Глава 32
Rozdział 19, część 1
Kiedy wychodzę ze szpitala, liście z drzew już opadły, a zwiędłą trawę wzdłuż alejek zdążył przyprószyć pierwszy śnieg. Miejsce blizny i klatka piersiowa jeszcze pobolewają, ale czuję już, o ile śmielej oddycham i jak równiej bije moje serce. Policzki płoną rumieńcem po codziennych spacerach, jak gdyby bladość nigdy ich nie dotykała.
Anusia dostrzega przed nami Romka, który stoi z żoną przy swoim samochodzie, i biegnie do małego Maksymka siedzącego w wózku. Malec, zauważywszy nas, macha rączkami.
Razem z Rusłanem podchodzimy do nich i witamy się. Nadstawiam Romkowi policzek do braterskiego pocałunku, a Mardżanow sucho kiwa głową jego żonie. Byłego przyjaciela ignoruje całkowicie, a brat odpłaca mu tym samym. Ale przynajmniej nie rzucają się na siebie z pięściami i nie syczą pod nosem, co jak na początek jest całkiem niezłe.
— Cześć, Alicjo. No i co, wypisali cię? — pyta Romek, przytulając mnie lekko za ramiona. — Jak się czujesz?
— Dziękuję, dużo lepiej! Tak, z Rusłanem w końcu wracamy do domu. On już zniósł rzeczy do auta, więc czekaliśmy na was.
Romek ma dziś rozpiętą kurtkę, a jego jasnoblond „jeżyk” uparcie sterczy nad czołem. Chętnie by mnie mocniej uściskał, ale obok rozlega się niezadowolone prychnięcie i brat niechętnie opuszcza ręce.
— No, chwała Bogu! — wydycha z ulgą. — Cieszę się, że wszystko w porządku, siostrzyczko. Nienawidzę szpitali. Nigdy więcej tu nie wracaj, umowa stoi?
— Postaram się, Romku. Ale myślę, że jeszcze będę musiała pokazać się profesorowi. Wziął ode mnie słowo, że nie zniknę.
Z tym brat się zgadza i poważnieje.
— Sam chciałbym wziąć od ciebie takie słowo. Ale nas nastraszyłaś! A profesor to świetny człowiek. Mieliśmy z nim wielkie szczęście.
Romek odsuwa się i bierze na ręce syna, który widząc mnie, gaworzy wniebogłosy, dopraszając się uwagi.
Nie wolno mi jeszcze brać siostrzeńca na ręce, więc tylko całuję malucha siedzącego w ramionach brata. Czuło biorę go za policzki, a on natychmiast wyciąga chwytne paluszki do moich jasnych włosów wystających spod czapki. Próbuje złapać pasemko, ale Rusłan w porę podstawia dłoń i malec z rozczarowaniem zaciska piąstki.
— Przecież jej nie zje — mruczy Romek, a Mardżanow rzuca ponuro, ani myśląc ustąpić:
— Lepiej nie. Alicji wystarczą zmiany opatrunków! Ma teraz zwiększoną wrażliwość!
— No tak, wpadłaś, siostrzyczko — prycha brat, oddając syna żonie. — Znalazłaś sobie obrońcę. Teraz kroku bez pozwolenia nie da ci zrobić!
— Ciebie, Śnieżny, nikt nie pytał o zdanie! — Rusłan natychmiast się najeża, ściągając brwi, a ja i Iryna wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia.
— I ci dwaj byli kiedyś najlepszymi przyjaciółmi? — pyta z powątpiewaniem bratowa, zerkając na chłopaków. — Tak na pierwszy rzut oka w życiu bym nie powiedziała.
— Byli — odpowiadam z uśmiechem. — Nie uwierzysz, ale dnia bez siebie nie mogli wytrzymać. Nawet sypiali razem na jednej kanapie i wyjadali wszystko, co znaleźli w lodówce.
— Nic podobnego!
— Nigdy czegoś takiego nie było!
— No widzisz?
— Widzę. Na pewno byli! — śmieje się otwarcie Ira, a ja też chętnie bym się roześmiała, ale nie wolno mi, więc tylko się uśmiecham, przyciskając dłoń do piersi.
Stoimy jeszcze chwilę z Romkiem i jego rodziną, rozmawiamy o rodzicach, o dzieciach, o tym wszystkim, o czym mogą dyskutować brat z siostrą. Potem żegnamy się i znów zostaję sama na sam z Rusłanem i Anieżką.
Idąc w stronę innej części parkingu, z cichym zdumieniem obserwuję, jak naturalnie córka biegnie do samochodu Mardżanowa, bez trudu odnajdując go wśród innych.
Ostatnio spędzali z Rusłanem mnóstwo czasu — odbierał ją z przedszkola, przywoził do szpitala i odwoził do moich rodziców, u których Anusia nocowała. Córka nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie mnie wypiszą i wrócimy do domu. A gdy się doczekała, idzie podskakując, spiesząc się, by o wszystkim mi opowiedzieć:
— …mamo, narysowałam pandę, a Małgosia pomyślała, że to kot i obraziła się na mnie.
— Dlaczego? — pytam, podczas gdy Anusia przeskakuje przez przymarzniętą kałużę. — Przecież się przyjaźniłyście.
— Bo dziadek podarował jej chomika Symka. Mamo, on jest taki śmieszny i noskiem robił tak! Małgosia przyniosła go do przedszkola pokazać, a Nazar i Kostek wypuścili go z klatki i Symek uciekł. Szukaliśmy go i szukaliśmy, a potem dziadek Małgosi powiedział, że chomika zjadł kot. Ale ja rysowałam Theo! Mamo, a istnieją koty niewidzialne? Bo u nas w przedszkolu nie ma kota.
— O takich nie słyszałam.
— Tato, a pokażemy mamie mój nowy fotelik?
— Oczywiście, Śnieżynko.
— A mama pojedzie ze mną z tyłu?
— Nie, Anusiu. Mama pojedzie z przodu. Tam będzie jej wygodniej, a z tyłu mogłoby ją zemdlić.
— Rusłan, nie przesadzaj. Czuję się świetnie.
— Alicjo, nie dyskutuj.
— Rusłan?.. Alicja?
Podeszliśmy do samochodu i zatrzymaliśmy się, gdy z boku trzasnęły drzwi innego auta. Wysiada z niego para, mężczyzna i kobieta w średnim wieku, i cicho nas wołają, podchodzą bliżej.
Nietrudno się domyślić, kogo widzę przed sobą. To rodzice Mardżanowa. Jego mama to wciąż elegancka kobieta z krótką fryzurą, a postawnego ojca widzę po raz pierwszy. Mimo to łatwo rozpoznać, po kim Rusłan odziedziczył jagodowe oczy i tę pewność siebie.
Wiem, że chcieli się ze mną zobaczyć wcześniej, ale Mardżanow był przeciw. Najwyraźniej do dzisiaj.
Mylę się jednak, bo Rusłan rzuca cicho:
— Przepraszam, Śniegu, nie zapraszałem ich. Powiedziałem tylko, że dzisiaj cię zabieram.
— Wszystko w porządku, nie martw się.
Podchodzą bliżej i witają się. Mama Rusłana nieśmiało poprawia kołnierz drogiego futra przy szyi i wyznaje:
— Ochłodziło się dzisiaj. Jakoś zmarzłam, Renacie.
— Po prostu się denerwujesz, Olu — mąż klepie ją po ramieniu, po czym sam cicho kaszle. — Przejdźmy lepiej do rzeczy.
— Alicjo, pewnie mnie pamiętasz? — zwraca się do mnie kobieta, próbując się uśmiechnąć. — Na pewno pamiętasz. Bardzo się cieszymy, że wyzdrowiałaś i czujesz się znacznie lepiej. Rusłan opowiedział nam o operacji. Razem z mężem wiemy, co przeszłaś…
— Mamo, nie trzeba — sucho ucina Rusłan, ale ja uspokajająco kładę dłoń na jego ręce i ściskam jego palce.
— Dziękuję, Olgo Stanisławowno. Oczywiście, że panią pamiętam. Trudno zapomnieć naszą rozmowę, choć była krótka.
— Dziecko, kto mógł wiedzieć, że tak bardzo nie będę miała racji. Teraz żałuję tego, co ci wtedy powiedziałam, a wtedy wydawało mi się, że rozumiem sytuację znacznie lepiej niż dwoje osiemnastolatków, którzy ledwo skończyli szkołę. Byłam pewna, że chronię was oboje przed błędem. A potem ty powiedziałaś…
Wiem, o czym mówi, i spieszę, by zamknąć ten temat.
— Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że spodziewam się dziecka, dlatego odpowiadałam pani szczerze.
— Wybacz nam, Alicjo — włącza się do rozmowy mężczyzna. — Myślę, że będzie właściwie, jeśli przeprosimy razem z żoną. Rusłan to nasz jedyny syn i oboje chcieliśmy jego szczęścia. Tak, nie jesteśmy idealnymi rodzicami, ale kochamy go. I z radością pokochamy ciebie — a co dopiero mówić o Anusi. Ta niespodzianka od losuzłamała nam serce. Razem z Olą zawiniliśmy wobec was wszystkich.
Anusia już dawno podeszła i wzięła Rusłana za rękę, a teraz z ciekawością przygląda się jego rodzicom.
— Witaj, Anusiu — uśmiecha się do niej Olga Stanisławowna i nachylając się do wnuczki, dotyka jej policzka tak samo czule, jak ja przed chwilą policzka Maksymka. — Jaka ty jesteś dzisiaj strojna. A gdzie Theo? On jest takim słodziakiem!
— Dzień dobry, babciu Olu. Theo jest w domu. Przyjechaliśmy dzisiaj z tatą po mamę i nie chciałam go brać. Ty też jesteś strojna.
— Mój Boże, Renacie! Słyszałeś, jak Anusia mnie nazwała? — cicho wykrzykuje Olga Stanisławowna, łapiąc się za serce. — Zaraz się rozpłaczę!
— Panuj nad sobą, kochanie.
— Tak, oczywiście.
Kobieta ociera łzę z kącika oka i kuca przed Anusią. Uśmiechając się do mojej córki, gładzi ją po ramieniu i po kucyku. Patrząc z boku na matkę Rusłana, trudno się pomylić: jest szczęśliwa, że widzi wnuczkę. Oboje naprawdę się cieszą.
— Anieżko, przywieźliśmy ci z dziadkiem prezenty, są w samochodzie. Zaraz poproszę dziadka, żeby je przyniósł. Lubisz lalki?
Anusia nagle się speszyła i przytuliła się do Rusłana. Wzruszyła ramionami.
— Nie wiem. Tato już mi kupił. Chcę do domu.
— Mamo, przestań — napiętym głosem rzuca Rusłan do matki i pomaga jej wstać. — Daj Anusi czas, przecież prosiłem.
— Synku, mimo wszystko poproszę ojca, żeby przyniósł torby. Tam są prezenty nie tylko dla Anusi, ale i coś smacznego dla was. Od rana coś przygotowywałam, gdyby twoje dziewczyny zgłodniały. Rozumiem przecież, że Alicja nie ma teraz głowy do gotowania.
— Alicjo — kobieta znów zwraca się do mnie — chcieliśmy z Renatem kupić kwiaty, ale syn powiedział wcześniej, że kwiaty nie są dla ciebie wskazane. Dlatego kupiliśmy tort.
— Dziękuję, Olgo Stanisławowno, to bardzo uprzejme z pani strony. Paweł Pawłowicz to oczywiście surowy lekarz, ale Rusłan przesadza. Nigdy nie miałam skłonności do alergii.
— Pewnie już wiesz, że z Rusłanem trudno dyskutować — zauważa kobieta, a ja muszę przyznać jej rację, niespodziewanie posyłając jej uśmiech:
— Powiedziałabym, że to niemożliwe.
Stoimy chwilę w milczeniu, a ona uważnie mi się przygląda.
— A ty wciąż jesteś taką samą pięknością, Alicjo. Taktowną i mądrą dziewczyną. Nie wiem, o czym wtedy myślałam, przecież oczy zawsze miałam na swoim miejscu.
Nie wiem, co na to odpowiedzieć. Nasze pierwsze spotkanie było krótkie i mało przyjemne. Wydawało mi się, że dawno o nim zapomniała. Zresztą moja przyszła teściowa wcale nie czeka na odpowiedź. Razem z mężem rozmawiają z Anusią, a ja odwracam się do Rusłana, pozwalając im na tę chwilę bliskości.
Mardżanow śledzi mnie jagodowym wzrokiem, nachyla głowę i całuje w policzek. Obejmując mnie za plecy, pyta z troską:
— Wszystko w porządku?
— Tak. Przestań się o mnie ciągle martwić. Jeszcze nigdy nie czułam się tak dobrze.
— Alicjo, przypuszczałem, że podjadą, ale nie wiedziałem, jak na to zareagujesz. Nie mogłem ich przecież zaprosić do domu.
— Dlaczego? Myślę, że możesz. To przecież twoi rodzice.
— Nie teraz. Zresztą oni sami wszystko rozumieją.
Rozumieją, dlatego nie zatrzymują nas i żegnają się, wcześniej prosząc o pozwolenie na przyjazd i zobaczenie Anusi. Na pożegnanie mała po raz pierwszy wspina się dziadkowi na ręce, co — jak mi się wydaje — robi wrażenie nawet na Rusłanie.
— Zmieniłaś nasz świat, Śnieżna — wyznaje Mardżanow, gdy już wsiadamy do auta i jedziemy w stronę domu, za którym potwornie tęskniłam. — Pierwszy raz od roku widzę moich rodziców razem. Nie po prostu razem, ale… No, sama rozumiesz.
— Rozumiem. Ciekawe, co powiedzą za miesiąc.
Rusłan wzdycha smutno i mruczy pod nosem:
— Myślę, że tak samo jak twoi, porządnie walną mnie w potylicę. I nawiasem mówiąc, słusznie zrobią!
***