Rozdział 4
— No oczywiście! — parsknęła Neleczka. — Widzę, jak bardzo cię nie dotyczą! Biedactwo, tak się starałaś dogodzić szefowi i pozbierać dokumenty, że aż cała się zgrzałaś! Mogłaś sobie dalej siedzieć cicho pod stołem, tam jest twoje miejsce!
— Coo?!
— To, co słyszałaś! Najpierw omotałaś dziadka, a teraz wczepiłaś się kleszczami we wnuka, tak? Boisz się stracić swoje? Myślisz, że nikt w firmie nie wie, kim jesteś? Utrzymanka i wywłoka!
— Nelly, prosiłbym! Zachowaj swoje zdanie dla siebie! — próbował wtrącić się Woronow, ale kiedy dwie dziewczyny tracą panowanie na zakrętach, płeć silna lepiej niech zejdzie z drogi i się nie wychyla.
— Jak ty śmiesz?! — jęknęłam i autentycznie poczułam się obrażona w swojej czci. Tak otwarcie jeszcze nikt nie rzucił mi w twarz niezasłużonego oskarżenia. — Na siebie popatrz, bezwstydna wydro!
— Jeśli już sobie pozwalam, to za zgodą Andrzeja, zauważ! — warknęła Ludożerka. — A nasze z nim sprawy ciebie nie dotyczą! Jesteś tu tylko personelem obsługi, więc znikaj! Wolna jesteś, dziewczynko!
— Hej! Która z nas jest tu jeszcze od obsługi! To ty wycierałaś tu stoły swoją spódnicą! I to tobie powiedziano prosto w twarz, że się spóźniłaś! Kawy jej się zachciało. Guzik z pętelką, a nie kawa, rozumiesz?! — i pokazałam brunetce figę.
— Ruda szelma!
— Za to nie farbowana, jak niektóre! I nie nadmuchana!
— Nelly, Dario, oszalałyście?! Natychmiast przestańcie!
Aha, jasne! W dzieciństwie tyle razy drażniono mnie przez kolor włosów, że doświadczenie w słownym ping-pongu wyrobiło się u mnie, ho, ho! Ja dopiero zaczęłam! Można powiedzieć, że dopiero otworzyłam buzię…
Patrzcie ją, zachciało jej się mną rządzić!
Ale Przygożewa nie byłaby lisicą, gdyby w porę nie zrozumiała, w którą stronę obrócić oburzoną buźkę, żeby naprawdę nie dostać po nosie.
— Andrzeju, i ty to znosisz?! — pisnęła urażona. — Twoja sekretarka właśnie mnie obraziła! Spójrz na nią, ona szaleje z zazdrości i chce tobą manipulować! Nie można jej ufać! Nie zdziwię się, jeśli jest w zmowie z twoim bratem! Jak myślisz, dlaczego pcha się do ciebie pod stół i zadowala… Hipokrytka!
Co?!
Zagotowałam się od takiego kłamstwa i oskarżenia. Od tego, jak niewinnie wyglądała Przygożewa przed mężczyzną, trzepocząc rzęsami.
Nigdy nie byłam hipokrytką i zawsze byłam oddana „Sezamowi”. Nie zasłużyłam… Jak ona śmie coś takiego mówić!
Gdyby nie Woronow, dorwałabym ją, przysięgam! I wtedy nikt już nie mógłby powiedzieć, że asystentka dyrektora wykonawczego jest brunetką. Zostawiłabym jędzę bez włosów!
— Ach ty… Kłamczucho! Przecież sama dogadałaś się z Kuprijanowem… Ja wszystko wiem! Wiem, co wy zamie…
— Milczeć, Kogutowa! Wynocha z gabinetu!
— Ale Andrzeju Igorowiczu, ona przecież…
— Szybko do recepcji! Marsz stąd! Nelly, siadaj!
— Słusznie, Andrzeju! Dawno trzeba było wyrzucić tę bezczelną dziewuchę!
Ale ja bym nie wyszła — za nic! Bojowy Kogucik już postawił grzebień i przygotował się do walki aż do zwycięstwa. Gdyby wściekły Goblin zwyczajnie nie chwycił mnie w objęcia, jak worek mąki, i nie wyniósł pod pachą do recepcji — nie zwracając uwagi na opór.
Postawił mnie na podłodze, zatrzasnął za nami drzwi gabinetu (zostawiając w nim Ludożerkę samą) i obrócił twarzą do siebie.
— Oszalała pani! — wysyczał groźnie prosto w czoło, ściszając głos do szeptu i błyskając lodowatymi oczyskami. — Jeszcze sekunda i wszystko by pani wypaplała!
— No i co z tego! Niech wie, że ją przejrzano! Nie rozumiem, Andrzeju Igorowiczu, dlaczego pan milczy? Dlaczego mi pan nie wierzy?!
— Nie chodzi o wiarę, tylko o to, że pani mnie nie słyszy! Powiedziałem przecież, że sam ze wszystkim sobie poradzę! Proszę iść do domu, Kogutowa, póki nie narobiła pani szkód! Wyrzucić wszystkie bzdury z głowy i spać spokojnie! Jestem mężczyzną, nie smarkaczem, nie potrzebuję pani opieki. I lepiej, żeby zniknęła pani z horyzontu w ciągu najbliższych pięciu minut, inaczej…
— Co inaczej? — oczy zaszczypały mnie od łez krzywdy, a do gardła podszedł ucisk. Nienawidzę niesprawiedliwości!
— Inaczej będzie pani siedzieć u mnie pod stołem całą noc!
Stałam, patrzyłam na swojego szefa, a usta mi drżały…
— No, co jeszcze, Dario?
— Dlaczego pan jej nie powiedział? Przygożewej.
— Co miałem jej powiedzieć?
— Że między nami nic nie było, oczywiście!
Oczy patrzyły na mnie uważnie i gniewnie.
— Kogutowa, widzę, że pani od skromności nie umrze. A dlaczego miałbym jej coś mówić?
— Ale przecież ona pomyślała, że my… że pan i ja… że u nas z panem…
— Jak interesująco. Proszę kontynuować, słucham uważnie.
Ale zacięłam się. Co innego pomyśleć — w myślach wszystko wydaje się jasne jak na dłoni. A co innego wypowiedzieć na głos to, co jest zrozumiałe bez słów.
A Woronow jakby tylko czekał na moje zawahanie. Ponaglił niecierpliwie:
— No dalej, proszę wypowiedzieć swoją fantazję, bo mnie nic nie przychodzi do głowy. Poza tym, że zbierała pani tam papiery. Przecież to i wcześniej należało do pani obowiązków, przy moim dziadku? Pilnować dokumentów?
Jeśli po tym wszystkim byłam czerwona, teraz pobladłam.
Nagle zachciało mi się wymierzyć Woronowowi policzek. Mocny, taki, żeby zadzwoniło w uchu. Żeby mógł poczuć ten sam palący wstyd po jego słowach, co ja.
On wszystko doskonale rozumie, tylko ma to gdzieś. Ma gdzieś mnie.
Najwyraźniej to zrozumiał, bo spojrzał na mój unoszący się w gniewie biust, na rękę… Zacisnął szczęki, odwrócił szerokie ramiona w stronę gabinetu i rzucił chłodno przez ramię:
— Proszę iść do domu, Kogutowa. Jest pani wolna.
— Jestem Kogucik!
Nagle odwrócił się i rozzłościł.
— Jeśli pani jest Kogucik, to ja jestem Kurka! — warknął zirytowany. — Proszę już iść, do kogo mówię! Bez pani mam roboty po uszy!
Wszedł do gabinetu i trzasnął drzwiami! Aż szyby w szafach zadrżały. A ja zostałam, niezdolna dłużej powstrzymywać łez.
Popłynęły po policzkach — gorzkie i kłujące, ledwie nadążałam je mrugać, gdy drzwi gabinetu znów się otworzyły i Woronow wrócił. Wyjął z wewnętrznej kieszeni chusteczkę — tak samo idealnie wykrochmaloną jak on sam — i wcisnął mi w rękę.
— Jeszcze płaksa! Proszę, niech pani weźmie, jutro porozmawiamy. A najlepiej niech pani zejdzie na dół i poczeka na mnie na parkingu. Zna pani mój samochód? Czarny SUV. Odwiozę panią do domu.
Znów trzasnął drzwiami i poszedł!
Gad, cham i… nieczuły drań!
Góra lodowa i sopel!
A Matwiej Iwanowicz tak był z niego dumny! Mówił, że młodszy wnuk jest cały w niego. Że dobry z niego człowiek.
Dobry z niego goblin, a nie człowiek! Roboty ma po uszy. A ja to niby mam jej mało? Znowu przecież położę się spać o pierwszej w nocy, zanim przerobię w domu wszystkie sprawy. Czy on myśli, że cały świat kręci się wokół niego?
Z uczuciem wydmuchałam nos w chusteczkę.
Nie, postanowione — zwalniam się! Niech to wszystko diabli wezmą! I „Sezam”, i plotki, i spiski razem ze spadkobiercami! Co, innej pracy sobie nie znajdę? Oczywiście, że znajdę! Choćby w agencji nieruchomości.
Wielkie mi co, sprzątną Woronowa. Sam sobie winien, gbur jeden. No to „Sezam” przypadnie Kuprijanowowi z Ludożerką — mordercom-wspólnikom. Co ja mam z tym wspólnego? I tak nikt mnie nie słuchał.