SOVABOO

Upolować Kujona!

Ch. 1: Rozdział 1

Rozdział 1

Rozdział 1/7 · Strona 2 z 44%

Patrzyły na mnie ciepłe, piwne, niezwykłe oczy w oprawie ciemnych rzęs. Loczek coś mówił, mówił… A ja, jak zaczarowana, przywarłam wzrokiem do męskich ust, czując, jak od brzmienia jego głosu w duszy drżą struny, o których istnieniu do niedawna nie miałam pojęcia.

Nigdy nie sądziłam, że może mnie spotkać coś podobnego. Że tak po prostu wpadnę po uszy przez pierwszego lepszego chłopaka. Ja, Agnia Korsak, która nigdy nikogo nie kochała… nagle poczułam wyraźne ukłucie w piersi. Serce uderzyło o żebra, oddech się urwał, a ognisty impuls przeszył ciało niczym strzała, przebijając mnie nieznanym dotąd uczuciem.

Przeklęty Kupidyn wybrał dziś na cel mnie i zarechotał, a ja, zapomniawszy o Czerwonych Khmerach, spytałam chłopaka, jak ma na imię…

 

Tak, wszystko to przydarzyło mi się dokładnie miesiąc temu, ale nawet po trzydziestu jeden dniach mojej głębokiej miłości Anton Morozow odmawiał zauważenia mnie.

Wydmuchnęłam złość nosem jak smok i złapałam jego spojrzenie rzucone w stronę sąsiedniego rzędu, gdzie przy oknie siedziała blada wydra o cienkich wargach. Potocznie — studentka Ella Klukwina. Nic szczególnego, uwierzcie mi! Cienkie kosteczki, mysie włoski, drżące rzęsy i zaciśnięte usta, jakby zaraz miało ją zemdlić. Takich afektowanych panienek jeszcze trzeba poszukać! Nie rozumiem, co mój Morozow w niej znalazł? Mnie osobiście ona baaardzo się nie podobała!

W jego otoczeniu mogłam znosić tylko jedną dziewczynę — taką samą okularnicę, kujonkę-cudowne dziecko, o której geniuszu plotkował cały uniwersytet. I to tylko dlatego, że mój kujon wzdychał do bladej wydry.

Wypuściłam powietrze przez zęby i powtórzyłam:

- Cześć, Mroziku!

Anton nie odpowiedział, nadal patrząc na Klukwinę. Ta też z zainteresowaniem zerkała na blondyna przez ramię. Na mojego blondyna, tak przy okazji!

Patrzcie no, urządzili sobie gapienie! No to ja wam pokażę!

Niewiele myśląc, strzeliłam w nią ciemnym spojrzeniem, zarzuciłam rękę na oparcie krzesła Morozowa i gorąco przycisnęłam się do niego udem.

Odszarpnął się ode mnie, jakby poraził go prąd.

- K-k-korsak! - okulary o mało nie zleciały mu z nosa, za to mnie na pewno zauważył. - C-co ty robisz?!

Uśmiechnęłam się tak, że z równego szeregu zębów posypał się starty pył.

- Powiedziałam: „Cześć, Mroziku!” - zamruczałam drapieżnie. - A ja jestem przyzwyczajona, że ludzie się ze mną witają. M-m? — wymagająco wygięłam wysoką brew.

No proszę, wreszcie kiwnął. Chociaż wzrok jeszcze szklany — pewnie zastygł w bursztynie od urody bladej Żurawiny. Nic, zaraz przyprowadzę Rumianka do zmysłów. Jeszcze tego brakowało, żeby jakieś cwane wydry wchodziły w drogę naszemu szczęściu. Ze mną ten numer nie przejdzie!

Podniosłam rękę i pomachałam nią przed twarzą chłopaka. Akurat miał znów spojrzeć na Muchomora i drgnął, kiedy umyślnie zahaczyłam go po nosie.

- Hej, to ja, Agnia! I siedzę tutaj!

- Korsak, co z tobą? — spytał zdumiony blondyn.

Spojrzenie natychmiast skupiło się na mnie, a za szkłami okularów osłupiale zamrugały długie rzęsy — no, tak lepiej!

- Nic. Po prostu kiedy się złoszczę, szwankuje mi koordynacja i wszystko wokół strasznie mnie irytuje, - przyznałam szczerze. - Tak jak teraz! Nadal czekam, Morozow, - przypomniałam, - ale moja cierpliwość nie jest bezgraniczna!

- C-cześć.

Jakiż to spokój ducha, mieć do czynienia z pojętnym człowiekiem! Od razu chce się uśmiechać i obejmować cały świat! Nie licząc Żurawiny, która siedzi i ponuro się na nas gapi. Jej też musiałam pokazać środkowy palec, przypadkiem drapiąc się nim po policzku.

Chyba zrozumiała. Cienkie wargi drgnęły i jak zwykle skwaśniały.

- No, tak lepiej, Rumianku. Ja też się cieszę, że cię widzę!

Morozow odwrócił się i spochmurniał. Spojrzawszy na wykładowcę, zapisał za historykiem temat nowego wykładu.

- O radości nic nie mówiłem, - mruknął cicho, ale uparcie. - I nie jestem dla ciebie Rumiankiem, Korsak, ani Loczkiem! Wystarczy, mam dość powtarzania! — niespodziewanie warknął.

Oho, jacy groźni jesteśmy! Z zachwytu aż się uśmiechnęłam, zapatrzona w jasne, falujące pasmo, które chłopak, poprawiwszy okulary, założył sobie za ucho.

„No, jeszcze zobaczymy, kim dla mnie jesteś”, pomyślałam nie mniej uparcie. Teraz najważniejsze było to, że Morozow zapomniał o Żurawinie i już doskonale wiedział, kto obok niego siedzi.

W pełni mi to odpowiadało, więc postanowiłam skupić się na nauce. Tym bardziej że Wasyl Jurjewicz nadal surowo spoglądał w moją stronę. Okazał się jednym z tych wykładowców, którzy nie wybaczają studentom ich pewności siebie. A zatem musiałam go zadziwić i swoją pewność siebie usprawiedliwić.

Nie przywykłam przegrywać z nikim nawet w drobiazgach, więc zaczęłam uważnie słuchać historyka i zapisywać za nim ważne tezy wykładu. W trakcie tak zasłuchałam się w opowieści o polityce zagranicznej Bizancjum, że nawet nie zauważyłam, kiedy zapatrzyłam się na dłoń blondyna — po męsku szeroką, ale zgrabną, z mocnym nadgarstkiem, zaciskającą długie palce na długopisie.

- Morozow, mówili ci, że masz ładne ręce? — przysięgam, to nie ja powiedziałam, tylko moje poczucie piękna, ale w pełni się z nim zgadzałam.

- Co? - chłopak podniósł głowę i roztargnionym spojrzeniem musnął mnie wzrokiem. Znowu się odwrócił. – Nie, nie mówili.

- Więc będę pierwsza. Masz je ładne i sam też jesteś przystojny. Bardzo!

Powiedziałam to szeptem, nachylając się do policzka Mrozika, a on się zaczerwienił. Zacisnął palce w pięść, chowając rękę przed moim wzrokiem. Cholera, no nie można być aż tak rozczulającym. Aż zachciało mi się ugryźć go w policzek! Wygląda na to, że solidnie za nim stęskniłam się przez miniony weekend.

- Odczep się, Korsak, - syknął, marszcząc brwi. On za mną na pewno nie tęsknił. – Rzuć te swoje żarciki! Już ci mówiłem, że na mnie nie działają!

Odpowiedziałam jednak takim samym szeptem.

- Nawet mi się nie śni. Podobasz mi się, Loczku! — Przysunąwszy się bliżej, żeby nas nie słyszano, spytałam: - A ja tobie? Naprawdę ani trochę? Tak kompletnie ani kropelki?!

Tak się złożyło, że dotknęłam go piersią, a on natychmiast odsunął łokieć. Oburzył się cicho, ale bardzo stanowczo. Nawet mięśnie szczęki napięły mu się pod skórą — oho, jaki przystojniak!

- Nie, nie podobasz mi się. Wcale! I jeśli nie przestaniesz się tak zachowywać, po prostu wstanę i wyjdę! Przeszkadzasz mi w nauce i nie zamierzam tego znosić. Nie rozumiem, po co w ogóle do mnie siadasz. Nie możesz znaleźć sobie innego miejsca?

W sali wykładowej miejsca wystarczało dla wszystkich, a aluzja zabrzmiała więcej niż przejrzyście. Ale nie przywykłam przebywać w strefie ignorowania, więc Morozow musiał to zaakceptować. Odsunęłam się jednak dalej, pozwalając mu oddychać. Niech myśli, że ma wybór. Na razie.

- Dlaczego? Mogę, oczywiście. Ale nie chcę! - uniósłszy podbródek, spojrzałam na tablicę. – Tak się złożyło, że mnie inspirujesz.

- Do czego niby? — Morozow odwrócił twarz, a jasnobrązowe oczy za szkłami okularów rozszerzyły się ze zdumienia. – Do nauki?

Westchnęłam i wróciłam do notatek, spiesząc zapisać za historykiem kolejną tezę.

No tak, kiedy chodzi o uwodzenie, logika mojego niedoświadczonego kujona od razu zaczyna kuleć. Musiałam wykrzywić usta w uśmieszku.

- No oczywiście, że do nauki, Mroziku! A do czego innego?

Rozdział 1 / 7 · Strona 2 z 4