SOVABOO

Upolować Kujona!

Ch. 3: Rozdział 3

Rozdział 3

Rozdział 3/7 · Strona 1 z 429%

Pocztowa służba ekspresowych dostaw „Service life” uchodziła za poważną firmę i działała całą dobę, łącznie ze świętami i weekendami. Klientów obsługiwano od ósmej rano do ósmej wieczorem, wszystko w serwisie było nastawione na przyspieszenie dostaw, więc praca nie cichła także nocą. Działała flota transportowa, dyspozytorzy, magazynierzy i młodsi menedżerowie, obsługując połączenia między oddziałami w całym kraju. Krążyła korespondencja, paczki i różne ładunki, a więc firma potrzebowała tych, którzy mieli załadować, rozładować, śledzić i uporządkować transport przesyłek.

Zwykle w ciągu nocy musiałem wykonywać różne prace, być i sortowaczem, i magazynierem. Ostatnio próbowano podpiąć mnie pod zespół menedżerów i logistyków, proponując pełny etat, ale za każdym razem odmawiałem, woląc pracować nocami i zostawiać sobie kilka wolnych nocy w tygodniu na odpoczynek.

Zarobek nie był szczególny, ale razem z podwyższonym stypendium i płatnymi laboratoriami, które robiłem głównie dla studentów z innych wydziałów, udawało mi się jakoś wiązać koniec z końcem i utrzymywać na powierzchni.

Udawałoby się, gdyby nie konkurs i nie wyjazd z projektem do Kanady. I nie własna przyszłość, którą marzyłem związać z nauką.

Cholera! Potrzebowałem pieniędzy i powinienem porządnie pomyśleć, skąd je wziąć.

Około trzeciej w nocy odjechał załadowany samochód, zabrałem z magazynu listy przewozowe i wszedłem do biura, gdzie stały biurka menedżerów. Siadłszy przy jednym, wprowadziłem do komputera dane o wysyłce (jako starszy zmiany) i spojrzałem na zegarek. Nadszedł czas krótkiej przerwy, kiedy można było odpocząć jakieś dwie godziny, więc wyjąłem z plecaka laptop. Otworzywszy go, podłączyłem się do Wi-Fi, ale zanim wszedłem do internetu, otworzyłem w Wordzie dokument tekstowy z niedokończoną recenzją książki…

Już od trzech lat prowadziłem na Facebooku własny blog literacki. Na początku nie myślałem o niczym poważnym, po prostu dzieliłem się z przyjaciółmi i światem opinią o przeczytanych książkach. Za dużo było myśli w mojej głowie, za dużo pragnienia, żeby się wypowiedzieć, i wewnętrznego rozdźwięku. Ale niespodziewanie blog zdobył popularność, pojawił się odzew i przybyło obserwujących. Teraz miałem ich już kilka tysięcy, ludzi, z którymi prowadziłem dialog na swojej stronie.

Ostatnio jednak przez konieczność myślenia o przyszłości wolnego czasu zrobiło się mniej. Nie połykałem już książek zachłannie jak kiedyś, gdy nie byłem w stanie ugasić pragnienia wiedzy i wrażeń. A jednak starałem się czytać w każdej wolnej minucie: w domu, w transporcie, na uniwersytecie.

Myśli nigdzie nie odeszły, nadal żyły we mnie, cały chaos najróżniejszych idei, tak samo jak potrzeba, by je wyłożyć, co też robiłem. Czasem w recenzjach, czasem w rozmowie w sieci, w projektach naukowych, a czasem w opowiadaniach. Tych ostatnich, co prawda, nikomu nie dawałem czytać oprócz siostry, ale Kris je lubiła i na razie mi to wystarczało.

Skończyłem recenzję, zamknąłem laptop i przeciągnąłem się. Dyspozytorka poinformowała, że samochód do rozładunku przyjedzie do oddziału około piątej rano, a więc zostawała mi jeszcze cała godzina.

Wróciłem do magazynu i zasnąłem, tak samo jak chłopaki, ułożywszy się na kanapce obok pudeł.

Agnia

Dzisiaj wyglądała o wiele lepiej, prawie tak dobrze, jak ją zapamiętałam: krótkie loki zakręconej peruki i lekki makijaż. Nadal była bardzo szczupła, ale po miesiącu leczenia w izraelskiej klinice wrócił jej apetyt, twarz zagrała rumieńcem, a wraz z nim poprawił się nastrój. Lubiłam, kiedy się uśmiechała, bo w tej chwili przypominałam sobie swoje dzieciństwo i nas. Babcia zawsze mówiła, że jesteśmy drużyną. Właśnie tak jej odpowiedziałam, kiedy dowiedziawszy się o jej chorobie, ku niezadowoleniu rodziców zostawiłam naukę za granicą i wróciłam do domu: „Jesteśmy drużyną, babciu! A uczyć się tam nigdy nie chciałam, przecież wiesz”.

Babcia zawsze miała świetne poczucie humoru, za to cierpliwości nie stwierdzono. Dlatego i teraz przerwała moją opowieść o służbowym wyjeździe ojca do Ameryki Południowej niecierpliwym machnięciem ręki:

- Przez ostatnie dziesięć lat wydaje mi się, że mój jedyny syn nie jest potomkiem polskiego szlachcica, którego odpowiednio wychowywałam, tylko bohaterem serialu „Tropiciel” w prochowcu i butach, któremu dali mapę kraju Eldorado, ale zapomnieli wspomnieć, że ten kraj to mit. I teraz szuka go aż do krwi z nosa, a wciąż nie może znaleźć. To się nigdy nie skończy, Agnieszko. Widuję go w telewizji częściej niż w życiu i już przestałam mieć nadzieję, że mu się znudzi. Tobie też nie radzę!

Mój ojciec, który w przeszłości zrobił świetną karierę aktora filmowego, a potem z łatwością się z nią rozstał, teraz prowadził w telewizji znany program o podróżach i różnych wyścigach po całym świecie, i rzadko pojawiał się w domu. Jego rasowa, piękna twarz z dołeczkami i rozpoznawalnym uśmiechem łamacza serc podobała się widzom, mocno trzymała oglądalność, a kanały płaciły za tę oglądalność duże pieniądze. Chyba moglibyśmy mieszkać w Malibu, gdyby kogokolwiek z naszej rodziny to pociągało. Ale cóż. Pod tym względem byłam córką swoich rodziców.

Pamiętam, jak pewnego razu matka powiedziała: „O wiele ciekawiej świecić tam, gdzie nie jesteś jedną z setki diod, tylko jedynym jasnym reflektorem”. Na co ojciec i ja zgodnie przytaknęliśmy.

Matka grała w teatrze i, zdaje się, przeżywała kolejne zauroczenie młodym talentem. W swoim życiu przywykłam już do wszystkiego. Także do tego, że ludzie potrafią podawać za rzeczywistość wiele rzeczy. Miłość również, jeśli jest to wygodne i odpowiada obojgu.

Moi rodzice kochali się nawzajem, ale jeszcze bardziej kochali wolność i samych siebie, i nie powiem, żebym ich nie rozumiała. W każdym razie w pewnym momencie dorastania też zaczęłam wierzyć, że partner życiowy to coś w rodzaju szacownego przyjaciela, który nie stwarza problemów i z którym jest wygodnie o każdej porze roku.

A siebie można wydać na pasję. Zwłaszcza jeśli pasja jest sprawą twojego życia.

Tak, wierzyłam w to, dopóki przeklęty Kupidyn nie zetknął mnie z Antonem Morozowem i nie wbił okrutnie strzały w moje serce, przygważdżając mnie do tego chłopaka.

Nie byliśmy razem, ale nawet myśl o innej dziewczynie obok Mrozika, czysto teoretyczne założenie, że Loczek może kogoś dotknąć, uśmiechnąć się do kogoś albo, nie daj Boże, pocałować… doprowadzało mnie do rozpaczy i gniewu. Zmuszało krew, by płynęła żyłami jak roztopiona lawa, odnajdywało go moim wzrokiem w korytarzach uniwersytetu i nie pozwalało puścić.

Nigdy wcześniej nic takiego mi się nie zdarzyło. I… Cholera, trzeba było coś z tym zrobić! Moje serce wcale nie chciało zdrowieć!

Najwyraźniej zapomniawszy się, znów pogrążyłam się w myślach o Antonie, bo babcia nagle się uśmiechnęła i ostentacyjnie machnęła na mnie ręką.

- Znudziłaś mnie, Agnieszko! Brzęczysz i brzęczysz. Do tego piękność z ciebie, że ho ho! Przy tobie czuję się jak zazdrosna stara baba. Idź już do swoich chłopaków! Pewnie się naczekali. Ostatnim razem jeden tak wydzwaniał domofonem, że już myślałam, że pójdę na randkę zamiast ciebie. Zaproponowałam, że dotrzymam mu towarzystwa, a on odmówił, wyobrażasz sobie? Prostak! Żadnego szacunku dla starości!

Rozdział 3 / 7 · Strona 1 z 4