SOVABOO

Upolować Kujona!

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Rozdział 5/7 · Strona 2 z 560%

- Żylin, nie bierz mnie na litość. Powiedziałem, zgodziłeś się. Chcesz zapłaty po wykonanej robocie - dobra, proszę. Ale twoje tutaj to piętnaście procent, nie dwadzieścia. Inaczej bym się nie podjął. To ja nie śpię po nocach, ja siedzę nad wzorami, aż szczypią mnie oczy, i, zauważ, robię wszystko w terminie. Ja, nie ty.

- A kto jest winien, że nocami nie masz nic lepszego do roboty niż pisanie za innych prac semestralnych? To, Tocha, twoje życie osobiste!

- Zgoda. To ja idę? Znajdziesz pieniądze, przychodź. Wszystko gotowe, jak się umawialiśmy.

- Kretyn!

Zrzuciłem z siebie rękę chłopaka i lekko popchnąłem go w ramię.

- Kto mówi, sam jest kretynem! Dawaj już, Żyła, nie skąp! Przecież wiesz, że zawsze pomogę. Pieniądze są mi potrzebne nie mniej niż tobie.

Żylin skinął ze zrozumieniem.

- Co, jednak chcesz jechać? Z projektem?

Chciałem, bardzo chciałem, ale rzeczywistość wyglądała kiepsko.

Uśmiech zniknął. Od samego mojego pragnienia niewiele zależało, choć próbowałem oszukać się widmową szansą.

- Chcę, ale na razie nie jestem pewien, czy się uda.

Andriej westchnął i znowu wyjął portfel. Wyciągnąwszy z niego dwa pozostałe banknoty, podał mi je, wstał z parapetu i demonstracyjnie wysypał resztę monet na dłoń.

- Widzisz, Morozow, z czym mnie zostawiasz. Tylko brać i po prośbie chodzić! A ja też mam plany!

- Spokojnie, kto nie chodzi, ten nie zarobi, a ja udam, że nie wiem, ile tak naprawdę bierzesz za moją pracę.

Wyjąłem z plecaka laboratoria i pracę semestralną. Tym razem musiałem się napracować, żeby zdążyć w terminie, ale byłem do tego przyzwyczajony. Zeskoczyłem z parapetu, podałem papierowe teczki Andriejowi i mocno się zdziwiłem, kiedy ich nie wziął.

- Hej, Żylin!

- A oto jeden z moich planów, - mruknął Andriej. - Szkoda tylko, że niewykonalny.

Żylin stał jak człowiek, którego ogłuszono obuchem, i patrzył szeroko otwartymi oczami gdzieś ponad moim ramieniem.

Zdziwiony, też się odwróciłem... i chyba niepotrzebnie.

Agnia Korsak pojawiła się w długim korytarzu z rzędem sal, a tłum studentów cofnął się na boki, ustępując jej drogi.

Wysoka i smukła, w śnieżnobiałej bluzce i ciemnej, wąskiej spódnicy podkreślającej ostry łuk jej niesamowitych bioder, Korsak szła, pewnie patrząc przed siebie i trzymając brodę tak, jakby nie pozwalało jej jej opuścić poczucie własnej ważności i niewidzialna korona na głowie, której nie wolno zrzucić.

Pełne usta zacisnęły się w dumną linię, czarne oczy patrzyły prosto przed siebie... Od samego jej pojawienia się czas jakby zastygł, a wraz z nim znieruchomiałem ja, zagubiony w przestrzeni. Teraz ja, tak jak wszyscy, śledziłem, jak jej idealne, długie włosy w kolorze gorzkiej czekolady rozsypują się za plecami ciężką, jedwabną falą, muskając talię przy każdym kroku. I znów przyszła mi do głowy myśl, która przychodziła zawsze, kiedy ją widziałem.

Kiedy ktokolwiek ją widział.

Nigdy nie spotkałem piękniejszej dziewczyny. Nigdy.

Co ona tu robi? Co my wszyscy robimy obok niej?

W tej sekundzie nie chciało się myśleć, chciało się stać i wiecznie słuchać stukotu obcasów Korsak o parkiet starty setkami stóp. Patrzeć, jak na piersi dziewczyny napina się droga tkanina bluzki, jak płynnie poruszają się biodra, i rozumieć, że odległość się zmniejsza, a czarne oczy są coraz bliżej. Piękne oczy dziewczyny rozpieszczonej uwagą, która w jeden dzień zmieniła się z niedostępnej nieznajomej w mój osobisty koszmar. Której nagle zachciało się z całego uniwersytetu wybrać właśnie mnie na swojego chłopaka.

Mnie, Antona Morozowa, okularnika-kujona zakręconego na punkcie fizyki kwantowej i literatury, w przetartych dżinsach i z takim samym plecakiem za plecami.

Serio?! Nikogo i niczego to nie dziwi?!

Ha-ha! Tak śmieszne, że można się popłakać ze śmiechu! Zresztą wielu studentów właśnie to robi, patrząc, jak Korsak już od miesiąca bawi się, wciągnięta w grę w prześladowanie. Nie wiem, co jest powodem - zakład czy nuda, ale dla mnie wszystko jest zbyt przejrzyste i jasne, żebym mógł wziąć i uwierzyć w „taką” prawdę, szytą grubymi nićmi.

„Będziesz mnie kochał, Loczku, jak miły! I tak nie mamy z tobą innego wyjścia”.

Rozmarzyła się, akurat!

Może i jestem kujonem, ale na pewno nigdy nie byłem idiotą i nie zamierzam stać się pośmiewiskiem. Tu Korsak się przeliczyła. Chce tego czy nie, będzie musiała zrezygnować z pomysłu bawienia się moim kosztem i nigdy nie dopnie swego.

Nie znoszę jej!

Wiedźma! Wszystko jedno, że piękna!

Złapałem się na tym, że też stoję z otwartymi ustami, i rozzłoszczony natychmiast je zamknąłem. Odwróciłem się do Żylina, wcisnąłem chłopakowi teczki w ręce i klepnąłem dłonią w łokieć, żeby się ocknął.

- A? Co?

- Mówię, jak będziesz miał z czym przyjść, Andriej, to się zgłaszaj, ale tylko do sesji. Potem będę zajęty projektem. No, cześć!

Zarzuciwszy plecak na ramię, odwróciłem się i poszedłem w kierunku przeciwnym niż Korsak. Dzień dopiero się zaczynał i nie chciałem psuć sobie nastroju spotkaniem z nią.

 

Wszedłem piętro wyżej i do pełnej studentów sali, gdzie była moja grupa. Na kilka minut przed początkiem zajęć wszyscy wokół hałasowali i omawiali kolokwium. Przedmiot prowadził Rustam Ilmirowicz Chaschanow - nasz opiekun roku i, choć na uniwersytecie uchodził za dobrego specjalistę, jako człowiek był trudny, z czym trzeba było się liczyć. „Fizyka obliczeniowa” mało komu przychodziła łatwo, a surowe spojrzenie spod gęstych brwi jeszcze młodego mężczyzny nie dodawało studentom chęci do wgłębiania się w temat. Nawet dziewczynom.

Zresztą osobiście nie miałem problemów ani z fizyką, ani z prowadzącym, czego nie dało się powiedzieć o innych. W tym roku grupa miała z przedmiotu pracę semestralną, a Chaschanow nie lenił się ze sprawdzaniem obecności. Wszyscy wiedzieli, że za wagary można spokojnie dostać „niedopuszczenie” do sesji, więc na wykłady do Rustama Ilmirowicza chodzili absolutnie wszyscy.

I teraz, wchodząc do pomieszczenia, zobaczyłem grupę w pełnym składzie. Przywitałem się z ludźmi z roku, zamieniłem parę słów z Olegiem Akimowem - naszym starostą - i przeszedłem do przedostatniego rzędu, gdzie lubiłem siedzieć. Usiadłszy przy ławce, wyjąłem telefon i otworzyłem „Facebooka”.

W ostatnim tygodniu opublikowałem na swoim blogu literackim dwie recenzje książek, a wczoraj wieczorem zaproponowałem obserwującym bloga, żeby wybrali, która z przedstawionych powieści podobała im się bardziej. Komentarzy pod postem nasypało się sporo i chciałem zdążyć przeczytać chociaż kilka.

A do tego już od kilku tygodni miałem nową znajomą korespondencyjną.

Dziewczynę. Trochę dziwną, raczej zamkniętą, ale czasem zaskakującą szczerością. I zdecydowanie zabawną. Lubiłem naszą rozmowę, ale jeszcze bardziej jej poczucie humoru, ciekawość i lekkość, z jaką akceptowała samą siebie.

Podejrzewałem, że w życiu była bardzo cicha. Na pewno z tych dziewczyn, które chodzą pod ścianami, woląc, żeby ich nie zauważano. Wieczorami czytają romanse, oglądają komedie romantyczne, pochłaniają bułeczki i poza sobą nikomu nie stwarzają problemów.

Na początku odpowiadałem jej z uprzejmości, a potem ucieszyłem się, kiedy okazała się ciekawym człowiekiem. W moim życiu nie było aż tak wielu ciekawych ludzi, żebym tak po prostu zrezygnował z przyjaźni z kolejną osobą.

Rozdział 5 / 7 · Strona 2 z 5