Rozdział 1
Szedł ku mnie — mężczyzna moich marzeń, wyłaniał się ze złotej mgły — silny i piękny jak bóg! Na piersi lśniły krople wilgoci, falujące kosmyki dotykały szerokich ramion, a z opalonych bioder lada chwila miał się zsunąć śnieżnobiały ręcznik.
Od takiej urody miękły mi kolana i wciąż nie mogłam zrobić kroku naprzód. Ciemne oczy patrzyły prosto w duszę.
— Masza...
Panie Boże jedyny! A jaki głos! Głęboki, zmysłowy, z aksamitnymi nutami. Cała armia ciarek westchnęła z zachwytu i zwartą gromadą przebiegła mi po ciele.
— No, nareszcie jesteś moja!
— Tak!
Wyciągnęliśmy do siebie ręce, złota mgła się rozstąpiła, a ja wstrzymałam oddech. Zaraz, już zaraz zobaczę jego twarz i chyba oddam za to niejedno…
Pac! W moją własną twarz wylądowała poduszka i czar natychmiast prysł.
— A-a! Maruśka! Alarm na pokładzie! Wszystkich na górę! Wstawaj, śpiochu, zaspałyśmy!
— A? Co? Gdzie?!
Mój książę ze snów cofnął się w mgłę, a ja rozlepiłam powieki i usiadłam na łóżku. Namacałam ręką telefon i podniosłam go do twarzy.
Czarny ekran nawet nie mignął — bateria padła. Za to ja zamrugałam, gdy zobaczyłam układ wskazówek na ściennym zegarze — siódma piętnaście rano. Ile?! O której my z Nataszką poszłyśmy spać, skoro przyjechała do mnie o dziesiątej wieczorem cała we łzach i z butelką martini? Chyba koło trzeciej. A jeśli wziąć pod uwagę, że w pracy trzeba być punkt ósma, to wychodzi…
Guzik z tego wychodzi.
Opadłam na poduszkę i zamknęłam oczy…
— Maszka, do cholery! Wieczorem dośpisz!
…ale zaraz zerwałam się z łóżka i pognałam przez mieszkanie.
Rany boskie! Naprawdę zaspałam! I to w dniu, kiedy, można powiedzieć, rozstrzyga się mój los!
— A-a-a! Fiejakina, ukatrupię cię! Nie mogłaś zerwać z tym swoim Żorą w sobotę! Ja mam dzisiaj rozmowę z nowym szefostwem!
Obok przemknął taki sam rozczochrany wir.
— No, Malinkina, wybacz! Przecież nie zrobiłam tego specjalnie!
Moja najlepsza przyjaciółka — Nataszka Fiejakina, z którą całe życie jesteśmy jak papużki nierozłączki, zdążyła już zerwać się z rozkładanego fotela, na którym spała, i popędzić do łazienki. Słusznie! W domu, w którym mieszkają trzy osoby, a ty jesteś gościem, święte miejsce trzeba zaklepać jako pierwsza!
Rzuciłam się do pokoju dziecięcego, rozwarłam drzwi i zawołałam:
— Malinki! Pobudka! Zaspałyśmy! Szybko myć zęby, buzie i do przedszkola! Skarby moje — błagałam, dopadając do łóżeczek i tarmosząc dzieciaki. Całując je w zaspane policzki. — Ja naprawdę bardzo, bardzo się spóźniam! A jeśli waszej mamy nie wezmą do nowej pracy, to z nowym telewizorem możemy się pożegnać! I ze smakołykami też, rozumiecie?
Dzieci rozumiały, i to jeszcze jak! Od smakołyków trzeba było zacząć!
Maluchy zakręciły się i jak koraliki stoczyły z łóżek. Zaczęły się przepychać, naciągając rajstopy.
— Ej, Aloszka, to moje, oddaj!
— Wcale nie! Moje!
Daszka nie zdążyła jeszcze porządnie otworzyć oczu, a już zdziwiła się jak prawdziwa mała kobieta:
— Różowe?!
Różowych rajstop Aloszka wkładać nie chciał i rozpaczliwie zawył:
— Ma-am! — zatrzymując mnie w połowie drogi do toalety.
No jasna pietruszka! Musiałam biec z powrotem i pomagać chłopakowi. Przy okazji naciągnęłam też sweterki. Rozczesałam ciemnowłose główki, związałam Daszce pędzelkowe kucyki. Byle jak, oczywiście, ale spóźnienie do pracy kompletnie nie sprzyja robieniu się na bóstwo! Mądra córeczka nawet nie pisnęła.
— Dalej sami! I patrzcie mi, nie zapomnijcie założyć skarpetek! I nie pomylcie kombinezonów! Sprawdzę!
— Dobrze, mamo! — odpowiedzieli chórem i znowu zaczęli się przepychać przy szafie.
My z Nataszką przepychałyśmy się dokładnie tak samo w sąsiednim pokoju, potem w przedpokoju, starając się same nie pomylić, gdzie czyje rajstopy i torby. W końcu wszyscy zgodnie utknęliśmy w drzwiach, prawie miażdżąc plastikową ciężarówkę Aloszki.
Na windę nie czekaliśmy, z czwartego piętra stoczyliśmy się jak piłeczki. Dzięki Bogu, Nataszka przyjechała samochodem i gdy Daszka zobaczyła na parkingu jej maleńkiego matiza, zakomenderowała:
— Na miejsca, gotowi, start! Kto ostatni, ten zgniłe jajo! Ma-amo, doganiaj!
— No proszę, jaka cwaniara! — oburzyła się moja pulchna przyjaciółka i zawzięcie ruszyła piętami, ale my już sami pędziliśmy do matiza, kto pierwszy.
Przedszkole znajdowało się w odległości dwóch przystanków autobusowych od domu. Niezbyt wygodnie, za to było dobre, nowe, z kółkiem tanecznym i grupą dyżurną, a dzieci je lubiły. Przekazawszy maluchy z rąk do rąk wychowawczyni, pomknęłam z powrotem do samochodu, skacząc po śniegu i lodowej skorupie jak kozica po torze saneczkowym. No i masz pierwszy grudnia — zima! Dobrze, że Nataszka, jak prawdziwa skruszona przyjaciółka, nie zostawiła mnie w biedzie, tylko zgłosiła się, że podwiezie mnie do pracy. Pracowała jako fryzjerka w znanym w mieście salonie piękności „Beau Monde”, w samym centrum, niedaleko mojego nowego biura, i obie miałyśmy nadzieję się nie spóźnić.
— Przyspiesz, Maszka!
Ledwie dobiegłam do samochodu i wskoczyłam do środka, Nataszka nacisnęła pedał gazu i wyrwała z miejsca.
— Fiejeczko, ty oczywiście jesteś Schumacherem — wcisnęłam potylicę w siedzenie — ale jeśli w coś przywalimy i nie dotrę do pracy, to cię wykończę! Wczoraj wypiłaś więcej ode mnie!
— Za to więcej zakąszałam. Bez paniki, Malina, ja mam doświadczenie, a szansie zostało siedem minut. Zdążymy! — przyjaciółka pewnie wczepiła się w kierownicę. — Lepiej zapnij pasy i pomaluj usta, bo wyglądasz jak zakonnica po nocy tantrycznego seksu.
— Co, równie grzesznie i dziko? — zdumiona i nie bez nadziei na cud, wetknęłam buźkę w lusterko wsteczne.
No bo co? Nie bez powodu śnią mi się sny o dziwnej treści?
Twarz jak twarz. No, nie zdążyłam pomalować rzęs ani wyprostować loków prostownicą. Musiałam skręcić je — gęste i długie — w niesforny kok na potylicy, a na wierzch naciągnąć czapkę. Poza tym całkiem zwyczajnie. Puchowa kurteczka, sukieneczka (taka sobie) i tanie kozaczki na obcasach. Przeciętna przedstawicielka osiedlowego biurowego planktonu z pensją taką, że kwoty lepiej nikomu nie podawać, żeby ludzie z litości się nie zapłakali. Nie gwiazda. Hm, i nawet nie w pobliżu.
A przecież kiedyś uchodziłam za ładną dziewczynę. Chłopaki biegali za mną stadami. Ale czy mogłam patrzeć na kogokolwiek, kiedy miałam Kiryła?
Koszmar! Aż jęknęłam. Wyjęłam z torebki pomadkę, w panice przejechałam nią po ustach, poklepałam się dłońmi po bladych policzkach i wygładziłam palcem brwi. I o czym ja myślałam, kiedy spałam jak suseł do ostatniej chwili?! Przecież dzisiaj mam casting z przydatności zawodowej! A wygląd nie jest tam ostatnią sprawą!
— No właśnie! — Nataszka dolała oliwy do ognia. — Wyglądasz tak samo rozczarowująco i ponuro!
No i dobrze! Zamiast się martwić, stroić fochy i obrażać o drobiazgi, kiedy jedziemy, lepiej opowiem trochę o sobie. Chociaż właściwie nie ma za bardzo o czym opowiadać, ale skoro już zajrzeliście do mojej historii, myślę, że powinnam się przedstawić.