SOVABOO

Upolować Kujona!

Ch. 1: Rozdział 1

Rozdział 1

Rozdział 1/7 · Strona 4 z 411%

Idealna dziewczyna. Taka powinna grać w filmach, jak jej sławny ojciec. Na uniwersytecie nikt nie wie na pewno, ale wielu domyśla się, czyją jest córką. Nie każdy student ma własne audi i gwiazdę „wybranej” na czole. I czego ona szuka na naszej uczelni, nie rozumiem? Do tego jeszcze na kierunku „Inżynieria oprogramowania”? Uczyłaby się za granicą, jak wcześniej — to po co wróciła?

Do diabła! Nie chcę o tym wiedzieć! I nie chcę o niej myśleć! Gdyby w moim życiu był czas dla dziewczyny, na pewno nie byłaby nią ona. Nie taka jak Agnia, ognista i niespokojna osoba, po której nie wiadomo, czego się spodziewać. Ktoś znacznie cichszy i spokojniejszy. Bardziej swojski.

Może ktoś taki jak Ella…

Wmieszałem się w strumień studentów i zszedłem po schodach. Znalazłszy się na drugim piętrze, zatrzymałem się i wypuściłem powietrze, rozumiejąc, że wcale nie mam ochoty iść na angielski. Opuszczanie zajęć nie leżało w moich zasadach, ale temat znałem, a nastrój na siedzenie i tępe gapienie się zniknął bez śladu. Została uporczywa chęć zapomnienia o wszystkim i po prostu się wyspać. Najwyższy czas! Ostatnio moje życie zrobiło się zbyt przeładowane celami i obowiązkami.

- Morozow? Antonie, zaczekaj chwilę!

Wykładowczyni fizyki i termodynamiki, niemłoda kobieta, wyłoniła się zza rogu korytarza i zrównała się ze mną. Zawoławszy mnie na bok, zatrzymała się przy oknie.

- Dzień dobry, Sofio Witaljewno.

- Dzień dobry, Antonie. Powiedz, widziałeś dziś Katię Ufimcewą? — spytała z właściwą sobie surowością w spojrzeniu. – Szukam jej, ale w salach nigdzie jej nie widać. Jest mi potrzebna.

- Nie. A co się stało? Coś poważnego?

Dziewczyna była moją przyjaciółką i w duszy nieprzyjemnie poruszył się niepokój. Jutro Katia miała wygłosić referat z fizyki kwantowej przed całym wydziałem, nieraz omawialiśmy z nią ten referat i wiedziałem, że bardzo się denerwowała, jak wszystko pójdzie.

Katia Ufimcewa całkiem zasadnie uchodziła na naszym uniwersytecie za ewenement i cudowne dziecko. Skończywszy szkołę w wieku szesnastu lat, przez dwa lata nauki na wydziale fizyczno-matematycznym ta chudziutka, ale uparta dziewczyna zdołała pokonać program czterech trudnych lat, a teraz, mając niepełne dziewiętnaście, przygotowywała się do rozpoczęcia studiów magisterskich. Z łatwością wygrywała lokalne uniwersjady i zamierzała bronić honoru uczelni na międzynarodowej olimpiadzie fizyków w Monachium. Poznaliśmy się jeszcze podczas nauki w starszych klasach szkoły, wspólnie biorąc udział w olimpiadach z nauk ścisłych. Pewnego razu zobaczyłem chudą dziewczynę w wielkich okularach, zagadałem do niej i zrozumiałem, że nigdy nie spotkałem nikogo mądrzejszego. Tak zaczęła się nasza przyjaźń.

- Nic poważnego, Antonie, - uspokoiła mnie Sofia Witaljewna. - Zwykłe sprawy uczelniane. Jutro na wydziale jest dzień referatów z fizyki, będą obecni dziennikarze i rada uniwersytetu. Siergiej Michajłowicz chciał jeszcze raz zebrać w dziekanacie wszystkich uczestników, żeby ustalić kolejność wystąpień. Nie wiesz, gdzie mogłaby być?

Oczywiście, że wiedziałem! Już wyjąłem z kieszeni komórkę, żeby zadzwonić do Ufimcewej, ale w porę się opamiętałem. Odpowiedź na pytanie nie była trudna, za to nie chciałem odrywać przyjaciółki od pracy. Jak nikt inny rozumiałem, jak ważny podczas pracy jest moment koncentracji. Nasz dziekan Krokotucha też mógł się tego domyślić, zamiast po raz kolejny niepokoić studentów przed ich odpowiedzialnym dniem.

- Przecież zna pani Katię, Sofio Witaljewno. Dopóki nie będzie pewna sukcesu w stu procentach i dopóki nie dopnie swego, przestaje istnieć dla świata. - Uśmiechnąłem się. – Ufimcewa na pewno siedzi teraz w bibliotece z laptopem, buduje teorie kwantowe i obmyśla dowody, żeby jutro zadziwić nas wszystkich. Sam lubię to ciche miejsce. Jeśli trzeba, oczywiście pójdę i ją zawołam, ale nie sądzę, żeby kolejność była dla niej aż tak ważna.

Liczyłem na błysk zrozumienia w oczach kobiety i się nie pomyliłem. Sofia Witaljewna westchnęła i zanim odeszła, poklepała mnie po ramieniu.

- Myślę, że masz rację, Antonie. Dobrze, sami z Siergiejem Michajłowiczem rozwiążemy tę sprawę. Swoją drogą, jak idzie twój projekt i wyjazd? — spytała z zainteresowaniem. – Wybrałeś już temat?

W zeszłym roku moim samodzielnym projektem z astrofizyki zainteresował się pewien duży uniwersytet naukowy. Nie licząc szczególnie na nic, wysłałem pracę do udziału w międzynarodowym konkursie i niespodziewanie znalazłem się wśród liderów. Moja teoria przypadła do gustu kanadyjskim fizykom i tego lata jeden z uniwersytetów w Toronto zaprosił mnie na wizytę badawczą, a przy okazji do przedstawienia kolegom pod ocenę jeszcze jednego projektu — na dowolny interesujący mnie temat. Właśnie o to pytała wykładowczyni.

- Prawie. Mam pomysły, ale potrzebuję informacji. Teraz zbieram materiały i przygotowuję się do pracy. Przede mną cztery miesiące, więc mam nadzieję, że ze wszystkim zdążę.

Kobieta z zadowoleniem skinęła głową.

- To dobrze. Ale jeśli będziesz potrzebował pomocy, Antonie, zgłoś się. Zawsze wiesz, gdzie mnie znaleźć.

- Tak, dziękuję, Sofio Witaljewno. Wiem.

Odwróciłem się i odszedłem, nie znajdując w sobie odwagi, by przyznać wykładowczyni, że najpewniej nie pojadę do żadnej Kanady. Nawet jeśli zrobię projekt.

Tutaj moje nadzieje mogły runąć w jednej chwili. Jeśli z wyobraźnią i pomysłami nigdy nie miałem problemów, to problem z pieniędzmi istniał. Wciąż nieprzezwyciężony, choćbym nie wiem jak próbował „ubić masło” i zarobić pieniądze własnymi siłami.

Niepotrzebnie to wszystko zacząłem, tę grę z zagranicznymi uniwersytetami i własnym „ja”. W kwestii tego ostatniego nie byłem ani trochę lepszy od Korsak, trzeba to przyznać. Mną też kierowała chęć dowartościowania się i osiągnięcia celu za wszelką cenę. Ale oprócz tego chciałem udowodnić sobie, że potrafię przeżyć życie nie na próżno i uczynić ten świat dla kogoś lepszym i ciekawszym. Może prawdziwszym. Tyle że na kosztowny wyjazd do Toronto, nie mówiąc już o utrzymaniu się w obcym kraju, moja rodzina nie mogła sobie pozwolić, niezależnie od tego, jak szlachetny cel mną kierował.

Rozumiałem to, ale nie chciałem się z tym pogodzić.

Wciąż miałem czas, zanim podejmę decyzję, żeby ze wszystkiego zrezygnować.

Myśląc o tym, minąłem salę, w której miały odbyć się następne zajęcia z angielskiego, i pospieszyłem do wyjścia. Ale nie wyszedłem z uniwersytetu od razu. Dopiero po tym, jak zajrzałem do biblioteki i upewniłem się, że z Ufimcewą wszystko w porządku.

Rozdział 1 / 7 · Strona 4 z 4