Rozdział 5
— Boże, jesteś idealny, Zack! I zdecydowanie z innego wszechświata. Zdradź sekret, jak można być olewusem w dobrym znaczeniu tego słowa? Czy naprawdę nigdy nic i nikt nie potrafi wyprowadzić cię z równowagi?!
Myślę, że Zachary dobrze o tym wie, i ma ku temu swoje powody. Ale tylko wzrusza ramionami:
— Każdy słyszy to, co chce. I nie słyszy tego, czego nie chce. To cały sekret. Ich po prostu nie ma — wskazuje podbródkiem Seana, który pojawił się na dziedzińcu, obejmując Kate. — Nie widzisz, Ash? — zwraca się do mnie, czując, że znieruchomiałam. — Tam jest puste miejsce!
Ale dla mnie jeszcze nie. Trudno uwierzyć słowom przyjaciela, kiedy przed tobą twoja przyrodnia siostra idzie pod rękę z twoim chłopakiem tak pewnie, jakby to nie oni zdeptali twoje serce.
Poprawka. Z twoim byłym chłopakiem, który w jedno lato zmienił się z bliskiej osoby w obcego.
Kate nie bez powodu spędziła poprzedni weekend w drogim spa, odwiedzając fryzjera i kosmetyczkę. Jej włosy mienią się świeżym odcieniem blondu, makijaż jest zbyt mocny jak na szkolny dzień, a krótka spódniczka śmiało odsłania długie, opalone nogi kapitan drużyny cheerleaderek. Z jasnowłosym, szerokoramiennym Seanem, promieniejącym własnym znaczeniem, wyglądają jak para dla siebie i można się tylko dziwić, że wcześniej nie zauważyłam u Rentona takiego zadęcia w chodzie i krzywego, playboyskiego uśmieszku na jego ładnej twarzy.
Czy więc warto dziwić się plotkom, które ta parka rozpuściła o mnie?
Nie widzę. Nie widzę ich!
Bardzo chciałabym nigdy nie widzieć i nie czuć tej słabości, która właśnie przebiła moją zbroję. Ale słowa mają moc, a kłamliwe słowa potrafią głęboko zranić duszę, i przez sekundę omal nie tracę nad sobą kontroli.
Kate i Sean przechodzą przez dziedziniec w otoczeniu swojej świty przyjaciół i z hałasem rozsiadają się przy centralnym stoliku, przy którym zwykły siedzieć wyłącznie szkolne osobistości, a ja spuszczam wzrok.
Puste miejsce, Zack ma rację. Nic dla mnie nie znaczą. Życie toczy się dalej. Słońce wciąż wschodzi na wschodzie, dzień zmienia noc, a ludzie…
Czasem niektórzy z nich tracą swą powłokę i znaczenie dla innych, rozpływają się w trójwymiarowej przestrzeni, aż stają się nic nieznaczącymi cząstkami fizycznymi. Jeśli nie potrafię stać się niewidzialna, potrafię ich nie zauważać.
Nikt nigdy nie dowie się, co Sean mi mówił. A ja zapomnę. Okazuje się, że uczucia, jeśli nie są prawdziwe, podobnie jak produkty mają termin przydatności. Pora ostatecznie wyrzucić to wszystko na śmietnik!
Nie udaje mi się ukryć ciężkiego westchnienia, a Zack cicho zauważa:
— Nie warto, Ashley. Po prostu nie zasłużył na twoje zaufanie. Nic się nie dzieje, da się z tym żyć; mnie też kiedyś coś takiego spotkało.
— Naprawdę?
Razem patrzymy na parę, a on potwierdza:
— Naprawdę. Kiedy trawa więdnie, na jej miejscu zawsze wyrasta nowa. Trzeba tylko wyrwać z korzeniami wszystkie chwasty i posiać nowe nasiona.
Matka Zachary’ego jest Koreanką, a ojciec Amerykaninem. Chłopak ma atrakcyjny wygląd i bez wątpienia oryginalny umysł. Niejeden raz dziwiłam się jego zdolności patrzenia na oczywiste sprawy w szczególny sposób.
— Koreańska mądrość? — domyślam się.
Zack udaje, że się zastanawia, i z powagą poprawia okulary. Krótko prycha, po czym przysuwa do mnie talerz z makaronem.
— Hm, możliwe. Ale sądzę, że to raczej moja własna filozofia.
— A co z niej wynika?
— Tylko tyle, że wyrzuciło cię poza strefę przyciągania Seana i znów jesteś wolna. Nie czujesz tego, Ashley? Świat się nie zamknął, tylko stał się szerszy!
— Ale z pachami to było głupie! — oburza się Amber. — I podłe! Gdybyś słyszał te bzdury, Zack! Jakbyśmy znowu trafiły do gimnazjum, gdzie dziewczynom wpuszczano świerszcze we włosy, a chłopakom wyciskano z tubki musztardę na tyłki i podawano papier toaletowy. Ale w wieku dwunastu lat przynajmniej było to śmieszne!
— Swoją drogą, niezły pomysł z tą musztardą — Trisha kieruje palec w stronę Amber i obiecuje: — My jeszcze porozmawiamy na ten temat, dziewczyno!
Zachary otworzył już sos i zamoczył w nim kawałek kurczaka, ale zanim go połknie, uznaje za konieczne odpowiedzieć:
— Mali ludzie zawsze robią małe rzeczy — to najprostsza pochodna ich pierwotnej formy. Co w tym dziwnego? Gdyby było odwrotnie, wtedy tak, można by się zdziwić. Ale poza rzadkimi wyjątkami tak nie bywa. Wierzyć w takie plotki to nie szanować siebie.
Zachary w końcu wkłada kurczaka do ust i kończy myśl:
— Ale jeśli spróbować wyciągnąć z tego korzyść, Ash, to sądzę, że takie chwile hartują charakter i robią ze zwykłego człowieka „S.P.”.
Jake je hamburgera, popijając mlekiem, i omal się nie krztusi.
— Co? Baker, rozwiń skrót. Znowu twoje gazetowe zagadki?
Zack lubi podsycać ciekawość czytelników „Ellison News” pytaniami i zagadkami, ale chyba nie tym razem.
— Nie, Finley, to znacznie prostsze. Silna osobowość. Człowiek zdolny kierować swoją wolą — najwyższą funkcją rozumu.
Ale to nadal jest niezrozumiałe, więc Jacob prycha:
— Gdzie to wyczytałeś? W czasopiśmie naukowym? Co za bzdury, stary?
— Sam to wymyśliłem. Widzisz litery? — Zachary wyciera dłonie serwetką, odpina i podwija mankiet koszuli. Pokazuje wewnętrzną stronę nadgarstka, a wszyscy widzimy na nim tatuaż, którego jeszcze wiosną tam nie było. Dwie litery „S.P.”* — małe i schludne.
— Kiedy jest mi źle — chłopak niespodziewanie przyznaje — po prostu na nie patrzę i to pomaga mi się pozbierać.
Zack ma lekko skośne oczy po matce i czarne spojrzenie. Przez moment coś w nim błyska, ale od razu chowa to „coś” głębiej. Jak gdyby nic się nie stało, zapina koszulę i wraca do lunchu. Za to jego wyznanie niespodziewanie porusza Jake’a.
— Chcesz powiedzieć, że wytatuowałeś pod skórą te literki i rozwiązałeś wszystkie problemy? Tak po prostu?
Baker lekko wzrusza ramionami, spoglądając na kolegę.
— Każdy ma swojego Boga, Finley, i własną motywację. Moja motywacja składa się z dziesięciu zasad samorozwoju. Mylisz się, to wcale nie jest takie proste, ale tak dla siebie postanowiłem i nie mam zamiaru się wycofywać.
— Wymień chociaż dwie, żebym zrozumiał, na co chorujesz, stary. Bo kiedy mi źle, wolę działać, a nie użalać się nad sobą!
To wciąż przyjacielskie wyzwanie, a Zachary chętnie je podejmuje.
— Dobrze, Finley. Na przykład ochrona własnych granic. Jesteś pewien, że potrafisz ich bronić?
— Oczywiście!
— I umiesz odmówić Rentonowi, jeśli zechce zaprosić cię na imprezę? Słyszałem, że zbiera u siebie „Złote Orły” w tę sobotę. Pójdziesz, prawda?
— Co? — Trisha, słysząc nowinę, odrywa się od tacos i napina. Odsuwa otwarte opakowanie soku i odwraca się do swojego chłopaka. — Jake, powiedz, że nie pójdziesz — żąda. — Sam mówiłeś, że grająca dziesiątka was nie traktuje poważnie. Że masz dość ich drwin!
Finley waha się przez sekundę, ale nagle marszczy brwi.
— Nie rozumiesz, Trish. To może być ważne dla drużyny. Po prostu nie zdążyłem ci powiedzieć.
— Tak samo ważne jak ostatnim razem? Kiedy u Masona upiliście się jakimś świństwem i nago skakaliście do basenu? Co się z tobą dzieje, chłopie? Przecież nie znosisz tego wszystkiego.
— A co jest ważne dla ciebie, Jake? — Zack nie odpuszcza, a Finley przyznaje: