Rozdział 5
Stoję na Urwisku pośród ludzi-plew, spocony i brudny od śladów obcych rąk i krwi na zaciśniętej pięści, napięty jak cięciwa, i rozumiem: byłeś lepszy od każdego z nas. Więc dlaczego ty, a nie ja, Al? Dlaczego?! Kto w tym pieprzonym świecie odpowiada za sprawiedliwość?!
Patrzę na ciebie jak na żywego i rośnie we mnie krzyk. Wyrywa się z każdej komórki ciała kłującymi ziarnami, rozcina żyły ostrymi ostrzami i rozszerza się w piersi ognistą kulą bólu… Moje serce rwie się na kawałki. Znowu.
Kiedyś pęknie całkowicie i wtedy cię puszczę, by samemu runąć do piekła. Ale nie teraz. Nie teraz, Al!
– Carter, nie!
Wystawiasz przed siebie ręce, ale ja już pędzę przed siebie, zrywając się z miejsca. Zdzieram z siebie koszulkę i rzucam się z urwiska w czarną przepaść… Tam, gdzie w ciemności pod nami szumi ocean. Żeby ugasić ten rozbłysk bólu, z którym nie potrafię sobie poradzić.
Żeby być bliżej ciebie.
Choćby na sekundę.
Wpadając w lodowatą wodę, krzyczę najpierw duszą, a potem gardłem. Rzucam się w wysokie fale raz po raz, szerokimi wymachami ramion płynę przed siebie, aż braknie mi głosu i sił, i dopóki fale nie wyrzucą mnie na brzeg.
Historia trwa dalej…