SOVABOO
Rozdział 20, część 2
POV Czyż
And a thousand times I've seen this road,
Widziałam tę drogę tysiąc razy,
A thousand times!
(Alice Merton „No Roots”)
– To się nazywa wieczór! Tak żyją normalni ludzie, a nie to co u nas – można zdechnąć z nudów! Mam głęboko w nosie ten nasz uniwerek z jego egzaminami i zaliczeniami! Chrzanić Zariecką i jej durną informatykę! Chcę tu zostać na zawsze! Na zawsze!
Kryłowa odrzuciła włosy z czoła i wyrzuciła ręce w górę. Jeszcze energiczniej zaczęła kręcić ramionami i tyłkiem, powtarzając modne ruchy w takt piosenki, tak jak wszyscy wokół. Tańczyłyśmy bez przerwy od wieków, moje biodra też chodziły rytmicznie, włosy na karku mi zwilgły, ale zmęczenie nie nadchodziło – Nataszka miała rację. Chciało się czuć to życie jeszcze mocniej i mocniej.
– Dziewczyny, jacy oni są boscy! – po raz kolejny jęknęła Inka. Przesadziła z koktajlem „Sex on the beach” i teraz ryczała, śliniąc się do wokalisty Suspense, Ignata Sawina, który kilka minut wcześniej obnażył przed wszystkimi żylasty, umięśniony tors, rozdzierając na sobie koszulkę. Bez cienia wstydu, podobnie jak połowa innych dziewczyn na parkiecie, Inka rozmazywała tusz po mokrych policzkach, zapewniając nas, że to on – miłość jej życia. – I wy chcecie mi wmówić, że ci kolesie są tacy sami jak wszyscy? – pytała dalej pijackim głosem. – Nie, oni są inni! Lpsi!
– Są z twojego uniwerku, guło! – dobrodusznie przytaknęła Nadia Kowal, ze śmiechem podtrzymując przyjaciółkę. Ale zaraz sama zawyła na całe gardło: – Boże, Ignat! Chcę jeszcze raz zobaczyć twoje tatuaże!
– Ignat! Ignat! Aaaa! – wrzasnęła Inka, podskakując i klaszcząc nad głową. – Kocham cięęę! – wykrzyczała w stronę sceny, ale jej głos po raz kolejny utonął w morzu innych krzyków.
Oczywiście, słyszałam o nich wcześniej. Nieraz widywałam ich z daleka na uniwersytecie, gdy byłam na młodszych latach, ale pierwszy raz miałam okazję zobaczyć występ zespołu na żywo.
Krótka przerwa dobiegła końca i chłopaki znów zajęli miejsca przy instrumentach. Odezwała się perkusja, zaraz po niej bas, klawisze, a potem sam Sawin – frontman grupy – zameldował się przy mikrofonie z gitarą w ręku.
Długie pasma opadały mu na twarz, sięgając brody. Patrzył na salę z drwiną i wyzwaniem. Nie potrafiłam stwierdzić, czy jest blondynem, czy brunetem – włosy miał mokre, ale dobrze widziałam silne ciało pod nową, cienką koszulką i wytatuowane ręce ściskające gryf gitary i kostkę. Patrzyłam na wokalistę spokojnie, podczas gdy wszyscy wokół zdawali się odchodzić od zmysłów.
– No i co, naród, odetchnęliście? – po klubie poniósł się niski, sugestywny głos Sawina, oznajmiając pięknym tembrem przy dźwiękach gitary, kto dokładnie przyszedł po nasze dusze. – Nie zdążyliście bez nas ostygnąć?... Akurat! Chłopaki z Suspense nie dadzą wam odpocząć! I nie liczcie na to, że zapomnicie o tych, którzy na zawsze weszli do waszego życia. A teraz zagram balladę dla tej, która pamięta wszystko! „Twój bohater”! Biały, jedziemy!
– Dziewczyny, rączki w górę! – wrzasnęła Inka. – Dawać bohatera! Pokażmy całemu klubowi, jak się szaleje!
– Tak! Dawać nam bohaterów! Dwóch, a najlepiej trzech! – podchwyciła starościna. – Inka, nie wyj tak, bo ci migdałki wypadną!
Piosenka się zaczęła, piękne dźwięki rozlały się po sali, gdzieś obok tańczyła Ulana, trzymając się z Olką Graczową… A ja stałam, niezdolna by ruszyć się z miejsca, jedynie lekko kołysząc biodrami. To był rockowy, ale jednak wolny utwór; ludzie wokół zaczęli łączyć się w pary. Wtedy zauważyłam Malwina, który zmierzał w naszą stronę, sprawnie lawirując między tańczącymi. Gdy mnie dostrzegł, odrzucił z czoła jasne pasma i uśmiechnął się do mnie tym swoim krzywym, znajomym uśmieszkiem.
Czy on oszalał? Zamrugałam zdezorientowana. A może myśli, że przy wszystkich nie będę się stawiać? Albo jak dawniej pogrywa i w ostatniej chwili celowo minie mnie obojętnie, tak jak zawsze mijał Czyżyka?
Przeklęty Małpiszon!
Obejrzałam się – Ulana też zauważyła Martynowa i znieruchomiała. Jej oczy rozszerzyły się z przerażenia, a ja natychmiast, spuszczając głowę, szarpnęłam się w bok, licząc na to, że któryś z chłopaków na parkiecie mnie zaprosi, zanim zdążę uciec. Tańczyłam już dzisiaj z dwoma, dlaczego — do jasnej cholery! — nie teraz?
– Anfisa!
Co? Stanęłam jak wryta, przykuta do podłogi tym głosem. Odwróciłam się, sądząc, że mi się przesłyszało…
Malwin był już tuż obok, wyciągnął nawet rękę do mojego nadgarstka, ale to nie jego zobaczyłam, gdy uniosłam twarz, lecz mojego Sokoła. Drapieżcę, który pojawił się tu jak spod ziemi.
– Sokół, ty? – Martynow się odwrócił. – Co za…
– Sewa, idź się przewietrz. Ona jest moja.
Lekko odsunął kumpla z drogi, robiąc sobie miejsce, zupełnie nieświadomy tego, jak bardzo cieszy mnie jego widok. Ale zanim sama zdążyłam wyciągnąć ręce, a jego dłonie mnie odnalazły (splotły się na moich plecach i przyciągnęły do twardej piersi), zdążyłam dostrzec bezbrzeżne zdumienie w błękitnych oczach byłego. Szok, z którym dopiero musiał sobie poradzić.
– Sokół…
– Powiedziałem przecież, Martynow – jakże dobrze znałam ten warkot – potem! Nie mam dla ciebie czasu…
Mnie też przestał obchodzić Malwin. Nikt mnie nie obchodził: ani ci w klubie, ani ci poza nim, ani cały świat. Nie mogłam uwierzyć, że obejmuję Artema.
Nie dał mi czasu, ani jednej szansy na tchórzostwo czy wątpliwości. Ledwie zdążyłam wypowiedzieć jego imię, gdy zachłanne usta Sokoła odnalazły moje. Mocniej przywarł mnie do siebie, dłoń prześlizgnęła się po moich plecach i objęła tył głowy. Palce zanurzyły się w moich włosach, a Artem pogłębił pocałunek. Władczym językiem zmusił mnie do rozchylenia warg i poddania się naporowi. Kazał mi poczuć smak swojego pożądania i odpowiedzieć na nie.
Tak. Oplotłam mu ręce wokół szyi i zamknęłam oczy, przyciągając go jeszcze bliżej. Raczej nie całowaliśmy się jak wariaci; nie było w tym pośpiechu, całowaliśmy się jak kochankowie — złączeni w szczerym, bezwstydnym pocałunku, za którym stał głód i pragnienie niezaspokojonej, trawiącej nas żądzy, której wreszcie pozwolono wyjść na wolność. I nie, nic mnie nie krępowało — ani obce spojrzenia, ani zdziwione głosy…
– Inka! Czy to jest Sokolski? Czy ja śnię?!
– Ja pierdzielę! Kryłowa, ty lepiej powiedz: czy to nasza Fańka jest z nim? Dziewczyny, co tu się dzieje?! Czy to ukryta kamera i ktoś sobie robi jaja?! Od kiedy to Sokół zniża się do zwykłych śmiertelników?!
…przy Artemie wszystko przestało istnieć. On tu rządził, brał, co chciał, a ja nie miałam nic przeciwko. Brzmiała niesamowicie piękna ballada, krzyżowały się błyski i promienie laserów, a my staliśmy na środku parkietu i upajaliśmy się sobą, inaczej nie da się tego ująć.
Malwin? Kto to jest Malwin?
Ulana? Dziewczyny? Klub?
Gdzie to wszystko zniknęło?
Wszystko zniknęło. W tamtej chwili byliśmy z Sokołem zawieszeni między niebem a ziemią, a pragnęliśmy więcej. Znacznie więcej. Wszystko we mnie drżało, tętniło życiem, kurczyło się do rozmiarów atomu i wybuchało niczym supernowa, nie pozwalając mi oderwać się od niego. Z trudem i nie od razu zdołaliśmy przerwać ten pocałunek.
Artem przycisnął mnie do swojego ramienia i odetchnął mi prosto do ucha, nie puszczając tyłu mojej głowy:
– Anfisa, nie mogę... Chodźmy stąd. Już!
Wciąż nie mogłam złapać tchu.
– Chodźmy. Dokąd?
– Do domu.
– A co z Łukaszem?
Oboje wiedzieliśmy, o co tak naprawdę chodzi, i w tym porozumieniu kryła się szczególna, ostra przyjemność, napinająca zmysły do granic możliwości.
– Ojciec zabrał brata na noc. Wyjechali. Będziemy sami – gorące usta musnęły płatek mojego ucha.
– Artem… – pod moimi dłońmi naprężyły się silne, muskularne ramiona. Jakże przyjemnie było czuć go tak blisko.
– Dlaczego wyszłaś? Anfisa, dlaczego? Mało nie oszalałem. Wyobraziłem sobie, że jesteś tu z kimś i… Chodź!
Zdołaliśmy oderwać od siebie usta, ale nie ręce. Sokół trzymał mnie mocno przy sobie, prowadząc szybkim krokiem przez tłum w stronę baru. Zdaje się, że Leszek otworzył usta i tak już został na nasz widok, a Maks gwizdnął pod nosem… Nieważne! Artem porwał kurtkę i rzucił się do garderoby, gdzie ja z kolei musiałam ubierać się najszybciej jak potrafiłam. Ręce mi drżały, a wzrok i tak nie widział nic poza szarymi oczami, płonącymi na twarzy Sokoła.
Artem poprowadził mnie do Toyoty pewnym krokiem, ani przez chwilę nie wahając się co do zamiaru wywiezienia mnie z klubu. Otworzył drzwi, puścił moją dłoń, usadowił mnie w środku i dopiero wtedy sam wsiadł do auta. Przekręcił kluczyk w stacyjce i znów pocałował mnie mocno – długim, zachłannym pocałunkiem, od którego serce podeszło mi do gardła, a oddech uwiązł w piersi. Wyciągnęłam ręce ku niemu, ale on gwałtownie mnie puścił i zacisnął dłonie na kierownicy, wpatrując się przed siebie.
– Anfisa, wszystko, czego teraz potrzebuję i czego chcę – to ty. Ale muszę skupić się na drodze. Nie pozwól mi cię dotknąć, bo inaczej wszystko zacznie się dla nas tutaj, rozumiesz?
Czy rozumiałam? Jeszcze jak. Skinęłam głową, oblizując spuchnięte wargi. Nawet nie próbowałam przygładzić włosów, czując, jak płoną mi policzki. Na wszelki wypadek przypięłam się pasem do fotela. Nawet rwany oddech Artema nakręcał mnie nie mniej niż jego szare spojжение. Ja też musiałam się powstrzymać.
– Tak. Nie waż się mnie dotykać, Sokolski – wychrypiałam, na moment przymykając oczy – pod żadnym pozorem. Nawet jeśli będę cię błagać. Jest noc, pełnia, a ja jestem potwornie niebezpieczna. Jeśli cię ugryzę, będziesz mój na wieki.
Co ja wygaduję? Plotę jakieś bzdury. Jeszcze pomyśli, że zwariowałam.
Ale Sokół się uśmiechnął.
– Diablica z ciebie, a nie Czyż! – wydyszał z satysfakcją i poprowadził auto ulicami nocnego miasta, patrząc przed siebie, co rusz przyspieszając i gwałtownie hamując. Milczeliśmy, ale napięcie między nami wciąż wibrowało emocjonalnym nerwem.
– Nie, Artem. Jeszcze nie! – pokręciłam głową, gdy nadszedł czas, by wysiąść z samochodu. Wyprzedziłam go i pobiegłam do klatki, ale obracając się, poślizgnęłam się obcasem na lodzie i ze śmiechem wylądowałam tyłkiem w zaspie. (W głowie kręciło mi się jak pijanej. Może to wina Margarity wypitej z dziewczynami? Choć przed tym szalonym pocałunkiem Sokoła wcale nie czułam szumu w głowie).
Artem zręcznie mnie podchwycił, łamiąc tym samym własną prośbę i mój zakaz.
– Chodź tutaj, mój niebezpieczny Czyżyku! – bez skrępowania otrzepał śnieg z moich pośladków i objął mnie, zbliżając swoją twarz do mojej. – Zbyt długo na ciebie polowałem, żeby przestraszyć się jednego nędznego ugryzienia.
Winda dostarczyła nas na siódme piętro w trakcie jednego, długiego pocałunku, a do mieszkania wpadliśmy już rozbierając się nawzajem w biegu, zapalając boczną lampkę po omacku, a właściwie jednym zamaszystym ruchem. Kurtka Sokoła poleciała gdzieś pod ścianę, a za nią upadł mój płaszcz i szalik.
– Nie, Czyż! Sam to zrobię!
Sokół zrzucił buty i przyklęknął przede mną. Z wyraźną, zachłanną przyjemnością pogłaskał moje nogi, zdjął mi kozaki i uniósł ciężkie spojrzenie ku udom i wyżej, wsuwając dłonie pod sukienkę. Podciągając do góry gęstą, elastyczną tkaninę.
Wiedziałam, co pod nią zobaczy. Miałam dziś na sobie swoją najlepszą bieliznę – cienką, czarną, koronkową. Zupełnie nie to niebieskie bikini w groszki – stare i sprane, w którym zastał mnie w łazience. Mimo to zawstydziłam się, choć czułam ostre podniecenie, gdy jego gorące palce zacisnęły się na moich udach tuż pod pośladkami, a potem usta Sokoła musnęły mnie przez nylon rajstop.
– Artem… – pogłaskałam go po włosach. Zawołałam go po imieniu i zamilkłam, nie wiedząc, co dodać.
Sam podniósł się z kolan i jednym sprawnym ruchem ściągnął przez głowę golf, zostając w samych dżinsach. W półmroku przedpokoju płonęło jego pociemniałe spojrzenie utkwione w moich ustach. Sokół przywarł do mnie i przysięgam, że zaparło mi dech w piersiach, a oddech po raz kolejny się urwał od jego ciepła i zapachu. Od bliskości naszych rozgrzanych pożądaniem ciał.
– Anfisa – Artem szepnął tuż przy mojej twarzy, dotykając swoim czołem mojego, opierając ręce o ścianę po obu stronach mojej głowy. – Proszę, nie mów „nie”.
Nogi mi zmiękły, a w głowie zawirowało. Czy takiemu można odmówić? Jestem tylko zwyczajną dziewczyną, która o kimś takim mogłaby jedynie marzyć. Sama go pocałowała, ujmując w dłonie jego piękną twarz. Odnalazłam jego usta, by szepnąć w odpowiedzi:
– Nie powiem. Przynajmniej nie dzisiaj.
Natychmiast przyciągnął mnie do siebie i objął. Zamarł na sekundę, ale pod czułością znów rozgorzała pasja i dłonie Sokoła wróciły na moje biodra. Zacisnęły się na pośladkach, powędrowały po plecach, badając mnie i oswajając pod wpływem ciągnącego się, słodkiego pocałunku faceta, który nie zostawiał miejsca na wstyd. Artem mnie pragnął, czułam to. Nie przejmowałam inicjatywy, ale odpowiadałam na nią z całą gotowością. Z łatwością zdjął ze mnie sukienkę, zostawiając mnie pod ścianą w samej bieliźnie i rajstopach.
Koronkowy biustonosz z cienką, nylonową siateczką prawie niczego nie ukrywał. Nigdy nie wstydziłam się swoich piersi – dziewczęco pełnych, o ładnym kształcie, ale teraz ich sprężyste półkola przesłoniły włosy rozsypane na ramionach. Sokół niecierpliwie odgarnął je na bok, wystawiając mnie na swoje spojrzenie.
– Czyż, spójrz mi w oczy – powiedział z zachwytem.
– Tak.
Ciepłe usta dotknęły moich.
– Wiem, że proszę o zbyt wiele, ale chcę cię widzieć przy świetle. Myślę, że to sprawiedliwe, biorąc pod uwagę, że sam stoję przed tobą prawie nagi.
– Żartowniś – przechwyciłam ustami jego uśmiech.
– Wcale nie – Artem pokręcił głową. – Jestem pewien, że zdejmę te cholerne dżinsy szybciej, niż ty to coś – ostrożnie przesunął palcami wzdłuż wąskiego ramiączka na moim ramieniu, posyłając po skórze kłujące dreszcze. – Mógłbym sam sobie z tym poradzić, Czyż, nie wątp w to – figlarnie przygryzł mój podbródek, a potem pocałował mnie w szyję. – Ale chcę, żebyś zrobiła to dla mnie. Sama…
Wciągnęłam głośno powietrze, a on natychmiast szepnął niczym wąż-kusiciel, chwytając mój oddech przy samych ustach:
– …Wiedząc, jak bardzo cię pożądam.