! Gdyby mogła, przemieszczałaby się podziemnymi korytarzami, żeby nikt jej nie zauważył. A ona w ogóle słyszała kiedyś o takim pojęciu jak „moda”? Kto teraz nosi koszule w kratę i dżinsowe ogrodniczki jak Dziunia-porażka? I to przy tatusiu biznesmenie! Co, szkoda mu na normalne ubrania dla córki?

— A może właśnie dlatego jest biznesmenem, że oszczędza na córeczce-geniuszce! Wielkie mi co, w dwa lata zaliczyła cztery lata studiów! Jeśli w wieku osiemnastu lat nie wiesz, co to depilacja i, ha, ha, petting, to znaczy, że zmarnowałaś życie!

Za drzwiami kabiny dwie osoby aż jęknęły:

— Lika, myślisz, że ona dalej jest taka… nietknięta?

— Serio? No co ty! — podchwycił drugi kobiecy głos. — To niemożliwe!

— Dziewczyny, z normalnymi ludźmi to się nie zdarza, ale z kujonkami-prymuskami — jak najbardziej! — Z kranu popłynęła woda, otworzyło się skrzydło okna i pociągnęło dymem papierosowym. — Słyszałyście, jak dziś trajkotała? Myślałam, że to się nigdy nie skończy! Słowo daję, aż głowa mnie rozbolała! Fizyka kwantowa — można się powiesić! Kogo to w ogóle obchodzi?

— Na pewno nie mnie!

Duma w piersi skurczyła się w twardą kulę, a duszę boleśnie podrapały kocie pazury.

— No kto poleci na ten okularniczy fenomen z warkoczem? Znalazł się Einstein w spódnicy! Aż chciało się powiedzieć Krokotusze: „Otwórz oczy!” Szara mysz, zwyczajna, której w życiu osobistym nic nie świeci, oto co wam powiem! 

— Właśnie! Dlatego tak mnie wkurzył Biełokoniew z tym swoim: „Kasiu, genialnie!” Choćby była najmądrzejsza razy trzy, żaden normalny chłopak nawet nie spojrzy na takiego paszteta! Ona ma zamiast uczuć same wzory!

— A zamiast kształtów — płaszczyznę geometryczną!

Za drzwiczkami znowu rozległ się dźwięczny śmiech.

— Całować Ufimcewą to jak ziewać z nudów. Tylko sobie wyobraźcie: on jej o seksie, a ona jemu o cząstkach elementarnych i ciemnych materiach. Ach-ha-ha! Chciałabym zobaczyć tę scenkę!

— Jej i tak nikt nie słuchał, wszyscy czekali, aż to nudziarstwo się skończy. Referat, wy serio?! Widziałam, jak Saszka Gajtajew na ostatnim rzędzie lizał się z Kryginą, a dziewczyny z ekonomicznego podbijały do Wróbelka. Jestem pewna, że gdyby Biełokoniew postawił swoją Kasię przy katedrze w kostiumie kąpielowym, chłopaki i tak nie zauważyliby tej małej przemądrzałej!

Co?

Pewnie stałabym tak w kabinie, osłupiała, zmiażdżona ciężarem usłyszanych słów, gdyby w plecaku nie zadzwonił telefon. Raz po raz, i bardzo natarczywie.

Dziewczyny się spłoszyły. Zastukały obcasikami po kafelkach w stronę okna, chowając papierosy pod parapet.

— Ej, kto tam? Ej! — i tak samo zgodną gromadką pobiegły z powrotem.

Cofnęłam się od drzwiczek i przycisnęłam plecak do piersi, czując, jak płoną mi policzki. Ale już nie z dumy, nie. Teraz paliły ze wstydu i urazy, a oczy boleśnie szczypały.

 A więc tak. Okularniczy fenomen. Mogłam się domyślić sama, zamiast czekać na obraźliwe słowa. Zbyt pochopnie z mojej strony było zgodzić się na publiczny referat przed całym rokiem. Na to, że mnie nie będą słuchać, byłam gotowa, ale na to, że zdążą mi się przyjrzeć — nie. 

I po co ja się na to zdecydowałam!

Rozczarowanie zawsze boli, utrata dumy boli podwójnie, a bycie obiektem kpin jest niesprawiedliwe. Tak, może nie byłam Einsteinem ani pięknością, ale starałam się także dla nich, mając nadzieję, że latem wygram dla uniwersytetu grant na monachijskiej olimpiadzie fizyków. A to dziesięć miejsc na najlepszych uczelniach Niemiec, Wielkiej Brytanii i Kanady. Czy naprawdę więc liczy się dla nich to, jak wyglądam, a nie to, jakie ciągi logiczne generuje mój mózg? Czy gdybym była w kostiumie kąpielowym, moje rozważania o polu kwantowym i strzałce czasu zostałyby wysłuchane?

Szkoda, że nie można zapaść się pod ziemię, to w znacznym stopniu ułatwiłoby mi życie.

Telefon znów odezwał się połączeniem przychodzącym, a ja drgnęłam.

— Ej, ty tam w kabinie? Wyjdziesz czy nie?

Rozdział 1 / 4 · Strona 1 z 3