Rozdział 5
– Najlepszego, Ray! Widzę, że już opłukałeś gardło?
On też zauważa jej wzrok i śmieje się:
– O, nie! Noc dopiero się zaczęła, stary! Więc bądź łaskaw, nie przeciągaj!
Kiedy wracam do przyjaciół, Tildy już z nimi nie ma. Jej śmiech dobiega z ciemności razem z męskim głosem. Mówię do Lucasa:
– Wszystko gra, Palmer. Walberg nie będzie o was kłapać jadaczką. Wracaj do domu i módl się, żeby Chrisowi uszło to na sucho.
– A ty?
– Zostaję.
– Ja też – przytakuje stojący obok Holt, z czego w duchu się cieszę. Im bliżej nocy, tym mocniej zalewa mnie gorycz i ból, który staram się w sobie zdusić, a on o tym wie.
Parę godzin później wciąż jesteśmy z Nicholasem na Urwisku. Spędzamy czas w towarzystwie Raya i jego kumpli, zagłuszając adrenalinę alkoholem i tańcami przy ognisku.
W głowach nam szumi, po gołych szyjach spływa pot. Przyciągam do boku jakąś latynoską dziewczynę, z którą przed chwilą byłem, i słyszę, jak pijany Nick wyznaje, odpychając ją i mocno łapiąc mnie ramieniem za szyję:
– Kocham cię, stary, mimo że jesteś idiotą! I Lucasa też! Ale jeśli jeszcze raz wpakuje nas w takie gówno, przysięgam, sam pierwszy obiję mu ryj! No, dajesz – domaga się – powiedz, że dla ciebie też jestem jak brat! Powiedz to, Carter!
Z Lucasem jesteśmy kumplami, ale z Nicholasem łączy mnie coś znacznie głębszego. Dorastaliśmy razem, nasi ojcowie to wspólnicy i nie ma tajemnicy, której byśmy o sobie nie wiedzieli. Ale kiedy w przypływie euforii targa moją czuprynę, nie mam pewności, czy nie zdążył ściągnąć macha – oczy Nicka dziwnie błyszczą. Jednak sam jestem teraz zbyt wlany, żeby to ocenić.
Nick zaczyna mnie zaczepiać, oddaję mu żartem i obaj ze śmiechem walimy się w trawę przy ogłuszających dźwiękach rocka, w których nagle wyłapuję słowa piosenki Andy’ego Blacka „It’s My Resurrection”. Zastygam, słysząc znajomy głos…
– Carter, natychmiast wracaj do domu! Już czas! Nieźle się wstawiłeś, a biorąc pod uwagę, że nie masz osiemnastu lat… Stary, to już przesada!
Nie, skłamałem. Jedną tajemnicę przed Nickiem jednak mam.
Alex. Znowu on. Przyszedł po mnie – pieprzony pan idealny. Tak samo ułożony i nienaganny, jak go pamiętam.
Jestem pijany i napięty jak struna. Fala brawury uderza mi do łba, zaciskam palce w pięść. Tą pięścią, zrywając się na równe nogi, przecinam powietrze przed sobą, próbując dosięgnąć Alexa.
To nie mój pierwszy alkohol i nie pierwszy papieros. Ten wypada mi z ręki i gaśnie, a ja kopię go czubkiem buta, wystarczająco mocno, by komuś przywalić w jaja. Żeby porządnie przyłożyć.
Tak mi się wydaje. I tak jest w rzeczywistości.
– Wypierdalaj! – wychylam się do przodu, ale potykam się i uderzam barkiem o jakąś furę. Przeklinam, odwracając się. – Odwal się! – wrzeszczę, próbując złapać Alexa, ale ląduję tyłkiem na ziemi i słyszę w odpowiedzi: „Zamknij się!”.
Co mnie to obchodzi! Rzucam w niego pustą butelką i znów posyłam do diabła. Alex nie żyje, a ja żyję i to ja decyduję, czy mam się zamknąć, czy wrzeszczeć na całe gardło.
– Ej, stary! Do kogo ty to? – Nick łapie mnie za kołnierz koszulki i rzuca na glebę. Napiera na mnie z boku, unieruchamiając w uścisku. – Przebrałeś miarę, kretynie, uspokój się!
Ale gdzie tam. Muzyka w głośnikach cichnie i wszyscy odwracają się w naszą stronę. Podchodzą bliżej, przez co nocne powietrze, rozgrzane żarem spoconych ciał i dymem z ogniska, gęstnieje.
Tutaj wszyscy kochają igrzyska, ktoś z chłopaków śmieje się głośno, nazywając mnie „Psycholem”. Ale już po paru chwilach, w których udaje mi się zrzucić z siebie Nicka i stanąć na nogi, tamten krztusi się jękiem, zginając się w pół.
Nawet pijany jestem silniejszy i szybszy od każdego z nich i jestem gotów to udowadniać tyle razy, ile będzie trzeba.
„Carter, przestań… Carter!”
– Alex?!
Mógłbym przysiąc, że go widzę – mojego brata. Stoi na skraju urwiska, na granicy światła i mroku, w dżinsach, podkoszulku i rozpiętej koszuli z postawionym kołnierzykiem. Jego ciemne włosy nad czystym czołem są rozczochrane, usta lekko uchylone, jakby jeszcze nie skończył mówić, a w niebieskich oczach płonie ten sam blask nadziei – chłopak-marzyciel z lekkim uśmiechem, dzięki któremu w mojej mrocznej duszy zawsze cofały się cienie.
Alex.
Nawet martwy wciąż we mnie wierzy i widzi mnie innym. Innym niż ta parszywa sfora młodych szumowin, która nas otoczyła, a ja nigdy nie poznam odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego?”.
„Dlaczego nie ja, Al?”.
Kiedyś obiecałem ci, że nigdy nie zadam sobie tego pytania. Ale skłamałem. Odkąd zginąłeś, zadaję je sobie każdego dnia. W każdej pieprzonej sekundzie, w której zostaję sam ze sobą i swoim odbiciem, pytam siebie: „Dlaczego?!”. I to łamie mi serce.
W tamtym tygodniu mojej kary dotrzymałem obietnicy, tak jak prosiłeś. Przyszedłem do domu nad ranem dopiero kolejnej nocy i dla ojca nie było to niespodzianką. Jego starszy syn zawsze żył według własnych zasad i ojciec musiał zacząć się z tym liczyć, tak jak zakładałem. Ale ty – nie. Ty zawsze byłeś uparty.
Staliśmy na rogu Czwartej Ulicy i skweru, na którym tyle razy bawiliśmy się w dzieciństwie, wpadając na siebie niespodziewanie wczesnym wieczorem – tak tacy sami, a jednocześnie różni, i kłóciliśmy się. Kłóciliśmy się, do cholery, o coś, co w ostatniej minucie naszego wspólnego życia nie miało żadnego sensu!… A w tym czasie czterdziestoletni Billy Bowen prowadził już swoją ciężarówkę po Mile Road i ryczał piosenkę: „Gorąca laska, mrugnij do mnie! Nie widzisz, że potrzebuję oddechu?” – tak opowie później… Kiedy coś poszło nie tak.
Najpierw głośny huk, skręt, gwałtowne hamowanie, a kiedy Billy zrozumiał, że pękła przednia opona i próbował coś zrobić, załadowany samochód już znosiło bokiem na pobocze.
Nikt nie jest winny. Nieszczęśliwy wypadek. Później prawnicy firmy transportowej zdołają to udowodnić.
Ale wtedy jej nie widziałem – ciężarówki. Stałem tyłem do drogi i wrzeszczałem na ciebie, ale ty zauważyłeś.
W momencie, gdy ogłuszył nas pisk hamulców, wpadłeś na mnie, odepchnąłeś, a sam…
Przysięgam, wydawało mi się, że zdążyłem złapać twoje ręce. Były tak blisko, palce już dotknęły moich… I gdybym nie upadał, zdołałbym cię wyciągnąć, Al. Zdołałbym! Ale o wszystkim zdecydował ułamek sekundy.
Zmiażdżyło cię, bracie, jak foliową paczkę po chipsach. Trzask! Prask! I już cię nie było.
Tylko krwawy ślad na drodze… i ciemniejący horyzont przed oczami, pęknięty na pół.
Suka! Alex, nienawidzę cię! Za to, co sobie zrobiłeś! Za to, co zrobiłeś ze mną!
Za to, że dopóki nie zdechnę, będę żył ze świadomością – to nie ty powinieneś tam zginąć. Ja!
Jak to powiedziałeś? Podczas tej naszej nocy szczerej rozmowy, kiedy snułeś mi opowieść o swojej miłości? Że nikogo więcej nie potrzebujesz, prócz naszej dziewczyny z sąsiedztwa?…
Więc jakim cudem, Al, dokonałeś wyboru?! Jakim diabłem pozwoliłeś sobie umrzeć?! Głupcze! Dlaczego nie pomyślałeś, jak ja będę bez ciebie?!..
Nigdy ci nie wybaczę. Nigdy!
I nie pozwolę odejść.
Jedna dusza na dwóch, pamiętasz? Moja tamtego dnia pękła u nasady i już nie mogła się zrosnąć.
Nawet jeśli na ciebie wrzeszczę, wciąż tu jesteś, bo cię potrzebuję. Jak powietrza.
O nie, nie jestem gotów cię puścić, słyszysz?! Nie!