Rozdział 3
– Dzień dobry!
Drzwi otworzyła babcia Ignata, po dokładnej kontroli przez wizjer, i jedno powitanie okazało się za mało. Saszka spociła się jak mysz, zanim szczegółowo wyjaśniła starszej kobiecie, kim jest, skąd i po co przyszła. Ku zdumieniu tej ostatniej dziewczynka przekazała prezent i kategorycznie odmówiła zaproszenia do mieszkania. Już się pożegnała i ruszyła ku schodom, kiedy nagle usłyszała za plecami:
– Ala? Ala!
Ignat, w lekkiej koszulce i spodniach dresowych, stał w przedpokoju. Zawołał cicho, ale z nadzieją:
– Ala, nie odchodź. Proszę!
Saszka się odwróciła. Chłopak podszedł bliżej, lekko utykając, i poprosił jeszcze raz:
– Nie odchodź!
Patrzyli na siebie, chyba nie wiedząc, co powiedzieć. Z młodzieńczą ciekawością i nieśmiałą radością obmacując spojrzeniami twarze. Pierwsza z zakłopotaniem prychnęła babcia, i chłopak się ożywił.
– Ala, a ty… Możesz wpaść do mnie w gości? – spytał i znowu dodał: – Proszę. Bardzo się ucieszę.
Uśmiechnął się, a Saszka sama zrobiła krok naprzeciw. Zrozumiała, że za późno mówić „nie”, dopiero kiedy przekroczyła próg domu Sawinów i zatrzymała się przed Ignatem.
– Tylko ja na krótko.
– Chodź! Pokażę ci mój pokój! Jak dobrze, że przyszłaś!
Chłopak odnalazł dłoń Saszki i poprowadził ją przez mieszkanie — przez przytulny dom zamożnej rodziny, z nowym remontem i drogimi meblami. Dziewczynka zdjęła w przedpokoju kapcie i stąpała po dywanach tak, jakby bała się je ubrudzić — tutaj z całą pewnością nie trzeba było obawiać się chłodu. Gdyby nie palce Ignata, ściskające jej dłoń, uciekłaby, a tak starała się patrzeć w ciemnoblond potylicę i nie zauważać niczego dookoła. Tak łatwiej było pamiętać, skąd przyszła, i łatwiej wrócić do świata z pijanym ojcem i niezadowoloną Ksiuchą.
I dopiero w pokoju Ignata pozwoliła sobie podnieść oczy i rozejrzeć się.
Pokój okazał się jasny i bardzo przestronny jak na dziecięcą sypialnię. Ze dwa razy większy od Saszkowego. Piękne szafy, telewizor, książki, szerokie łóżko, komputer… W tym pokoju wszystko było nowe i nowoczesne, nawet niemieckie pianino z czerwonego drewna, z drogą intarsją i napisem „August Forster” na uchylnej pokrywie, błyszczące ciemną politurą i mosiężnymi płytkami. Saszka zatrzymała się, z zachwytem patrząc na instrument.
– Naprawdę jest twoje? – szczerze się zdziwiła.
– Tak, prezent od babci, – chłopak skinął głową. – Kiedyś była znaną koncertmistrzynią, a mama jest nauczycielką muzyki. No a tata lekarzem. Uczę się grać na fortepianie od piątego roku życia.
– Jakie piękne, – zachwyciła się Saszka.
– Bardzo! I ma dobrą akustykę. Chcesz, zagram ci coś? Właśnie nauczyłem się nowego utworu. Chcesz? – Ignat zapalił się pragnieniem. – Mogę też coś wesołego.
Dziewczynka aż się przestraszyła.
– Dla mnie? Nie, co ty! – pokręciła głową, cofając się. – Nie chcę! – rozejrzała się bezradnie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Schowała ręce za plecami, jakby Ignat mógł siłą zmusić ją do udziału w czymś wielkim, magicznym i niezwykłym. Wzrok Saszki padł na półkę z książkami, gdzie stało ich nie tak dużo, ale wszystkie w pięknej seryjnej oprawie, i dziewczynka z nadzieją spytała, próbując przenieść uwagę:
– Lubisz czytać?
– Tak, – odpowiedział Ignat. – A ty?
– Ja też, – przyznała Saszka. – Bardzo!
– Jeśli chcesz, możesz wziąć dowolną z moich książek. Chodź, pokażę! – uprzejmie zaproponował chłopak i sięgnął do szklanych drzwiczek, a Saszce nagle zrobiło się słabo.
– Nie! – głucho odpowiedziała, uparcie potrząsnąwszy głową, i pobladła.
Za szkłem w szafce leżały drogie farby. Nowiutki zestaw akwareli — „Newskaja palitra «Biełyje noczi»”, trzydzieści sześć kolorów. I pędzle. Białe, niespełnialne marzenie Saszki. Dziewczynka zastygła, nie mogąc oderwać wzroku od zestawu.
– Puchu, ty naprawdę rysujesz? – spytała zdumiona, wstrzymując oddech.
Ile kolorów! Sama Saszka ośmielała się marzyć najwyżej o dwunastu.
– Ja? – chłopak się roześmiał. – Nie. Zupełnie nie umiem. To tata! Kupił, a nuż się przyda. Wiesz, rodzice dużo rzeczy kupują mi tak po prostu. Nie potrzebuję, ale i tak kupują. A ja, słowo honoru, nie proszę!
– Oni cię kochają, – wydyszała Saszka.
– Myślę, że tak, – poważnie zgodził się Ignat i niespodziewanie spytał, dosłyszawszy smutek w głosie dziewczynki: – A twoja mama? Kim jest?
– Nikim. Nie mam mamy.
– Jak to? Wcale nie masz? – zdumiał się chłopak, ale zaraz się zreflektował. Speszył się. – Przepraszam, Ala. – Myśl o tym, że Saszka nie ma mamy, bardzo go poruszyła.
– Nic nie szkodzi, przywykłam, – dziewczynka odwróciła się i spojrzała w niebieskie oczy. – Mieszkam z tatą. Mamy kuzynkę, ciocię Ninę, ale ona mieszka na wsi i mogę ją odwiedzać tylko latem. A więcej nikogo.
– Tata pewnie bardzo cię kocha? – Ignat nie wiedział, co jeszcze powiedzieć, a Saszka przemilczała.
Do pokoju zajrzała starsza kobieta i ważnie poprawiła okulary.
– Wnusiu, może zaproponujesz gościowi herbatę? Właśnie się zagotowała. Akurat przywiozłam na poczęstunek roladę z borówką i malinowy dżem. – Zwróciła się do dziewczynki: – Dziecinko, włożyć ci maliny do herbaty? Są u nas smaczne, leśne, sama zbierałam latem. A może przygotować wam kanapki? Ignatuszku, jak myślisz, czym ucieszymy twojego gościa?
Chłopak się ożywił, a Saszka skuliła.
– Oczywiście, herbata! Już! – rzucił się do kuchni, zapomniawszy o nodze, i zdumiał kobietę nie po chłopięcemu stanowczym: – Babciu, ja sam!
– No proszę! Jak chcesz…
Zanim wyszła, kobieta jeszcze przez minutę zamyślona oglądała dziewczynkę, a Saszka pod tym badającym spojrzeniem stała ni żywa, ni martwa. Dziewczynka myślała: i po co tylko tutaj przyszła? Do świata jasnych dywanów, cichych dźwięków i smakowitych zapachów? Dwa razy cerowana dziura na palcu skarpetki płonęła jak pochodnia, tak samo jak rozciągnięty dekolt sweterka. Ciężkie spojrzenie Ksiuchy nawet tutaj naciskało jej na ramiona, nie pozwalając Saszce zapomnieć, kim jest i gdzie znajduje się jej prawdziwy świat. A jeśli zaraz wyrzucą ją z tego pięknego i dobrego domu jak złodziejkę, która chyłkiem się do niego wkradła? Chociaż Saszka niczego nie brała. Nigdy i nigdzie niczego nie brała…
– Ala, co z tobą?
Ignat wszedł, postawił tacę z dwiema porcelanowymi filiżankami i ciastkami na biurku, i spojrzał na dziewczynkę. Babcia już wyszła, byli sami i można było nikogo się nie krępować, chyba tylko samego siebie i własnego pragnienia.
Wahał się, a jednak się odważył. Ręce Saszki okazały się zimne jak lód, aż brać i ogrzewać. I Ignat spróbował je ogrzać, nieśmiało ściskając je w swoich gorących dłoniach.
– Nie wiem, czego się boisz, ale proszę, nie bój się, – poprosił cicho i nagle powiedział: – Ala, dlaczego?
– Co dlaczego? – Saszka patrzyła mu prosto w oczy i nie zabierała rąk. Spodobało jej się niespodziewane ciepło bijące od chłopca, było podobne do prezentu i chłonęła je zachłannie.
– Dlaczego nie śmiałaś się, kiedy upadłem na WF-ie? Wszyscy się śmiali, a ty nie. To musiało być zabawne — niezgrabny grubas i piłka do kosza.
Odpowiedź od dawna kryła się w myślach Saszki i przyznanie się nie było trudne. A jeszcze dziewczynka pamiętała, jak rozpaczliwie chłopak starał się nie rozpłakać, kiedy boleśnie skręcił nogę i nie od razu mógł wstać. Wtedy zabrali go ze szkoły rodzice, a Saszka znowu szła do domu sama.