SOVABOO

Zabójcza sekretarka!

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Rozdział 2/10 · Strona 2 z 413%

Żeńka ubrała się w swoim ekstrawaganckim stylu nastoletniej hipsterki. Włożyła puchową kurtkę i ciężkie buty, na rozpuszczone włosy naciągnęła czerwoną czapkę, a na twarz – niebieskie okrągłe lenonki, jak kot Bazylio.

Siostra miała własną wizję piękna i poczucie estetyki, a ja już dawno przestałam się z tym poczuciem kłócić. Podobały mi się jej poszukiwania siebie i odwaga. I nie zamierzałam przeszkadzać jej wyrażać się tak, jak sama kiedyś nie mogłam sobie pozwolić.

***

Dzięki Bogu przypuszczenie o złamaniu się nie potwierdziło i z traumatologii wyszłam z opatrunkiem stabilizującym nogę, diagnozą „skręcenie więzadeł drugiego stopnia” oraz zastrzykiem blokady przeciwbólowej, na którym nalegałam, biorąc pod uwagę czekające mnie spotkanie biznesowe i podpisanie kontraktu.

Jeden problem na jakiś czas zniknął i teraz mogłam prowadzić swoje „porsche” bez krzywienia się z bólu, skupiając się na myślach o pracy i ruchu drogowym, jak przystało na pewną siebie kierowczynię.

Podrzuciwszy siostrę pod uniwersytet, zawróciłam i pojechałam do biura agencji reklamowej „Regina-style”, które mieściło się w modnej dzielnicy miasta, w dużym nowoczesnym budynku centrum biznesowego „Galaktyka”, na dwudziestym piętrze trzydziestopiętrowego wieżowca.

Na tym piętrze nasza agencja zajmowała całe skrzydło z sześciu biur, łącząc je w firmę, która nosiła imię swojej właścicielki – Reginy Mierzlajewej.

W niedalekiej przyszłości powierzchnia agencji miała się jeszcze powiększyć, a dziś mogłam być dumna, że przyłożyłam rękę do jej rozkwitu. Dlatego szłam do pracy jak do siebie.

Kiedyś, gdy dopiero zatrudniłam się tu po studiach, Regina ledwo wiązała koniec z końcem, a biurowych pokoi były zaledwie dwa. Od tamtej pory wiele się zmieniło, poznano nas, pojawili się nowi pracownicy i poważne projekty, ale ja nadal oddawałam pracy lwią część swojego czasu i sił.

Zostawiwszy samochód na szerokim parkingu, wsunęłam torebkę pod pachę i, nie zapinając płaszcza, ruszyłam do głównego wejścia budynku. Wchodząc po łagodnych marmurowych schodach, czułam pod chorą nogą każdą szczerbę, ale starałam się iść prosto – w tym miejscu zawsze było dość ciekawskich spojrzeń i dzisiejszy poranek nie stanowił wyjątku.

Wysoki, wysportowany szatyn ze skórzaną teczką w ręku szedł mi naprzeciw, wspinając się do wejścia z drugiej strony schodów, też w rozpiętym płaszczu. Dotarłszy do drzwi pierwszy, zatrzymał się przy wejściu na parę sekund, żeby schować komórkę do kieszeni, i tak się złożyło, że otworzył mi drzwi.

Maksim Orłowski. Już od roku ten młody mężczyzna zajmował stanowisko dyrektora wykonawczego „Imperial-KUB”, dużej agencji marketingowej specjalizującej się we wszystkich rodzajach reklamy w naszym kraju. Wcześniej – jej dyrektor artystyczny, wcześniej – główny menedżer, a jeszcze wcześniej – syn bogatego rodzica, który postanowił powierzyć rodzinny biznes swojej latorośli.

Znaliśmy się z widzenia od wielu lat, studiowaliśmy na tym samym uniwersytecie, ale nigdy nie rozmawialiśmy. Gdyby do tego doszło, Reginę trafiłby paraliż. Mierzlajewa bardzo zazdrośnie traktowała swoich pracowników, a szczególnie tych, którzy bezpośrednio mieli do czynienia z klientami. Jakakolwiek komunikacja z konkurencyjną firmą mogła kosztować każdego z nas pracę i obie strony to rozumiały. Dlatego zdziwiłam się, gdy niespodziewanie usłyszałam spokojne:

— Dzień dobry, Lino.

Serio? Gdybym nie pilnowała nogi, na pewno bym się potknęła.

— E-khm, dobry.

I to była cała rozmowa. Ale do windy musieliśmy iść praktycznie razem i wydało mi się, że Orłowski zwalnia krok, starając się mnie nie wyprzedzić – szybkością nie mogłam się dziś pochwalić, a pod męskim spojrzeniem, które wierciło mi dziurę w potylicy, było nieswojo.

Wcześniej zawsze nosiłam wysokie obcasy, między innymi po to, żeby spotykając Orłowskiego na korytarzach centrum biznesowego, czuć się na równi. Nieraz pośrednio ścieraliśmy się w walce o te same projekty, ale startowaliśmy z różnych pozycji, a ja za swoje pozycje siebie szanowałam. Nigdy wcześniej nie zauważyłam jednak, żeby zachowywał się tak… dziwnie.

 
Jednocześnie opuściliśmy torby i weszliśmy do windy. Stanęliśmy po dwóch stronach lustrzanej kabiny, odwróceni do drzwi. Orłowski miał wysiąść całe siedem pięter wcześniej, jego agencja zajmowała cały trzynasty poziom z centralnym holem, i to było przedmiotem zazdrości całej ekipy „Regina-style”, która też marzyła o takim rozmachu. I do tego marzenia biegłam swój maraton „skutecznej dyrektorki artystycznej” ze wszystkich sił, mając nadzieję, że pewnego dnia dobiegnę do mety jako zwyciężczyni.

I może nawet otworzę własną agencję.

Drzwi windy się rozsunęły i Orłowski wyszedł, zasłaniając szerokimi ramionami widok na hol swojej firmy. Nie było gdzie odwrócić wzroku i mimowolnie zauważyłam, że pod płaszczem chłopak ma dziś garnitur i drogie, wypolerowane na błysk buty.

Proszę, proszę? Uniosłam brew. Postanowił zmienić wizerunek czy wreszcie dorósł? Orłowski należał do tych, którzy potrafili bez problemu pojawić się w centrum biznesowym w bojówkach albo joggerach, w przykrótkich spodniach carrot albo po prostu w dżinsach i trampkach, łącząc to wszystko z eleganckimi koszulami, krawatem i drogim zegarkiem. I z niezmienną fryzurą „top knot” – męskim kokiem z włosów zebranych wysoko z tyłu głowy i wygolonymi skroniami.

Orłowski nie zmieniał tej fryzury od czasu ukończenia uniwersytetu, kiedy młodsze dziewczyny, studiujące ze mną na roku, mdlały do pewnego siebie przystojniaka o orzechowych oczach, najlepszego tenisisty uniwersytetu, który potrafił jednocześnie spotykać się ze wszystkimi i z nikim, być ulubieńcem wykładowców i pakować się w wątpliwe historie, z których zawsze wychodził bez strat.

Pamiętałam, że wtedy jego włosy nie były szczególnie długie (w przeciwieństwie do języka, którym bez skrępowania rzucał złośliwe żarciki pod adresem zakompleksionych dziewczyn), za to były gęste, więc kok wyglądał stylowo i schludnie.

Tak jak dzisiaj. Jestem pewna, że gdyby na moim miejscu z Orłowskim jechała Ałłoczka, córka Reginy, natychmiast wymyśliłaby powód, żeby znaleźć się w biurze „KUB-u” razem z jego dyrektorem. Dla Reginy ich kontakty były wyjątkiem. Ale nie dla mnie.

Dlatego odwróciłam się od drzwi i pojechałam wyżej.

 
Zwykle przyjeżdżałam do biura pierwsza i sama otwierałam drzwi do swojego działu, ale dziś się spóźniłam, a ludzie siedzieli już przy swoich stanowiskach w wyraźnie podniesionych nastrojach. Dziś wszyscy czekaliśmy na przyjazd Koreańczyków i podpisanie kontraktu, a więc na roboczy bufet i wiadomość o podwyżce pensji na cały następny rok.

I rozumiałam ich. Jaka tu praca. I tak wszyscy zjedliśmy nerwy na przygotowaniach, a przed nami majaczyły święta noworoczne i długo wyczekiwana premia. Ostatni miesiąc wszyscy pracowaliśmy jak przeklęci nad koncepcją przyszłej kampanii reklamowej nowej marki. I ja sama, jako główna kreatywna agencji, badałam rynek i opracowywałam prezentację naszych możliwości.

Rozdział 2 / 10 · Strona 2 z 4