SOVABOO

Kruche serce

Ch. 18: Rozdział 10

Bölüm 18

Rozdział 10

Wciąż o tym myślę, kiedy schodzę do chłodnego metra, nawykowo wzdrygając się wzdrygając się od przeciągu. Kiedy wysiadam na swoim przystanku i idę w stronę domu ośnieżoną, posypaną piaskiem alejką, nie zauważając przechodniów. Wstępuję do apteki, by odebrać leki zamówione wcześniej, a potem do sklepu po zakupy na kolację.

Dlaczego Rusłan powiedział o mnie rodzicom? Przecież mógł po prostu zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się po imprezie, a ja bym mu nie przypominała. Dlaczego sama nie powiedziałam jego matce, że odmówiłam jej synowi? Tak, nie potraktowałam propozycji chłopaka poważnie, ale dlaczego nie chciałam, by pani Olga o tym wiedziała? I dlaczego nagle odniosłam wrażenie, że tym wyznaniem zdradziłabym słowa, które usłyszałam od Rusłana tamtej nocy?
Albo nawet zdradziłabym jego samego.
Dziwne myśli, ale jedno wiedziałam teraz na pewno: jemu wcale nie jest teraz lżej niż mnie.


Widzę Rusłana naprzeciwko swojego domu, przy niewielkim skwerku i alejce, którą wracam do siebie. Siedzi na oparciu ławki, wspiąwszy się na nią z nogami, bo na samym siedzisku jest za zimno. Ma na sobie modną kurtkę, kaptur nisko naciągnięty na głowę, a ręce wbite w kieszenie dresowych spodni. Zwyczajny, wysoki chłopak, ale ja go poznaję. Zauważam go pierwsza, skręcam z alejki i podchodzę bliżej.

— Rusłan?

Słyszy mój głos i odwraca twarz. Po sekundzie wahania zrzuca kaptur i wstaje z ławki.

No tak, Mardżanow bez czapki i pewnie w samej bluzie pod kurtką. I choć włosy ma gęste, jego wygląd i tak zdradza uparty charakter. Mógłby ubrać się cieplej, w końcu mamy styczeń.

— Alicja? — wydycha radośnie. — Cześć.

— Cześć.

Patrzymy na siebie przez całą minutę, nie wiedząc, co powiedzieć, ale i nie odrywając wzroku. Ten czas wystarcza, bym zdążyła przyjrzeć się śladom po pięści Romki na twarzy Rusłana i mimowolnie poczuła winę. Są już żółte, wargi praktycznie się zagoiły, a jednak strasznie mi go żal.

Wyobrażam sobie, jak zmartwieni musieli być jego rodzice.

— Kiepsko wyszło z Romką — odzywam się pierwsza. — Przepraszam za brata. Nie wiem, co w niego wstąpiło. Nigdy nie wygadywał takich podłości jak tamtego dnia.

— W porządku. Ja pewnie zrobiłbym to samo... chyba — odpowiada Rusłan. — Więc bez urazy.

— Nie pogodziliście się?

— Nie, nie widzieliśmy się.

— A ty tutaj...

— Czekałem na ciebie.

— Jasne.

Zdejmuję plecak i stawiam go na ławce. Siadam, a Rusłan siada obok.

Przez chwilę znów milczymy, tylko serce bije w dziwnym niepokoju. I niby nie patrzymy na siebie, a ciało czuje bliskość chłopaka. Sądząc po tym, jak nieruchomo siedzi Rusłan, on też czuje to napięcie między nami.

— Nie było cię dziesięć dni, Śniegu.

— Osiem. Byłam u rodziców na działce.

— Szukałem twojego telefonu, ale nie znalazłem. Prosiłem nawet miejscowych chłopaków o pomoc, ale nic z tego. Dozorcy narobili tyle zasp, że teraz trzeba czekać, aż wszystko stopnieje.

— Nie trzeba było. Nawet jeśli go znajdziemy, wątpię, żeby działał. Wezmę na razie stary telefon Romki, a potem kupię sobie nowy.

— Nie bierz od Romki. Weź mój, mam dwa.

Nie zdążam odpowiedzieć, a Rusłan wyciąga z kieszeni kurtki pudełko z urządzeniem i kładzie mi na kolanach. Znów patrzy nie na mnie, lecz przed siebie.

— Nie jest nowy, nie odmawiaj, Śnieżna. Wiem, że nowego byś nie przyjęła.

Oczywiście, że bym nie przyjęła. Po pierwsze, nie przywykłam do takich prezentów od... ale nawet w myślach nie potrafię nazwać Rusłana „obcą osobą”. A po drugie, znając Mardżanowa, ryzykuję stwierdzenie, że jego „używany” telefon jest o wiele lepszy niż ten, który sama mogłabym sobie kupić. Kręcę więc głową.

— Nie, Rusłanie. Nie mogę go przyjąć.

— To ja go też wyrzucę albo rozwalę! — oświadcza chłopak hardo. — W tej chwili, chcesz?

Wyciąga ręce z kieszeni i patrzy uparcie spod długiej grzywki, która opadła mu na czoło. Wiem, że dokładnie tak by zrobił.
No, czy to nie dzieciak?

Wydmuchuję obłoczek białej pary i przenoszę wzrok na alejkę.

— Nie, nie chcę. Nie chcę patrzeć na tę głupotę — wyjaśniam, na wypadek gdyby nie zrozumiał, o co mi chodzi.

Ale on rozumie i ze złością przygryza wargę. Znów wsuwa ręce w kieszenie spodni i pyta łagodniejszym głosem:

— Nie umiem dawać prezentów, co?

— Nie za bardzo.

— Ale naprawdę chcę, żebyś go wzięła. Proszę, Alicjo.

Nie wolno nam krzyżować spojrzeń, potem tak trudno je rozplątać. Serce kłuje od niejasnego poczucia tęsknoty, a pamięć podsuwa wspomnienia, których przed tymi spojrzeniami nie da się ukryć. Chciałoby się znów poczuć to wszystko, co było między nami, bo to tak bardzo przypomina prawdę. I przypomina nas.

„Proszę, Alicjo, zostań...
...Tak, zostanę”

— Śniegu, zamieszkajmy razem. Nie mogę bez ciebie.

Jeszcze niedawno traktowałam słowa Rusłana jak grę, ale nie mam już wątpliwości, że mówi poważnie. Sama też czuję tę powagę. Gdyby tylko wszystko dawało się rozwiązać tak prosto.

— Jak ty to sobie wyobrażasz? — pytam w odpowiedzi. — I gdzie mielibyśmy mieszkać?

Rusłan wzrusza ramionami, spuszczając głowę. Strąca butem śnieg z ławki.

— Wynajmiemy mieszkanie, pójdę do pracy. Nieważne gdzie, znajdę coś!

— A co z twoimi studiami?

— Chcę żyć z tobą, Nieve. Reszta się nie liczy!

Ale on nie ma racji. Liczy się. I to bardzo! Zwłaszcza gdy masz osiemnaście lat, a twoi rodzice chcą dla ciebie wszystkiego, co najlepsze.

— Rusłanie, mówisz jak dziecko, które nie myśli o tym, co będzie z nim jutro. Ale dla mnie to ma znaczenie, inaczej sama bym się nie uczyła.

Podnosi głowę i odwraca twarz. Pyta z drażniącą beznadzieją w głosie:

— Już ci się nie podobam, Śnieżna?

Głuptuś. Gdyby wiedział, ile o nim myślałam.
I o ilu rzeczach zabraniam sobie myśleć, by potem nie ryczeć w poduszkę.

— Podobasz mi się — odpowiadam ciszej, patrząc w piękną twarz, której nie są w stanie zeszpecić żadne siniaki. Dodaję z westchnieniem: — Choć tylko ty, Mardżanow, potrafisz o to zapytać tak prosto z mostu.

— Więc co w tym złego, że chcę być z tobą, Alicjo? Że chcę, byśmy zawsze byli razem?

Jagodowe oczy pod ciemnymi rzęsami patrzą z taką nadzieją, że serce drży i chce się im wierzyć. Nie sposób odmówić, pamiętając, jak patrzyły na mnie w półmroku jego sypialni. Jakby dla niego naprawdę istniała tylko ja jedna.

— Rusłanie... dajmy sobie czas — mówię to, co mogę powiedzieć. — Możemy popełnić błędy, to takie łatwe. A co, jeśli potem nie wszystko da się naprawić?

Ale on nie słyszy drugiej części mojej odpowiedzi.

— Ile?

Tym razem ja wzruszam ramionami.

— Rok albo dwa. Nie wiem. Dopóki nie będziesz starszy...

— Cholera, Śniegu! — Rusłan wzburzony zeskakuje z ławki, odwracając się do mnie twarzą. — Znowu czekać? — wydycha z rozpaczą. — Ja i tak ciągle na ciebie czekam! Najpierw w szkole, teraz ten pieprzony uniwersytet! Poradzę sobie bez dyplomu i tobie też nie dam zginąć! Powiedz, zawsze będę dla ciebie niewystarczająco dobry? O to w tym wszystkim chodzi?!

Ja też wstaję z ławki, biorąc pudełko z telefonem do ręki, by nie upadło.

— Rusłanie, nie mów głupstw! — oponuję z przejęciem, bo to nieprawda. — Nie jesteś mi już obcy, czy sam tego nie widzisz?

— Ale mieszkać ze mną nie chcesz?

— Chcę, żebyś się uczył, ale to stanie się niemożliwe, jeśli powiem „tak”. Albo ja też będę musiała rzucić studia, bo sam w tym bagnie nie będziesz się taplał!

— Ty nie, Alicjo!

— Rusłanie, twoi rodzice na pewno będą przeciwko.

— Nie! Skąd wiesz? Im jest wszystko jedno! Oni nawet nie wiedzą, czy nocuję w domu!

Mówi to z upartym wyzwaniem i żal mi go, że tak myśli. Że jego rodzinie na nim nie zależy.

— Wiem. Godzinę temu rozmawiałam z twoją mamą.

— Co? — Rusłan jest zdumiony, mruży oczy. — Gdzie?

— Pod uniwersytetem. Zaczepiła mnie, gdy wyszłam z gmachu i powiedziała, że się pokłóciliście. I dała mi do zrozumienia, że jest przeciwna naszemu związkowi. Zrozumiałam to.

Mardżanow blednie, ogarnia go wściekłość. Złość dosłownie iskrzy w jego oczach, kiedy zaciska pięści, napinając ramiona.

— Cholera, Śniegu, nie wiedziałem! Przecież prosiłem ich, żeby się nie wtrącali! Mam nadzieję, że moja matka nie była dla ciebie niemiła? Ona potrafi!

— Nie, nie była. Po prostu przyznała, że o wszystkim jej powiedziałeś. — Lekko się zacinam. — O nas. I wyjaśniła, dlaczego nie jest zachwycona pomysłem małżeństwa. To nie było niegrzeczne, raczej bezpośrednie i szczere. — Dodaję ciszej, znów wydmuchując obłoczek pary: — I zupełnie dla mnie nieoczekiwane.

— Tak, powiedziałem, i co z tego? — nie kręci chłopak, powtarzając swoje ulubione pytanie. — Alicjo, to moje życie, nie rodziców! Nie mam zamiaru niczego przed nikim ukrywać! Dawno zdecydowałem, że się z tobą ożenię, czy im się to podoba, czy nie!

— Rusłanie, to przecież brzmi jak jakieś szaleństwo.

— Uwierz mi, Śniegu, dla mnie też. Zwłaszcza gdy cię nie ma. Chcesz wiedzieć, co czuję?

— Co?

— Że ci nie jestem potrzebny, i to mnie wykańcza. A resztę mam gdzieś! Nawet to, że wychodzę na idiotę w oczach własnej matki! Gdyby jej pozwolić, sama ułożyłaby mi życie, jak chce i z kim chce. Tylko kto jej na to pozwoli? Na pewno nie ja.

— W takim razie mogę powtórzyć to, co już powiedziałam. Musimy dać sobie czas. Przecież my ze sobą nawet nie chodzimy.

— Ale ja nie chcę czekać!

— Rusłanie, zachowujesz się teraz jak uparty dzieciak, a ja jestem jak zabawka, którą zobaczyłeś w sklepie i koniecznie chcesz zabrać do domu. Ale ja nie jestem gotowa, byś się mną bawił, rozumiesz?

Rusłan zmienia się na twarzy i cofa się, jakbym go uderzyła. Robię krok w jego stronę, ale on znów się wycofuje.

— Śnieżna, więc tak o mnie myślisz — wydycha z raniącym żalem.

— Jak?

— Ja też jestem dla ciebie zakochanym, głupim gówniarzem?

— Oszalałeś? — szczerze się dziwię. — Nic takiego nie powiedziałam!

— Za późno, Śniegu. Ty mnie nie chcesz.

— Boże, Rusłanie... Jak z tobą trudno!

— Powiedz: tak czy nie!

I zanim zdążę odpowiedzieć, Mardżanow odwraca się i odchodzi. Zrywa się do biegu, a moje krzyki za nim są bezużyteczne:

— Rusłanie, stój! Rusłanie!

Ale on odpowiada za mnie sam, zostawiając mnie samą z jego prezentem w dłoni...

***

Wracam do domu i wchodzę do pustego mieszkania. Klucze nagle wypadają mi z osłabłej dłoni na podłogę. Podnosząc je, zdejmuję czapkę i zatrzymuję na sobie wzrok, widząc w lustrze w przedpokoju swoje odbicie — chudą, bladą dziewczynę, znieruchomiałą bezradnie na progu albo własnego domu, albo dorosłego życia, która już opuściła na ramiona ciężkie skrzydła trudności.

Nagle wydaje mi się, że tego życia we mnie ubyło. Przykładam dłoń do chłodnego policzka w nadziei, że poczuję ciepło. Choć odrobinę czegoś żywego i dającego nadzieję, co podpowie mi, czy ja sama nie popełniłam dzisiaj błędu?

Brata nie ma w domu, pewnie spędza czas z przyjaciółmi, więc nie muszę się spieszyć z kolacją.

Rozbieram się, zamykam szafę i idę do kuchni. Niespiesznie rozpakowuję plecak, wkładam zakupy do lodówki, ale nie potrafię się uspokoić ani rozgrzać. Myśli wciąż wracają do Rusłana i rozmowy z jego matką. Serce boli tak bardzo, że zamiast zwykłej dawki leku muszę przyjąć podwójną i przez całe pół godziny siedzieć w salonie z głową odchyloną o wysokie oparcie fotela.

Ładna mi narzeczona. Prezent z wadą. Komuś się trafi takie szczęście.

Wyobrażam sobie, jak zmartwiłby się Rybacki, gdyby dowiedział się, że mam skazę i wcale nie jestem taka idealna, jak sobie wymyślił. I wyobrażam sobie, jak zdziwiłby się Mardżanow, gdybym mu dzisiaj powiedziała, jakie błędy chciałby potem naprawiać, gdybym powiedziała „tak”. Na jak długo starczyłoby mu miłości?

Powoli wzdycham, otwierając oczy i patrząc w kąt półmrocznego pokoju.

A mojej miłości — gdybym pozwoliła sobie uwierzyć, że wszystko jest dla nas możliwe? I nieważne, co powiedziała jego mama i co myślałam ja sama. Gdyby nie było mojej tajemnicy, nie słuchałabym jej. Nie słuchałabym nawet siebie, bo w chwili, gdy patrzyłam w oczy Rusłana, chciałam zapomnieć o głosie rozsądku i zaryzykować popełnienie wszystkich błędów, jakie tylko jesteśmy w stanie w życiu zrobić.

A co, jeśli potem będzie za późno na żal?

Dlaczego, no dlaczego Rusłan musi mieć wszystko natychmiast, już teraz? Przecież to głupie i lekkomyślne. I zupełnie nierozsądne, jego rodzice mają rację.

Ale jeśli to głupie, to dlaczego czuję się teraz tak samotna i tak mi źle, że chce mi się wyć?