SOVABOO

Niebo ponad chmurami

Ch. 1: Rozdział 1

Rozdział 1

Rozdział 1/4 · Strona 1 z 30%

— Swietłano Anatolijewno?

— Tak, Jegor?

— Bieługa się znalazła!

— Gdzie?

— Jeździła kolejkami podmiejskimi i żebrała. Kontrolerzy ją zgarnęli!

— Jak ona się ma?

— Kiepsko. Ryczy i gryzie. I nikogo do siebie nie dopuszcza. Może trzeba jej zrobić zastrzyk? Przeciw wściekliźnie? A jeśli jest zaraźliwa?

— A może przestaniesz pleść głupoty i przypomnisz sobie, że to twoja koleżanka?

— Jaka tam z niej koleżanka?! Ma nas gdzieś! Po co wy się z nią w ogóle cackacie?

— Idź już, Jegor. I uprzedź, proszę, Olgę Walentinowną o przyjeździe inspektora, właśnie dzwonili do mnie z opieki społecznej. Powiedz, żeby na razie nie ruszała Nataszy. Zaraz przyjdę. I wiesz, co jeszcze…

— Co?

— Zajrzyj do kuchni. Poproś Agiejewnę, żeby zrobiła Nataszy słodką herbatę i… co ona jeszcze lubi?

— A dlaczego pani mnie pyta?

— Bo wiem, że nie jest ci wszystko jedno.

— No, barszcz chyba. O! Leniwe pierogi!

— Jegor, mówimy o Biełudze.

— Daję słowo, ona też je lubi! A jeszcze „Bounty” i słone krakersy! Tylko Agiejewna nie ma „Bounty”!

— Dobrze. Sama pójdę i kupię.

— Swietłano Anatolijewno!

— Tak?

— A wie pani, jaka pani jest piękna, kiedy się pani chmurzy…

— Ostriakow, mówiłam ci, że nie lubię lizusów?

— Ale ja mówię prawdę! Swietłano Anatolijewno!

— No dobrze, Ostriakow. Co tym razem?

— Magazyn „Wielki Futbol”. Pamięta pani, przynosiła pani kiedyś kilka numerów? Powiedziała pani, że to czasopisma pani ojca. Na ostatniej stronie były świetne magnesy – zdjęcia mistrzów. Teraz je zbieram!

— Dobrze, przyniosę.

— No to mogę lecieć?

— Leć, Jegorka. I nie zapomnij zajrzeć do Agiejewny!

— Zrozumiałem! Tylko nie niańczcie się tam za bardzo z Nataszką! I tak za tydzień znowu ucieknie!


Trzecia ucieczka w ciągu dwóch miesięcy. Nie bez powodu – jej beznadziejną matkę wypuścili z więzienia. Kto powiedział – nie dojdziesz, ale wieści, niczym trujące grzyby, wyrastają z ziemi prosto w dziecięce dusze.

Trudna dziewczynka, skomplikowane dziecko. Zaledwie dziesięć lat, a jakby trzy razy po dziesięć, i starsza od ciebie samej. Oczy mądre, głębokie, takie, które widziały coś, czego lepiej z tych głębin nie wyciągać. Dopóki jest nadzieja na normalne życie – utopić to wszystko i zasypać piaskiem. Zalać betonem, pogrzebać tak, żeby w pamięci nie został nawet krzyż! Delikatna robota, żmudna, ale jeśli nie ja, to kto? Sama wybrałam sobie drogę i powołanie. Sama muszę za to odpowiadać.

Bieługa siedzi skulona na krześle pod ścianą i patrzy jak wilczątko – ni mniej, ni więcej, tylko chude pisklę, które wypadło z gniazda i połamało o wolność skrzydła. Włosy ma skołtunione, spodnie podarte na kolanach, na policzkach brud… Od kilku dni porządnie nie jadła, przeskakiwała z pociągu do pociągu, prześlizgiwała się niewidzialna przez bramki, prosiła i zbierała, płacąc daninę dworcowym padlinożercom. Przetrwała, a wszystko po to, żeby znaleźć matkę. I ją wykarmić. W świecie Bieługi dzieci znaczy się specjalnymi metkami – kto bardziej użyteczny, ten cenniejszy.

Wchodzę do pokoju o zimnych szarych ścianach i jasnych, wykrochmalonych zasłonach i złoszczę się w duchu. Znowu zamknięta izolatka. Ile razy prosiłam kierowniczkę, żeby nie przyprowadzała tu dzieci, ale za każdym razem wszystko powtarza się od nowa. Badanie lekarskie, trzydniowa kwarantanna i samotność. Izolacja od społeczeństwa, które już raz cię odrzuciło. Wszystko to bez wątpienia uzasadnione, kiedy odpowiadasz za sto trzydzieścioro dwoje dzieci, ale mimo wszystko potwornie niesprawiedliwe.

Wchodzę, ale zostawiam drzwi otwarte. Obie z Bieługą wiemy, że stąd nie da się uciec – za następnymi drzwiami dyżuruje pielęgniarka, ale niech dziewczynce zostanie chociaż ta mała iluzja – postny jak post, udawany łyk wolności.

Nie podchodzę blisko. Nie podnoszę głosu, nie unoszę rąk. Po prostu przez jakiś czas jestem, dając dziewczynce możliwość, by mnie przyjęła. Podzieliła ze mną skamieniałą przestrzeń, która zwróciła się przeciwko niej.

Zaczynam mówić o rzeczach niezwiązanych z nią. O tym, że na dworze jest wiosna i jeśli zechce, możemy pójść na spacer. Że w naszym ogrodzie pierwszy raz zakwitła czeremcha i pachnie niezwykle. O tym, że kundelka Masia ma na tylnym podwórku zabawne szczeniaki, a także o tym, że jej przyjaciółka bardzo za nią tęskniła.

— Nadia uplotła dla ciebie bransoletkę z koralików i paciorków, bardzo ładną, więc na letni bal będziecie miały najprawdziwszą biżuterię.

Bieługa nie odpowiada. Tutaj wszyscy milczą, przywykłam. Kolczaste dusze, zamknięte w pancerzu nieufności i krzywdy. Ponuro patrzy w okno, za którym wiatr kołysze kwitnącymi gałęziami starej akacji, i szarpie nitkę na rozciągniętym rękawie starego wełnianego swetra.

— Nataszo, pewnie dawno nie jadłaś. Na co masz ochotę? Poproszę Agiejewnę, żeby przyniosła ci coś gorącego. Nic cię nie boli? Jak się czujesz?

Widzę, że poniżej ucha, na policzku dziewczynki, przyklejony jest brudny plaster. Przyklejony niezdarnie, szerokim pasem, spod którego na skórze widać żółtawe plamy schodzącego już krwiaka. Najpewniej ślad po mocnym policzku albo upadku. Skutek powrotu do matki? A może włóczęgi? W podziemiach metra dziesięcioletniemu dziecku tak łatwo czegoś z kimś nie podzielić.

Muszę jeszcze ustalić, skąd się wziął, ale najpierw trzeba sprowadzić Bieługę z powrotem. Oddać ją ludziom, społeczeństwu, jej samej. Póki nie jest za późno, póki światło dzieciństwa nie zgasło jeszcze do końca w jasnych oczach i póki jest jeszcze nadzieja, że pomożemy jej zapomnieć.

Pamiętam, że dziewczynka lubi czytać. Piotruś Pan i Wendy. Mała syrenka. Pippi Pończoszanka. Rysunki do ulubionych książek wciąż wiszą na ścianie w jej sypialni. Ostatnio raczej nie czytała, ale i tak nie zauważa stosu książek, które przyniosłam ze sobą i położyłam na stole.

Dziwnie zastygła, nadal patrząc w okno – małe skulone stworzenie, zatrzymane w punkcie odrzucenia, nie wiadomo jakiej płci. Gdyby nie włosy do ramion, jasne od urodzenia, a teraz przez brud niemal brunatne i splątane, od razu trudno byłoby powiedzieć, że to dziewczynka.

Wydaje mi się, że Bieługa jest spokojna, więc robię ku niej krok.

— Nataszo…

Ale pozory mylą. Dziecko jest jak sprężyna wciśnięta w rowek, a szybkie spojrzenie kłujących oczu potwierdza, że sprężyna jest gotowa wyskoczyć, zerwać się, wystrzelić. Pędzić tam, gdzie ją rozumieją i czekają. Gdzie kochają ją dziwną miłością, która wykwita krwiakiem pod plastrem.

— Spierdalaj! Niczego nie chcę! Nienawidzę was wszystkich! Rozumiesz? Nienawidzę!

Bieługa zrywa się i przewraca krzesło. Zaczyna ryczeć. Cofa się do kąta, wycierając rękawem zasmarkany nos, pod którym nagle wydymają się bańki. Zrobiłam tylko krok, a ten krok wystarczył, żeby dziewczynka pękła i rozszlochała się na głos – dziesięcioletnie dziecko, które nie utrzymało w sobie kłębu rozpaczy.

— Ona na mnie czeka, a ja nie przyjdę! Rozumiesz?! Czeka! Nienawidzę was wszystkich! Nienawidzę!

— Nataszo, uspokój się, proszę!

Z tyłu rozlegają się kroki i do pokoju wchodzi pielęgniarka – duża, wysoka kobieta około pięćdziesiątki, o męskich rysach twarzy, na której królują haczykowaty nos i ciężki podbródek. Mogłaby wiarygodnie zagrać kobietę inkwizytorkę, gdyby jakiś reżyser obsadził ją w tej roli, ale natura czasem żartuje, ubierając dobroć w nieatrakcyjne opakowanie.

I imię ma równie grubo ciosane – Iraida Borysowna.

Rozdział 1 / 4 · Strona 1 z 3