Bölüm 20
Rozdział 12, część 1
„No i jak, gotowi, żeby zobaczyć naszych bohaterów? Jak powiedziała jedna z moich kochanych czytelniczek - Rusłan stał się mężczyzną. Cóż… zobaczymy. Czy zmieniła się formuła «Chcę = Kocham»?”
Rozdział 12
Rusłan
Sześć lat później…
— Rusłanie Renatowiczu, dzwonię z sekretariatu dyrektora. Renat Timurowicz prosił, żeby wpadł pan dzisiaj do niego do zarządu. Będzie u siebie w gabinecie do godziny siódmej.
— Pani Lucyno, jak ja uwielbiam te pani telefony. Zawsze udaje się pani zadzwonić w najmniej odpowiednim momencie!
— Taka moja praca. Co mam przekazać ojcu?
— Że przyjdę nie wcześniej, niż rozwiążę problem z wysyłką tirów i naprawą aut. Dostawcy zawalają mi wszystkie terminy, a do tego ci cholerni technicy lecą w kulki! Czy to jasne?
— Wczoraj i przedwczoraj mówił pan to samo. Nie słowo w słowo, ale kontekst był bardzo zbliżony.
— A co jeszcze mówiłem?
— Że odprawa się odbyła, zadania rozdane, tydzień pracy jeszcze się nie skończył, więc nie ma pan co robić w biurze. I że kiedy przypominam panu o pokrewieństwie z dyrektorem naszej firmy, to wtykam nos w nie swoje sprawy.
— Właśnie tak!
— Ale, Rusłanie Renatowiczu, jestem już w takim wieku, że strata nosa nie jest tak straszna jak strata pracy. Dlatego, mój chłopcze, bądź złotkiem i zajrzyj do ojca, zanim rozniesie tu pół zarządu. Zamiast trzeci dzień z rzędu sterczeć w garażu!
— Pani Lucyno, mówił ktoś pani, że ma pani żelazny uścisk? Uwielbiam takie kobiety. Gdyby była pani o jakieś trzydzieści lat młodsza…
— Nicpoń! Nawet bym cię do siebie nie dopuściła! I tak nasze sekretarki ostrzą sobie na tobie języki, a ty jeszcze dajesz powód do plotek o tobie i ojcu! Więc co z tą wizytą u dyrektora? Dzień pracy już się skończył.
— Dobrze, wejdę. Proszę przekazać szefowi, że będę za jakieś dwadzieścia minut.
Rozłączam jedną rozmowę i odbieram kolejną, przez jakiś czas wciąż rozwiązując kwestie zawodowe. Przez te dwa lata sam nie zauważyłem, kiedy praca z przykrego obowiązku stała się codziennością, w którą coraz bardziej wsiąkałem. Najpierw z nudów i chęci uzyskania finansowej wolności, a potem stało się to ciekawe. Okazało się, że całkiem nieźle potrafię negocjować i jestem w stanie połapać się w detalach biznesu ojca. A bezczelności zawsze miałem pod dostatkiem, by rozmawiać z wieloma jak równy z równym.
Z tymi nielicznymi, wobec których mi jej brakowało, trzymałem dystans służbowy i z obojętnością zlewałem ważne spotkania, woląc nie pchać się przez głowę ojca do tych, do których jeszcze nie dorosłem. Czym zresztą wciąż irytowałem rodziciela, rzadko pojawiając się w biurze.
Właśnie to ostatnie było przyczyną jego niezadowolenia ze mnie i chęci spotkania.
Podjechałem pod budynek zarządu firmy i wszedłem do biura ojca. Jego wieloletnia sekretarka poszła już do domu, ale zostawiła dla mnie na biurku filiżankę wciąż ciepłej kawy, którą z przyjemnością wziąłem. To był ewidentny plus tej wizyty i podejrzewam, że rano dostałoby mi się od pani Lucyny, gdybym zostawił ten gest niezauważony.
Z filiżanką kawy wszedłem do gabinetu ojca. Bez pukania, więc nie zdziwiłem się, zastając u niego w gabinecie asystentkę jego zastępcy. Dobrze chociaż, że nie na kolanach, jak ostatnim razem. Ale dyrektorowi i tak się to nie spodobało — zakrztusił się z zaskoczenia, wstając z fotela i poprawiając krawat. Machnął dłonią w stronę drzwi:
— Rusłan, tak trudno było zapukać?
Pokazałem na filiżankę i telefon w palcach.
— Nie trudno, ale mam zajęte ręce. Cześć, szefie.
Ojcu skinąłem głową, a z kobietą się nie przywitałem. Nigdy nie byłem uprzejmym synem, a czas na służbowe powitania już dawno minął. Podchodząc do biurka, odstawiłem filiżankę i usiadłem w fotelu. Wyjąłem z wazy migdał w czekoladzie, rozwinąłem cukierek i wsunąłem za policzek.
— Urobiłem się w garażu jak pies — przyznałem, opierając się o oparcie fotela i przechodząc do spraw zawodowych. — Potrzebujemy nowych aut i nowego podwykonawcy transportowego, inaczej będą problemy z dostawami. Myślałeś już o tym, szefie? Tydzień temu wysłałem ci raport na prywatną pocztę.
Asystentka odsunęła się, ale nie wyszła z gabinetu. Dobrze. To znaczy, że długo tu nie zabawię.
— Potem, Rusłan — mówi ojciec ze złością. — Prosiłem, żebyś przyszedł nie w sprawach służbowych, chciałem z tobą porozmawiać osobiście.
Ciekawe.
— Osobiście? — unoszę brew i wstaję. Chowam telefon do kieszeni spodni, a do drugiej kieszeni zgarniam parę cukierków z wazy — naprawdę jestem głodny, a czekoladki u szefa zawsze są najlepsze. — W takim razie idę. O sprawach osobistych w obecności twojej kochanki, Renacie Timurowiczu, rozmawiać nie będę. Widzimy się w domu… kiedyś tam!
Brunetka, która ma trzydzieści kilka lat, ocha oburzona, czerwieniąc się jak małolata i obrażona zaciska pomalowane usta. Ale nie mam dwunastu lat, żeby nie zauważać oczywistych rzeczy i nie wyciągać wniosków. Niech robią, co chcą, byle beze mnie. Mogła sama domyślić się, żeby wyjść.
— Siadaj! — ryczy ojciec. Nie lubi mojej bezpośredniości, ale zdążył do niej przywyknąć. I tak jestem uprzejmy. Dlatego woli nie drążyć i zwraca się do kobiety: — Natalio, zostaw nas samych!
Czeka, aż kobieta wyjdzie, stukając obcasami o parkiet i zamykając za sobą drzwi, po czym odwraca się do mnie, błyskając ciemnymi oczami.
— Smarkacz! Jak ty się do mnie odzywasz przy obcych! Miej trochę szacunku do ojca, zwłaszcza gdy nie jesteśmy sami!
Ja też się wkurzam. Ostatnio nasze relacje w ogóle się nie układają, ale nie zamierzałem czuć się z tego powodu winny.
— Renacie Timurowiczu, zdecyduj się, kogo chcesz widzieć przed sobą — syna czy swojego inżyniera logistyki? I uprzedzaj wcześniej. O sprawach prywatnych przy twoich koleżankach nie mam zamiaru paplać! Skoro prosiłeś, żebym wpadł, mogłeś normalnie na mnie poczekać, a nie wołać sobie „termofor do serca”!
— Nie wołałem jej. I nic między nami nie ma! Obraziłeś Natalię!
Skrzywiłem się. Poczułem się zupełnie jak matka z makaronem na uszach.
— No dalej, szefie… Jeszcze każ mi ją przeprosić. Może wtedy się zwolnię, żeby nie kłuć biedaczki w oczy.
Ojciec milczy, a ja czekam. Skoro już przyszedłem, to do rozmowy tak czy inaczej dojdzie. Po coś mnie w końcu wezwał?
— Rusłanie, znowu nie było cię dziś rano na naradzie — zaczyna ojciec z niezadowoleniem — na której, nawiasem mówiąc, rozstrzygałem ważne kwestie produkcyjne. Po raz kolejny się nie stawiłeś!
— Nie było mnie — przyznaję — ale to nie jest w mojej kompetencji. Mam swoje zadania. Jeśli będziesz mnie odrywał za każdym razem, gdy siedzę po uszy w robocie, będziesz miał gównianego pracownika. I tak sam musiałem we wszystkim dojść do ładu.
— Dzisiaj w moim gabinecie był człowiek, właściciel poważnej firmy. W przyszłym tygodniu mamy jechać do jego biura. Pracujesz u mnie prawie dwa lata, a nie zrobiłeś nic, żeby nawiązać potrzebne znajomości. Zamierzasz się w ogóle ruszyć, Rusłanie? Czy myślisz, że wszystko samo wpadnie ci do ust z mojej łyżki?
Dopijam kawę i odstawiam filiżankę. Patrzę na ojca. Solidny facet, przy kasie, wpływowy, do tego podoba się babom, tylko jakoś nie wygląda na to, by cokolwiek w tym życiu sprawiało mu radość.
— Tato, powiedzmy sobie szczerze — mówię prosto z mostu, wyciszając irytację w głosie. — Nie jestem wygodnym synem, którego postawisz, gdzie chcesz, a on będzie stał i potakiwał. Jestem twoim inżynierem. Dałeś mi stanowisko i warunek odpracowania w firmie pięciu lat, po których będę mógł robić, co chcę. Więc pracuję, jak umiem. Masz zastrzeżenia co do roboty? Jeśli tak, słucham uważnie. Ale jeśli zaprosiłeś mnie tylko po to, żeby znów sprowadzić rozmowę do restauracji i poznania córki kolejnego właściciela kolejnej firmy, to lepiej już pójdę. Ona nie jest w moim typie.
— Ale z ciebie duren! — nie wytrzymuje ojciec. — Nawet jej nie widziałeś!
— I nie zamierzam. Nie wpadnę do domu na kolację, do matki sam zadzwonię.
— Powtórzę raz jeszcze, Rusłanie: we wtorek jedziemy do Muradowa razem. Kropka! Masz tam być, do cholery!
A to już brzmi poważnie. Ale przynajmniej zostałem usłyszany.
— Dobra. Jeśli w godzinach pracy, to niech stracę, będę. Jesteś w końcu moim szefem, Renacie Timurowiczu.
— Jeszcze mi pyskuj!
Ale nie mam nastroju na pyskówki, chcę już wyrwać się na wolność. Żegnam się z ojcem i wychodzę. Zjeżdżam na dół, wsiadam do swojej białej Tesli i jadę do mieszkania, które wynajmuję oddzielnie od rodziców już od paru lat, znów wracając myślami do pracy.
Z tych rozmyślań wyrywa mnie telefon od Siergieja Chmielnickiego, kumpla ze studiów. Szlag! Muszę zwolnić i odebrać.
— Cześć, Siwy. Dzwonisz w złym momencie, zgadamy się później, prowadzę.
— Jakie później, Rusłan? Widziałeś, która godzina? Co z wieczorem, będziesz? Tylko spróbuj powiedzieć „nie”, Mardżanow, a przestaniemy się znać! Sam na to modne targowisko nie pójdę, a swoją Laryskę na ciebie naszczuję — niech ci wyżre mózg tak samo jak mi!
— Przypomnij mi, o czym mówisz, Chmielu? Coś mi świta, ale mgliście. Zasypiałem już wczoraj, jak dzwoniłeś.
— Przecież o aukcji, na którą Laryska załatwiła cztery zaproszenia. Przy centrum wystawienniczym otworzyli nowy dom aukcyjny „Roza Kranc”, no i organizują imprezę. Larka od dwóch dni o tym piszczy, cała jej rodzina ma bzika na punkcie antycznych staroci.
— Jak powiedziałeś?
— Co za różnica. Niech się nazywa choćby „Zębowa Wróżka”! Grunt, że jakiś miejscowy antykwariusz spłukał się w kasynie i wyprzedaje swoją kolekcję rupieci. Obrazy, figurki i inne graty. I jakby co, to z tym kasynem to tylko plotki!
— Mam to gdzieś, co ja mam z tym wspólnego?
— O dziewiątej wieczorem otwarcie i ty, Rus, musisz być pod krawatem.
— O, nie ma mowy. Wal się, Siwy. Razem ze swoją Larką! Albo znajdź sobie inną babę — taką od grupowego BDSM, wtedy pomyślę, czy iść z wami, czy nie.
— Już o tym myślałem, ale wiesz, jak ona robi loda? Jęczy jak marcowa kotka, jakby szczytowała. — Chmielnicki rży do słuchawki. — Wszyscy sąsiedzi słyszą, a mnie to nakręca! Czuję się jak najważniejszy facet w jej życiu!
— Szlag, zamknij się, Siwy! Od dwóch tygodni jestem na głodowym racjonale. Bo ci przywalę, jak cię zobaczę.
— Za co?
— Za to, żebyś tak zadowolony nie szczerzył zębów! Wkurzasz mnie.
— A co u ciebie z Alinką? Skarży się Larce, że ją zlewasz.
Sięgam po paczkę papierosów i wystukuję jednego, pilnując drogi. Odpalam od zapalniczki, którą rzucam potem na boczną konsolę.
— Z nią to nic takiego, przecież wiesz. Żyję według zasady: żadnych pieprzonych związków, a mózg zostanie cały. Więc oszczędź mi szczegółów.
— Słuchaj, chociaż na jeden wieczór zrób wyjątek — prosi Siergiej. — Alinka będzie czwarta do pary. Pomyśl, jak się za tobą stęskniła. Noc na pewno cię nie rozczaruje!
— Nie wiem, zmęczony jestem, Siwy.
— A słyszałeś o naszej przyjaźni? Nie żartowałem! Wyratuj mnie jeszcze ten raz, Mardżanow, a będę twoim dłużnikiem!
— Dobra, podjadę. Tylko najpierw wpadnę na siłownię na godzinkę. Nie skomlij, jak się spóźnię.
— Okej, umowa stoi! Jakoś wytrzymam!
***
Miałem szczęście, że klub fitness znajduje się tuż obok domu, w którym mieszkam. Moje wieczory często mijają właśnie tutaj. Nie chce mi się nigdzie jeździć, chcę tylko przewietrzyć głowę przy dobrej muzyce, normalnie zjeść i się wyspać.
Seksu też mi się chce, najlepiej bez gry wstępnej i gadania potem. Starzeję się chyba, bo te wszystkie „dziewczynki-maślane oczka-spacery” zaczęły mnie męczyć, a na skomplikowane cele nigdy nie polowałem — nie kręciło mnie to.
Dziwne myśli jak na niespełna dwadzieścia pięć lat, ale jeszcze gorzej jest zadawać sobie pytanie: czego ja, do jasnej cholery, właściwie chcę?
Nie byłem gotowy odpowiedzieć na to nawet samemu sobie i najpewniej posłałbym Chmielnickiego do diabła, gdyby nie fakt, że to był świetny powód, by wyjaśnić matce, dlaczego nie pojawię się na piątkowej kolacji. Uwielbiała je urządzać, nie zapominając o zaproszeniu kogoś ze swoich „bardzo wpływowych” znajomych.
Poza tym Siwy był z tych kumpli, którzy zawsze sami wyciągali pomocną dłoń, gdy zachodziła potrzeba. Uznałem więc, że pojadę na tę aukcję i pomogę mu zabić parę godzin w towarzystwie jego dziewczyny i jej kumpeli. Tym bardziej że plan na późny wieczór kusił seksualnym rozładowaniem.
Pozostawało tylko wymyślić, co odpowiedzieć Alince na pytanie, dlaczego nie dzwoniłem przez te dwa tygodnie. Ale tutaj liczyłem na farta, którego najwyraźniej odziedziczyłem po ojcu — wieszanie makaronu na uszach dziewczynom nigdy nie było dla mnie problemem.
Wyszedłem z siłowni i wszedłem do swojego mieszkania. Po prysznicu ogoliłem się i przebrałem. Parsknąłem krótko, widząc swoje odbicie w lustrze — pewny siebie facet z ironicznym uśmieszkiem i obojętnym spojrzeniem.
Nadaremnie matka się stara, żaden przyzwoity tatuś nie będzie chciał wiązać losu swojej córki z takim typem. Ale matka miała przed sobą jeszcze wiele lat i nie traciła nadziei. Także i teraz musiałem poświęcić jakieś pięć minut na rozmowę z panią sędzią, dopóki nie skończyliśmy jej jak zwykle. Nigdy nie zmieniałem swoich planów ani obietnic i to matka pierwsza rzuciła słuchawką.
Z tym garniturem to Chmielnicki oczywiście przegiął. Tak ubierałem się tylko na narady z partnerami biznesowymi ojca — raz w roku. Szykując się na spotkanie, ograniczyłem się więc do garniturowych spodni, skórzanego paska i ciemnoszarej koszuli.
Na nadgarstek założyłem zegarek, na ramiona krótką skórzaną kurtkę, a na nogi zamiast sneakersów — półbuty. Wziąłem portfel, kluczyki do auta i zszedłem na dół.
Mieszkałem w nowej dzielnicy sypialnianej, pół godziny jazdy od centrum, więc na dziewiątą się spóźniłem. Okazało się jednak, że aukcja jeszcze się nie zaczęła, choć w pięknie wykończonym marmurem holu i sali ekspozycyjnej zebrało się mnóstwo ludzi — jak na jakimś cholernym bankiecie. Tutaj „marynowano” potencjalnych kupców, nie zdziwiłem się więc, widząc w rogu na okrągłym stole szampana i zimne napoje.
— Rusłan? — Siwy machnął ręką i podszedł do szwajcara, podając mu moje zaproszenie. — Dzięki, stary, nigdy ci tego nie zapomnę! — odetchnął z ulgą i od razu przyznał: — Ale tu nuda!
Mimo to klepnął mnie po ramieniu, wyraźnie zadowolony, że przyjechałem.
Podeszliśmy do garderoby, gdzie zostawiłem kurtkę, a potem zbliżyliśmy się do dziewczyn. Stały z boku przy wejściu do głównej sali i z ciekawością rozglądały się dookoła. Obie wyglądały świetnie w sukienkach i na szpilkach, pasując do zapowiedzianego dress code’u… i tyle.
Uśmiechnąłem się do nich obojętnie:
— Cześć, heterki. Po ile nocka? Będzie zniżka dla głodnych i spóźnionych? Wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać. Po prostu pomyślałem, jaki idiota kupi obraz z grzesznicą zaciskającą w zębach pas cnoty? Wątpię, byście nawet wy były w stanie zrobić jej reklamę.
Ten obraz z numerem licytacyjnym rzeczywiście wisiał na ścianie tuż za dziewczynami, a myśli same przychodziły do głowy.
— Ale masz żarty, Rusik! — oburzyła się Larka, choć niezbyt gniewnie.
Gdyby obok nie było Siergieja, pozwoliłaby sobie na więcej i oboje o tym wiedzieliśmy. Coś nas łączyło jeszcze przed Chmielnickim, ale nie powiedziałem o tym kumplowi, gdy pewnego razu zobaczyłem ich razem.
— Jesteś niemożliwy jak zawsze! Gdyby cię nie znać, można by się obrazić! Siergiej! — prychnęła Larka, trzepocząc rzęsami w stronę chłopaka.
— Ciesz się, mała, że trafił ci się ten lepszy z naszej dwójki — odparł Chmielnicki, nie przestając się śmiać. Żart mu się spodobał.
— Cześć, Alina — przywitałem się z drugą dziewczyną, a ona pospiesznie wydęła wargi w udawanym obrażeniu. Tylko wzrok wszystko zdradził.
— Witaj, Rusłan. Czy to naprawdę ty? — zdziwiła się teatralnie. — Myślałam już, że zmieniłeś kraj i miejsce zamieszkania. Nawet nie oddzwoniłeś, jak wyszedłeś.
— Słońce, sparzyłaś mnie. Potrzebowałem czasu, żeby rany się zagoiły. Ale myślałem o tobie bez przerwy. Gdybym nie siedział po uszy w mazucie, będąc w niewoli u ojca, na pewno bym zadzwonił. Swoją drogą, wyglądasz świetnie.
— Nawet nie odbierałeś, kiedy dzwoniłam!
Tutaj „stop”. Takich zagrywek nie znosiłem i uśmiech sam zniknął mi z twarzy.
— Alina, myślałem, że są rzeczy, których nie trzeba wyjaśniać — odpowiedziałem poważnie. — Ale możemy porozmawiać. Ja nigdy nie oddzwaniam. Wydawało mi się, że o tym wiedziałaś.
Napięcie między nami rośnie nie w porę, więc Siwy szturcha mnie łokciem w bok.
— No weź, Mardżanow! Alinka po prostu się stęskniła. Bądź dla niej milszy dzisiaj! Co ci szkodzi?
Nie szkodzi, ale nie mam zamiaru robić cyrku z powodu paru wieczorów seksu za obopólną zgodą z dziewczyną, która nudziła się tak samo jak ja.
Przez głowę przemyka mi myśl: po jakiego czarta ja tu jestem? I kolejna — że moja umiejętność pochlebiania w końcu zdechnie raz na zawsze. Może nawet dzisiaj.
Chmielnicki zauważa jednak ten dylemat i znów szturcha mnie w bok.
— Ej, Rus?
— Dobra, zapomnijmy o tym — uśmiecham się chłodno do dziewczyny. — Przyjmijmy, że nie miałem czasu.
Alinka odwzajemnia uśmiech. Wygląda na to, że ten powód jej pasuje i pojednawczo dotyka mojego ramienia.
— Niech stracę, wybaczę ci, Rusłan. Ale tylko jeśli przyniesiesz nam coś do picia! W gardle mi zaschło od tego czekania na licytację! To takie ekscytujące!
Mój nastrój jest w głębokiej dupie, Alinka już mnie drażni, ale nie chcę psuć humoru towarzystwu. Podchodzę do stolika i przynoszę dziewczynom po kieliszku szampana — niczego innego tu nie dają. Stoję w milczeniu, podczas gdy Siwy gada z dziewczynami, przyglądając się postumentom w formie prostopadłościanów i zgromadzonej publice.