Rozdział 6
Zbliżała się powoli, nie spuszczając ze mnie ciemnych oczu, pozwalając wiatrowi bawić się długimi włosami, a połom płaszcza odsłaniać piękne nogi. I czy to chodziło o spojrzenie, czy Korsak tak działała na wszystkich chłopaków... Starałem się nie patrzeć jej w twarz, ale i tak, kiedy podeszła, poczułem, że się czerwienię.
- Anton? - z zaskoczenia jej głos zabrzmiał łagodniej i na sekundę zgubiłem się przez tę zmianę.
- Agnia?
Zatrzymała się dwa kroki ode mnie i uniosła wysoką brew. Uśmiechnęła się wyniośle, lekko przechylając głowę ku ramieniu, obserwując mnie. Nad nami szumiał wysoki topól, a podmuch majowego wiatru rzucił mi włosy na policzek.
- No proszę, Loczku... Wystarczyło raz cię pocałować i przypomniałeś sobie, jak mam na imię, - zauważyła. - To miłe.
Spiąłem się, nie wiedząc, czego oczekiwać od Korsak. Założywszy jasne pasmo za ucho, podniosłem się z ogrodzenia naprzeciw dziewczyny i poprawiłem kurtkę. Pamięć o jej wybryku była jeszcze świeża, tak jak zapisało się ciepło cudzych ust na moich, a uczucie niezręczności z powodu całej tej idiotycznej sytuacji nigdzie nie zniknęło. To złościło.
Wyobrażam sobie, jak śmieszny musiałem jej się przez cały ten czas wydawać. Zabawny chłopak-kujon, z którym można się szczególnie nie ceregielić. Przy wszystkich zgłaszać prawa i nie krępować się cudzymi spojrzeniami. Nieoficjalnej królowej wolno wszystko - do tej pory jej zapędami właścicielki nikt się nie zdziwił.
Cholera, jak nie w porę na policzkach wystąpiły zdradzieckie plamy rumieńca! Chciałem wyglądać na chłodnego i poważnego, tym bardziej że mnie jej zachowanie zdecydowanie nie bawiło!
Agnia zawiesiła torbę na ramieniu, nadal patrząc z zainteresowaniem.
- Własnym oczom nie wierzę. Czyżbyś na mnie czekał, Morozow, i ja nie śpię?
Ja też chciałbym nie wierzyć. Nie stać tutaj z nadzieją na rozmowę dwojga dorosłych ludzi, tylko myśleć o innych rzeczach, od których zależała moja przyszłość. O wiele ważniejszych niż kaprys jednej rozpieszczonej dziewczyny.
- Tak, czekam na ciebie, Korsak, - przyznałem, lekko kiwając głową, - i widzę, że ty też pamiętasz moje imię, a nie tylko głupie przezwiska.
Staliśmy dość blisko i patrzyliśmy na siebie. Na obcasach okazała się prawie mojego wzrostu - no, może odrobinę niższa. Rozpięty płaszcz nie zakrywał luźnego kołnierza bluzki, gładkich obojczyków i pięknej szyi, na której nie było widać żadnej biżuterii.
Łatwiej byłoby odejść, niż na nią patrzeć. Truszczobin miał rację. Przy Elli czułem się o wiele pewniej i spokojniej.
- Gdybyś nie zachowywał się jak płochliwy zając, Anton, pamiętałabym o dużo większych rzeczach, - niespodziewanie powiedziała Korsak. - Podoba mi się twoje imię, ale jak inaczej upewnić się, że nie jestem manekinem i że mnie zauważasz? - zapytała poważnie. - Trzeba improwizować. I nie powiem, żeby było mi to niemiłe.
Odpowiedź sama cisnęła się na język, więc powiedziałem:
- To może warto przerzucić uwagę na kogoś innego? Nie na płochliwego zająca? Jestem pewien, że potrafisz zabawić się bez mojej pomocy - uniwersytet jest duży, a chłopaków w nim pod dostatkiem.
Dziewczyna się uśmiechnęła.
- A może lepiej będzie, jeśli będę cię częściej całować, co, Mroziku? Żebyś zrozumiał, że inni chłopcy mnie nie obchodzą? Zobacz, jak już po pierwszym razie przypomniałeś sobie moje imię i chciałeś mnie zobaczyć. Potrafię być przekonująca.
Korsak zrobiła krok bliżej, a ja się spiąłem, jakby naprawdę mogła wywinąć coś podobnego do tego, co wydarzyło się na wykładzie u Chaschanowa. Najpewniej mogła! Tylko tym razem byłem gotów ją zatrzymać.
- Przestań, Agnia.
- Czyli ci się nie spodobało? - czarne oczy błysnęły oczekiwaniem i zmrużyły się - jednak nie podeszła, choć patrzyła kłująco. - Wcale?
Idiotyczna rozmowa i sytuacja nie lepsza! Jeszcze nawet porządnie nie porozmawialiśmy, a już zabrnęliśmy w ślepy zaułek. Najpewniej gdyby przypadkowy pocałunek zdarzył się z inną dziewczyną i w innych okolicznościach, postarałbym się złagodzić sytuację, ale Korsak nie uznawała półtonów. I chyba zasłużyła na prawdę.
- Nie, nie spodobało mi się, - odpowiedziałem twardo. - Wcale! Nie ma nic przyjemnego w tym, że ktoś używa cię w taki sposób. Nie jesteś moją dziewczyną, a ja nie mam zwyczaju całować się z nieznajomymi, i to jeszcze bez chęci! Nie wiem, co w twoim kręgu uważa się za uczucie, ale to nawet blisko nie jest tym, o czym ciągle mówisz.
Zdjąłem okulary i powoli odgarnąłem dłonią włosy znad czoła. Znów spojrzałem na dziewczynę.
Przecież właśnie po to tutaj przyszedłem - zatrzymać mocno przeciągające się i nikomu niepotrzebne polowanie na kujona. Teraz bardzo liczyłem, że Korsak mnie usłyszy. Złość buzowała wewnątrz, ale starałem się ją powstrzymywać.
- Posłuchaj, Agnia, chcę po prostu porozmawiać, - powiedziałem spokojniej, - dlatego na ciebie czekałem. Proszę, chociaż teraz bądź sobą. Nikogo tu nie ma i wcale nie musisz dalej odgrywać „wielkiej sympatii” i udawać, że ty...
- Że ja co?
Nie miałem żadnej ochoty wypowiadać na głos tej głupiej bzdury, ale musiałem powiedzieć:
- Że jesteś we mnie zakochana. Nigdy w to nie uwierzę.
- Dlaczego?
- Bo tak! - spokój jakby wywiało. - Niby z jakiej racji? Ledwie się znamy, a tak naprawdę jesteśmy różnymi ludźmi! Nie interesuje mnie twój świat, nie podoba mi się, jak się zachowujesz - jakbym do ciebie należał! Ty mi się nie podobasz, rozumiesz?!.. - spojrzałem z irytacją. - Przestań mnie prześladować i żyj swoim życiem. Kochaj tych, którzy są ciebie warci!.. Nie wiem, komu przyszło do głowy, żeby tak pojechać po Morozowie, ale żart się przeciągnął i mam go serdecznie dość!
Teraz policzki płonęły nie tylko u mnie. Śniada skóra Korsak pięknie zarumieniła się na kościach policzkowych. Ale przynajmniej uśmieszek zniknął, i dobre tyle. Z tej odległości widziałem bez okularów wystarczająco dobrze, żeby to zauważyć.
- A ty myślisz, że mnie się to podoba, Loczku? - ręce Agnii opadły, a tylko cienkie pasmo włosów biło od wiatru przy policzku. - Podoba mi się słuchanie tego, co teraz do mnie mówisz? - zapytała z oczekiwaniem. - Czekanie, aż spojrzysz na mnie inaczej? Myślisz, że tego chcę, kiedy szukam cię w murach uniwersytetu?!.. - Agnia wytrzymała pauzę. - Chcesz prawdy, Morozow? Powiem. Życie swoim życiem jest bez sensu. Próbowałam. Nawet innych całować próbowałam - nie pomogło. Obrzydliwe. Kiedyś było znośnie, a teraz tak mnie brzydzi, że chcę sobie dziąsła wyszorować. A wszystko dlatego, że w głowie jesteś ty!
Wpatrywałem się w nią w mieszaninie rozpaczy i zdumienia, bo nie doceniłem skali problemu.
- Przecież nie przestaniesz, prawda? - zapytałem cicho, rozluźniając pięści, w których powstrzymywałem złość. - To ci się podoba - wystawiać mnie przed całym rokiem na idiotę, dlatego? Nawet teraz nie potrafisz się zatrzymać.
- Nie przestanę, - Agnia uparcie patrzyła mi w oczy. Miała gdzieś, czy się złoszczę, czy nie. - Ale nie dlatego, Morozow, chociaż idiotą jesteś. Tylko dlatego, że podobasz mi się bardziej niż po prostu, i nie zamierzam wiecznie cierpieć przez twoją tępotę. I tak już mnie zamęczyłeś, czekałam miesiąc!
Niewiarygodne, ale to naprawdę wyglądało jak teatr absurdu, jeśli nie ślepy zaułek.