Rozdział 2
– Tym bardziej! Aleksandro, ludzie powinni zostawać pierwszymi z prawa, a nie dzięki szczęściu. A ty odbierasz sobie prawo, by zostać najlepszą, jeszcze na początku swojej drogi! – nauczycielka pokręciła głową. – Dlaczego? Przed nami dwie klasówki i szkolna olimpiada. Bardzo bym chciała, żebyś wzięła w niej udział. Masz wszelkie szanse wygrać i spróbować sił dalej. Jesteś bardzo zdolną dziewczynką, i sama jestem gotowa poświęcić ci czas…
– Nie chcę, – zabrzmiało to cicho, ale tak uparcie, że kobieta mimowolnie się zająknęła.
– W tym właśnie rzecz, – westchnęła. – A trzeba, żebyś chciała.
Wstała zza biurka i podeszła do Saszki. Opuściła rękę na szczupłe ramię. O tym dziecku Tamara Michajłowna, która objęła klasę zaledwie trzy miesiące temu, niewiele jeszcze mogła powiedzieć. Tylko tyle, że dziewczynka wydawała jej się zamknięta i mało towarzyska, choć miała w klasie pewien autorytet. Niejawny, jakby domyślny. Ale dwadzieścia lat nauczycielskiej kariery podpowiadało kobiecie, że nie wszystko jest takie proste, a jeszcze, że się nie myli. Ta dziewczynka z nią grała. Łatwo i szybko rozwiązywała zadanie przy tablicy, popełniając błąd w rozwiązaniu w ostatniej chwili. W jej mądrych oczach, zawsze patrzących trochę spode łba i prosto, można było wyczytać prawdę: „Wiem, ale nie chcę odpowiadać. Nie ruszajcie mnie, nie jest mi to potrzebne. Wystarczy mi czwórka”. Jej ocena nigdy nie była niższa — ona nie zgadywała, w wieku dwunastu lat Sasza Szewcowa w pełni zdawała sobie sprawę z tego, co robi. I tej cechy charakteru Tamara Michajłowna nie mogła nie docenić.
Długie palce troskliwie ścisnęły ramionko.
– Sasza, jeśli coś cię martwi albo przeszkadza w nauce, możesz mi powiedzieć. Spróbuję pomóc. Pamiętaj, że jestem po twojej stronie i zawsze możesz mi zaufać.
Gdyby Saszka mogła, powiedziałaby. Ale jej świat jeszcze ani razu nie pozwolił jej zwątpić w swoją niezniszczalność. W to, że może się w nim cokolwiek zmienić.
Kobieta czekała. Całą minutę czekała, że dziewczynka podniesie wzrok i odpowie. Już przygotowała się, żeby życzliwie się do niej uśmiechnąć, ale tamta nadal patrzyła w okno.
– Dziękuję, Tamaro Michajłowno, ale u mnie wszystko dobrze.
– Dobrze, leć, Sasza. Pomyślimy, co robić dalej.
– Grubasku! Hej, chomiku! To ty zwędziłeś mi jabłka?
– Nie, nie brałem.
– Kłamiesz! A czemu ci policzki na ramiona zwisają?
Chłopaki ryknęli śmiechem, a nowy odwrócił się i wbił wzrok w talerz.
Saszka weszła do stołówki, przeszła między rzędami i usiadła przy stole, dokładnie naprzeciw Sawina. A ściślej mówiąc, to on nie wiadomo po co usiadł obok jej zwykłego miejsca — istny dziwak. Dziewczynka chłodno spojrzała na grupkę kolegów z klasy, w którą wmieszał się Czwyriew, i zabrała się do jedzenia. Z Sawinem nie przywitała się dziś rano — dość jej było ich wczorajszego spotkania.
– Grubasku, masz pieniądze?
– Nie.
– A ja mam. Patrz! – Czwyriew wyjął z kieszeni drobną monetę i położył na stole przed chłopcem. Zabrawszy talerz, wsadził w niego palce i wpakował sobie do ust parówkę. Zaczął żuć, mlaskając. – Znaczy, ten obiad jest mój! Kumacie bazę? Za darmo żreć nie wolno! Myślisz, że jesteś najmądrzejszy? – zdjął ze szklanki z herbatą bułkę i nadgryzł ją. Zaczął rechotać, nawet nie przełknąwszy.
Ignat nagle się pogubił i poczerwieniał. W północnym miasteczku, z którego przeprowadzili się z rodzicami do tego miasta, klasy były niewielkie, wielu rodziców znało się z widzenia i wszystko przebiegało spokojnie. Ale nawet nie to stało się głównym powodem rumieńca na jego policzkach. Obok siedziała Saszka Szewcowa i słyszała kpiny. A on zupełnie nie wiedział, co robić i jak postąpić.
– Grubasku, skoro nie masz pieniędzy, następnym razem powiedz swojej mamusi, niech ci dorzuci. Za jabłka też jesteś mi jeszcze winien, zrozumiałeś? A ja długi pamiętam.
– Nie, – Ignat postarał się spojrzeć jak najtwardziej na chłopaka z 7 „B”, który dziś zepsuł mu obiad dokładnie tak samo jak wczoraj Saszce. – Nic ci nie jestem winien. Nawet cię nie znam. To ty jesteś mi teraz winien, za bułkę też!
– Co-o? – chłopak się nadął. Nachylił się nad Ignatem: – Co powiedziałeś, Grubasku? – szturchnął go w ramię. – Co ja ci jestem winien?! Pieniądze?! No, powtórz!
– Czwyriew, odczep się od niego, – niespodziewanie odezwała się dziewczynka. A przecież nie chciała się wtrącać, ale jakieś uczucie, które poruszyło się w piersi, nie pozwoliło jej milczeć.
– A to niby czemu? – zdziwił się tamten.
– Bo jest nowy i jeszcze nie wie, jakim jesteś kretynem.
– Szewcowa, prosisz się…
– Nie boję się ciebie, Arturku, – Saszka prychnęła. – Nawet nie marz! A Tamara Michajłowna z wicedyrektorką już patrzą w naszą stronę. I jeśli podejdą…
– I tak im nic nie powiesz, Mewa, – chłopak spiął się, ale jednak odpowiedział dziewczynce śmieszkiem. – Znam cię.
– Ja nie, – zgodziła się Saszka. – Ale on tak. Prawda, Sawin? A ja mogę kiwnąć, dumna nie jestem. I nie sądzę, Czwyriew, żeby jego rodzicom spodobała się wiadomość, że w szkole wymuszają od ich syna pieniądze. A najbardziej ta wiadomość nie spodoba się naszemu dyrektorowi, kiedy przyjdą się na ciebie poskarżyć i zażądają odizolowania cię od ich synusia. – Dziewczyna ułożyła z palców kratę. – Gdybym mogła, już dawno przesiedliłabym cię od normalnych ludzi do zoo, do klatki z szympansami. Masz taki sam tępy uśmiech. I pokazywałabym cię za pieniądze.
Saszka chwyciła ze stołu monetę i rzuciła nią w chłopaka.
– No dawaj, małpko, poskacz! Powiedz nam jak piesek: „Hau-hau”!
Ignat znieruchomiał, koledzy chłopaka też. Saszka siedziała zwinięta w kłębek i patrzyła prosto w twarz swojemu dręczycielowi. Teraz chłopak sam nie potrafiłby odpowiedzieć, kogo należało bać się bardziej. Taka Saszka wydawała się zupełnie nieprzewidywalna i szaleńczo odważna.
Czwyriew pierwszy się cofnął. Obejrzał się w stronę nauczycieli i smagnął Sawina złym spojrzeniem. Spojrzał na dziewczynkę, mrużąc oczy:
– Kiedyś cię zabiję, Mewa.
– Spróbuj. Nie sądzę, żebyś kiedykolwiek miał na to dość odwagi.
– Ala?
– Czego chcesz, Sawin?
– Dziękuję.
Ignat stał przy ostatniej ławce i przestępował z nogi na nogę. Saszka nie odpowiedziała. Wetknęła nos w podręcznik do języka ojczystego i przycisnęła dłonie do głowy. Nawet się nie odwróciła. Nawet głupi by zrozumiał, że nie chce rozmawiać. Ignat wrócił do swojego plecaka i wyjął blok rysunkowy. Znowu podszedł do ostatniej ławki.
– Ala, to chyba twoje. Wczoraj upuściłaś w sklepie. Wiesz, jest wesoła.
– Kto? – Saszka jednak podniosła oczy.
– Piosenka z okładki bloku, – chłopak uśmiechnął się. – Widzisz, są tam ptaki i nuty, a więc jest melodia. Spróbowałem ją zagrać… – Ignat zebrał się na odwagę i spytał: – Ala, mogę po lekcjach pójść z tobą do domu?
Saszka zmarszczyła brwi:
– Boisz się?
– Nie. Słowo honoru.
– To nie, – odpowiedziała ostrzej, niż chciała. I jakby rozgniewała się na samą siebie. – I w ogóle, Puchu, lepiej idź do Marszawiny! Czego się mnie uczepiłeś!
Już siedząc w ławce z Weroniką, Ignat zebrał się na odwagę i spytał swoją ważną sąsiadkę:
– Nie wiesz, dlaczego Szewcową nazywają Mewą? To brzmi dziwnie.