Rozdział 3
Andrzej
Suka przede mną była przebiegła, wyrachowana i piękna. Niemłoda, ale umiała omotać mężczyzn, to fakt. Facetom w korporacji ślina niemal kapała na widok wysokiej brunetki o wybitnych kształtach, których wcale nie zamierzała ukrywać pod ubraniem, mimo firmowej etyki. Zresztą od pierwszego dnia nie zamierzała też ukrywać zainteresowania mną, ilekroć łapałem na sobie jej spojrzenie.
Asystentka Kuprijanowa, superspecjalistka od analityki rynku. Jeśli wierzyć słowom kuzyna, pracownik absolutnie niezastąpiony.
Nie powiem, żebym bardzo się zdziwił, gdy w archiwum pracowników firmy nie znalazłem jej akt osobowych. Żadnych danych ani rekomendacji, żadnej historii zawodowej. A później sam mogłem się przekonać, że Nelly Przygożewa nie miała też żadnych umiejętności analityka. Nie mówiąc już o elementarnym rozumieniu sensu swojej obecności tutaj z punktu widzenia zajmowanego stanowiska.
Pojawiła się w „Sezamie” praktycznie w tym samym czasie co ja, a wszystko, na co ją było stać, to sprawić, żebym ją zauważył.
Zauważyłem, tylko piękność nie zrobiła na mnie wrażenia, na co liczył Walerka. Nie lubię sprzedajnych bab, niezależnie od tego, ile kosztują i do czego się ich używa. Ani grubego wyrachowania też — kto jak kto, ale mój brat, gdyby był mądrzejszy, mógłby się domyślić, że od dawna nie jestem zasmarkanym chłystkiem łasym na darmowe wdzięki. I nie graczem, w przeciwieństwie do niego, żeby połknąć tak oczywistą przynętę.
„Boi się i ma coś do ukrycia” — oto pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, ledwie Kuprijanow przedstawił mi Przygożewą, a brunetka miała trudność z odpowiedzią na proste pytanie, co sprowadziło ją do „Sezamu” i jaki jest cel jej pracy w firmie. Coś tu było nieczyste — w ostrożnym spojrzeniu brata i jego pokazowej życzliwości, z którą mnie przywitał. W tych żałobnych łzach, którymi opłakiwał to, co stało się z dziadkiem, przyciskając się do mojej piersi.
Tak, minęło siedem lat od chwili, gdy widzieliśmy się ostatni raz, ale nawet po tylu latach nie spieszyłem się, by pocieszać się nadzieją, że Walerka się zmienił. I nie pomyliłem się. Jeśli nawet był ulepiony z tej samej gliny co ja, nasze proporcje zdecydowanie się różniły.
Wystarczyło spojrzeć bratu w oczy, żeby stało się jasne, że w wieku trzydziestu sześciu lat Kuprijanow pozostał taki sam — równie egoistyczny drań, wciąż żyjący wyłącznie własnym interesem. Zdolny przejść po każdym, kto stanie mu na drodze.
I nie, nie mógł tak po prostu przełknąć faktu, że po śmierci dziadka „Sezam” przypadnie mnie. Nie byłem idiotą i rozumiałem, że wszedłem bratu w drogę, ale decyzja dziadka mnie zdziwiła.
Nie potrzebowałem jego firmy, miałem dość własnych ambicji, żeby zaistnieć w tym życiu bez cudzej pomocy. I dotąd wszystko mi się udawało. To Walerka był ukochanym wnukiem, nie ja. Pierworodnym, którego dziadek chętnie rozpieszczał i wiele mu wybaczał. Najpierw pieniądze skradzione z domu, potem rozbity wóz i kłamstwa, bez których brat nie umiał żyć.
Nie wiem, jak układały się ich relacje w ostatnich latach, ale jeśli chodzi o mnie i dziadka, ostatnio na pewno się nie zbliżyliśmy.
Już w wieku szesnastu lat nie zamierzałem tańczyć tak, jak mi zagra, i wiedziałem, czego chcę. Nie tego, żeby zostać czyimś marionetkowym potomkiem, na którego nakłada się wielkie nadzieje. Ja też byłem egoistą, ale innego rodzaju niż brat, i we wszystkich sprawach przywykłem polegać wyłącznie na sobie.
Dlatego od pierwszego dnia, gdy tylko wróciłem do miasta i stanąłem na czele „Sezamu”, bezustannie zadawałem sobie pytanie: co właściwie planuje Kuprijanow? I co naprawdę stało się z dziadkiem Matwiejem?
Wiadomo było niewiele.
Dziadkowi zrobiło się źle krótko po rozmowie z Walerką. Obaj byli w podmiejskim domu Woronowa starszego, sami, kiedy ten ostatni nagle dostał ataku. I Kuprijanow przysięga, że w tym momencie spał, a dopiero po godzinie znalazł dziadka na podłodze w jego gabinecie. Przysięga, wiedząc, że jego słów praktycznie nie da się podważyć.
Nie od razu dostałem się do domu, ale kiedy to się stało, miałem już podejrzenia, że w firmie nie wszystko jest w porządku. Nie znalazłem jednak u dziadka żadnych ważnych papierów potwierdzających moje wątpliwości. Niczego, co pomogłoby rzucić światło na jego ostatnią rozmowę z wnukiem i dać choćby jakiś punkt zaczepienia.
Coś w „Sezamie” szło nie tak. I żeby zrozumieć, co dokładnie, zacząłem coraz głębiej studiować dokumenty i poznawać świat korporacji, polegając na swojej intuicji. W końcu mnie nie zawiodła.
Skala machlojek porażała. A także udział czołowych osób firmy w nielegalnych transakcjach.
Rozumiałem, że Kuprijanow raczej nie zdołałby sam zorganizować podobnych schematów wyprowadzania kapitału, ale to, że zdradził dzieło dziadka, nie budziło już wątpliwości.
Byłem gotów na wiele. Czekało mnie rozgrzebanie gniazda os i głupotą byłoby liczyć, że osy nie zaczną żądlić w odpowiedzi. Ale nie na to, że Walerka zdecyduje się mnie zabić… Nie, tego się nie spodziewałem.
Dlatego kiedy Kogucik wpadła do mojego gabinetu z oczami szeroko otwartymi z przerażenia i zaczęła szczebiotać o zbrodni planowanej przez mojego brata i jego wspólniczkę, o niebezpieczeństwie, które mi grozi — osłupiałem. Nie tyle z powodu samej wiadomości i faktu porozumienia między kochankami, ile z żalu, że wszystko dzieje się zbyt szybko.
Za wcześnie zaczęli się miotać, potrzebowałem czasu. Już wynająłem ludzi i rozpocząłem śledztwo. Wiele udało mi się samemu ustalić… ale nie wszystko. Nie wszystko, a tu jeszcze Kogucik.
Jej strach mógł do diabła pomieszać wszystkie plany. Ta Ruda wiedźma ma dość rozumu, żeby komuś wypaplać, co słyszała i widziała. I choć początkowo nie chciałem w to wierzyć, okazało się, że trudno znaleźć człowieka bardziej prostolinijnego i oddanego firmie niż moja sekretarka.
Albo kiepsko znałem się na ludziach.
Kiedy po raz pierwszy wszedłem do recepcji dyrektora generalnego „Sezamu”, zły i zbity z tropu tym, co stało się z dziadkiem oraz jego decyzją, mój wzrok zahaczył o smukłą sylwetkę dziewczyny przy oknie. Wcale nie zamierzałem, ale zwróciłem uwagę na piękną linię ramion, białą szyję i… falujące włosy nieznajomej, zwinięte na karku w ciężki splot — ciemnorude, w kolorze niskiego płomienia tańczącego na płowych węglach w ciemną noc.
Minęła zaledwie sekunda od chwili, gdy przekroczyłem próg i jeszcze nie zdążyłem jej porządnie obejrzeć, a w głowie już pojawiła się niespodziewana myśl: „Takiemu płomieniowi tylko dać wolność, a rozgorzeje w ognisko tak, że nie ugasisz”.
Bzdura!
Wszedłem szybko i dziewczyna nie zdążyła się odwrócić, ale domyślić się, kto stoi przede mną, nie było trudno. Plotki o niej i moim dziadku, który na stare lata zwariował i zatrudnił jakąś dziewczynę z ulicy, dotarły do mnie wcześniej, niż wszedłem do budynku korporacji. I oczywiście nie mogły nie wywołać w duszy niezadowolenia.
Odwróciła się, usłyszawszy moje kroki, i przez chwilę nie zdołała ukryć zdumienia w oczach. Nie wiem, co zdziwiło ją bardziej — to, że tak bezceremonialnie wszedłem do recepcji i zamierzałem bez wstępów zająć gabinet dyrektora generalnego. Czy to, że między mną a jej szefem nie było widocznego podobieństwa?
Nieważne, w każdym razie szybko wzięła się w garść i spięła. Ja też.