SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 55: Rozdział 22, część 1

Bölüm 55

Rozdział 22, część 1

Ledwo usiadłyśmy z dziewczynami przy stoliku, a już wywiało je jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zostałam sama z wymiętą drożdżówką w jednej ręce i gorącym kubkiem w drugiej. I znowu tania torebka herbaty pływała na wierzchu, ani myśląc zatonąć bez pomocy łyżeczki.

Patrzyłam na nią, nie będąc w stanie podnieść wzroku na Artema. Czułam, że połowa studentów w bufecie, chichocząc i szepcząc, obserwuje naszą dwójkę. Nie mogłam przestać o tym myśleć. O tym, czego wszyscy oczekują od Sokoła. Na pewno wyjaśnienia prawdziwego powodu jego piątkowego wybryku. A nuż to naprawdę żart? Jak to szło… „Szczęśliwy wtorek dla kucyka”? Ale byłaby beka! Sprawiedliwość dziejowa by triumfowała, Czyżyk spadłaby z nieba na ziemię i wszystko wróciłoby do normy. Pozostało tylko się upewnić.

Artem zdjął kurtkę, rzucił ją na krzesło i usiadł naprzeciwko, wiercąc we mnie dziurę wzrokiem. Po co właściwie podszedł? To nie klub – tu wszystko jest na widoku, w świetle dnia. Sam ostrzegał, a teraz sam złamał warunki umowy. Pochylił się do przodu, wyjął mi z palców kubek z herbatą – wzdrygnęłam się na ten dotyk – naderwał róg saszetki z cukrem i wsypał zawartość do środka. Powoli zamieszał napój łyżeczką, panosząc się na mojej tacy, po czym oddał mi kubek.

– Dzięki – ugryzłam kęs drożdżówki i z trudem go przełknęłam.

– Dobre? – usłyszałam jego niski głos. Serce natychmiast zareagowało ukłuciem tęsknoty.

– Tak sobie – odpowiedziałam szczerze.

Podniosłam głowę i spojrzałam na chłopaka. Mój wzrok zatrzymał się na szarych oczach i jego wyostrzonej twarzy. Tylko desperat szukałby teraz zaczepki z Sokołem. Cała jego postawa – celowa powolność ruchów i siła grająca w szerokich barkach – świadczyły o tym, że jest napięty jak struna. Zdążyłam poznać go na tyle dobrze, by wyczuć w nim wyczekiwanie i trudne do opisania zmęczenie. Patrzyliśmy na siebie, nie odrywając wzroku. Nagle dostrzegłam świeże zadrapania na jego policzku i brodzie.

– Znowu się biłeś? – zapytałam zdumiona, zapominając o drożdżówce.

Artem nie odpowiedział. Wstał i podszedł do bufetu – kolejka, jak zwykle, rozstąpiła się przed nim bez słowa. Kupił kawę i, o dziwo, ciastko. Słucham? Nie tylko ja zamrugałam z zaskoczenia. Kto kupuje tartaletkę z kremem na obiad? Zwłaszcza chłopak. Nawet jeśli świeżą i drogą jak na studencką kieszeń. No, czasem można, jasne, ale… przecież są hot-dogi.

Kawę zostawił dla siebie, a ciastko postawił przede mną. Usiadł, a ja byłam tak zdezorientowana pod tymi wszystkimi ciekawskimi spojrzeniami, że mając do wyboru siedzieć jak kłoda albo zjeść ciastko, wybrałam to drugie. Ugryzłam kawałek. A właściwie zlizałam delikatny krem z wierzchu, oblizując wargi.

– Dobre? – zapytał Sokolski.

– Mmm, yhy.

Artem wyciągnął telefon i wybrał numer. Powiedział do słuchawki: „Czekam, spóźniasz się”. Nawet nie drgnął, gdy w bufecie pojawił się Rusłan Mardżanow. Kiedy chłopak zatrzymał się przed nami, o mało nie upuściłam herbaty. Miał potężne limo pod okiem i rozbitą wargę. Mimo to uśmiechał się szeroko, nie tracąc rezonu.

– O! Anfisa? Cześć – przywitał się swobodnie, jakbyśmy byli kumplami. – Jak leci? – zapytał, przechylając głowę. – Świetnie wyglądasz!

Kłamał, bo wyglądałam marnie, ale najwyraźniej dla niego nie miało to znaczenia. Odpowiedziałam cicho:

– Cześć.

– Wpadłem tylko, żeby coś powiedzieć – zaczął Rusłan. – Chciałem przyznać, że w sobotę w „Maracanie” grubo się co do ciebie pomyliłem, za co spotkała mnie słuszna kara. Wybacz, i w ogóle. Strasznie żałuję i kajam się z całego serca.

Mardżanow odwrócił się do Sokoła.

 – I co? Mam paść na kolana?

Artem wciąż wpatrywał się we mnie.

– Nie przeginaj, Rusłan. To nie cyrk.

– Jasne – skinął ciemnowłosy. – Jak chcesz. Anfisa, masz tu trochę kremu – pokazał palcem na swoją wargę. – Sokół, mógłbyś to zlizać – zwrócił się do Artema – bo wygląda wyjątkowo apetycznie…

Aż mną rzuciło, gdy Sokolski nie to warknął, nie to wycedził przez zęby groźbę, wbijając dłoń w kurtkę chłopaka:

– Mardżanow! – odepchnął go od siebie. – Wypad stąd! Bo się doigrasz!

Dziewczyny przy ścianie aż westchnęły, a gapiowie przy sąsiednich stolikach zamarli. Spodziewałam się, że Rusłan się obrazi albo wybuchnie, ale on tylko się zaśmiał.

– Nara, Anfisa! – idąc w stronę wyjścia, mrugnął do mnie zdrowym okiem i zniknął, zostawiając mnie z otwartymi ustami.

Co to właściwie było? On… do mnie? Tak na serio? Nawet Malwin, który pojawił się na horyzoncie z Titowem i Leszką, nie zdziwił mnie tak bardzo jak ten wesołek Mardżanow.

Przełknęłam ślinę, mrugnęłam i przegapiłam moment, w którym Artem pochylił się i kciukiem starł krem z kącika moich ust, zmuszając mnie, bym znów na niego spojrzała. Oparł się o krzesło i z kamienną twarzą oblizał opuszkę palca, po czym upił łyk kawy.

– Czyż – powiedział nagle, odstawiając kubek, a na jego szczęce zagrały mięśnie – wracaj.

Ta nagła prośba, będąca niemal wyznaniem, sparzyła mnie w piersi. Płuca się zacisnęły, zabrakło mi tchu. Poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Ten weekend dla mnie też nie był łatwy.

– Artem…

– Nic nie musisz wyjaśniać. Po prostu wróć. Tylko tego chcę.

Utkwiłam wzrok w blacie stolika – wyczekiwanie w szarych, jasnych oczach Sokoła było zbyt przenikliwe.

– Wydaje mi się, Artem, że niepotrzebnie do mnie podszedłeś. To nie jest najlepsze miejsce na rozmowę. Kiedyś sam nie chciałeś, żeby nas widywano.

– Kiedyś byłem idiotą i nie rozumiałem, że nic mnie nie obchodzą inni. Niech patrzą, Czyż, jest mi to obojętne. Tobie nie?

Pokręciłam głową. Gdyby tylko wiedział, jak bardzo nie jest mi to obojętne.

– Nie wiem. Jesteś pewien, że nie pomyliłeś stolików? Jeszcze nie jest za późno, żeby obrócić w żart to wszystko, co stało się w piątek w klubie, i zwalić na dowcip. Zrozumiem i nie będę miała żalu. Myślę, że oni też – skinęłam głową w bok, mając na myśli ludzi wokół – zrozumieją i uwierzą.

Jakby w odpowiedzi na moje słowa, przy naszym stoliku zatrzymała się śliczna Anisimowa z koleżanką. Obie stylowe i pewne swojej atrakcyjności, nawet w to poniedziałkowe południe. Udając zdziwienie, Anisimowa położyła dłoń na ramieniu Sokolskiego i uśmiechnęła się do niego wiśniowymi ustami, potrząsając czarną grzywą włosów.

– Artem, cześć! Dawno się nie widzieliśmy. Nie pomyliłeś przypadkiem towarzystwa? – omiotła mnie oceniającym spojrzeniem i zerknęła na koleżankę, zachęcając ją do tego samego. – Patrz, Kaśka, to chyba naprawdę Czyżyk, nie kłamali – zaśmiała się. – A ja się zastanawiałam, o kim wszyscy gadają. A to proszę, jaka z niej szczęściara!

Nie wiem, co we mnie widziała śmiesznego. Zwyczajna dziewczyna, ani lepsza, ani gorsza od innych. Gdybym przesadziła z makijażem, mogłabym konkurować z Anisimową. Na pewno nie przypominałam teraz Kaczora Daffy’ego ani SpongeBoba. Prędzej młodą wampirzycę Mavis z „Hotelu Transylwania”. I to tylko przez bladą cerę i silną ochotę, by kogoś ugryźć.

Anisimowa nigdy nie była dziewczyną Sokoła, ale czuła urazę i dezorientację, co starała się przekazać „spojrzeniem”.

– Artem, chodź lepiej do nas – zaproponowała, przysuwając się do jego szyi. – Z nami jest wesoło. Ten ptaszek na każdego sprowadzi depresję. Prawda, Kaśka?

Zabierz rękę stąd – zamiast powitania czy odpowiedzi, wychłodzonym głosem rzucił Sokolski.

Powiedział to spokojnie, ale na tyle głośno, bym usłyszała nie tylko ja.

– Słucham? – dziewczyna zgłupiała. Chyba nie była przyzwyczajona, by ktoś tak do niej mówił, w dodatku przy tylu studentach. Ale rękę zabrała.

Artem w końcu odwrócił głowę. –

 Chciałaś coś… Lera? – zapytał sucho, z taką intonacją, że nie tylko Anisimowa miała ochotę schować głowę w piasek niczym struś, ale jej koleżanka również.

– Nie, nic – dziewczyna niepewnie wzruszyła ramionami, zapominając o śmiechu. – Tak tylko wpadłam.

– To dobrze, że tylko tak – odwrócił się Sokół. – A teraz idź.

Dziewczyny odeszły i znów zostaliśmy sami, nie licząc ciekawskich. Przerwa dobiegała końca, ale bufet ani myślał pustoszeć.

– Anfisa – Artem przygryzł wargi, zaciskając dłoń w pięść na stole. Zauważyłam, jak napięła się metalowa bransoleta jego zegarka. – Nie słuchaj ich. Ja tak nie uważam i nigdy nie uważałem. Nie, nie pomyliłem się i nie podobają mi się twoje słowa. Dla mnie to ani trochę nie był żart.

– Ale oni mają rację, Artem – podniosłam głowę. – Oni wszyscy, nawet Mardżanow, którego zmusiłeś do przeprosin. Właśnie to miałam na myśli, kiedy chciałam ci wyjaśnić, dlaczego. Dlaczego odeszłam. Dlaczego wszyscy tak łatwo uwierzą w żart, znając ciebie!

Sokolski pochylił się nad stołem i złapał moje dłonie. Zacisnął je w swoich, patrząc mi prosto w oczy. Przez ułamek sekundy, gdzieś za ramieniem Sokoła, dostrzegłam bladego jak ściana Malwina, który aż się cofnął. Zostawiając przyjaciół, Martynow wyszedł z bufetu, trzaskając drzwiami, ale wcale nie zrobiło mi się lżej. Ten gest Artema – jednocześnie władczy, uważny i zaborczy – wykraczał poza ramy zwykłego koleżeńskiego spotkania. Zbyt wiele można było wyczytać z ich twarzy, zbyt wiele odgadnąć z póz. Powiedzieć, że byłam zmieszana, to nic nie powiedzieć. Sokół naprawdę nikogo innego nie dostrzegał.

– Anfisa, jaki do diabła żart? Co mnie obchodzi, czy ktoś uwierzy, czy nie? Co mnie obchodzi, kto i co o nas myśli, kiedy mam wrażenie, jakby mi wypatroszono wnętrzności i wywrócono na drugą stronę. Brakuje mi ciebie i nie wiem, co z tym zrobić. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek w życiu tak mnie łamało przez drugiego człowieka. To wszystko jest cholernie poważne, Czyż.

Artem zacisnął usta w twardą linię, a ja straciłam rezon. Dzielił nas stół, ale wydawał się marną przeszkodą, barierą ledwo powstrzymującą potok uczuć. Chciałam poddać się temu nurtowi, utonąć w tym wirze… I wierzyć, wierzyć, wierzyć. Dwie noce okazały się nieskończenie długie.

– Czyż, nie milcz, powiedz coś – poprosił Sokół. – Zbyt długo cię nie widziałem.

Co mogłam powiedzieć po takich słowach? Po spojrzeniu, które przenikało do samej duszy? Moja niepewność nawet mi wydała się błaha. Artem nie grał, rozumiałam to, a wymaganie od niego czegoś więcej nie miałam prawa oczekiwać więcej.

– Artem, nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Nie wiem, co z tym zrobić.

– To powiedz chociaż, czego się boisz. Przecież czuję, że jest to przeklęte „coś”. No dalej, Anfisa! Zacznij od „być może”, uda ci się.

Patrzyłam mu w oczy i pamiętałam, że obiecałam wyjaśnienia. Przyznanie się do tego, co pozostawało dla mnie naprawdę ważne, mimo wypowiedzianych słów. Teraz był gotowy słuchać, więc się zgodziłam:

– Dobrze, spróbuję.

Gorące dłonie Sokoła puściły moje palce i objęły nadgarstki, jakby bał się, że mogę wstać i uciec.

– Być może – spróbowałam odbić się od słowa, które mi podsunął – raz się już sparzyłam i pamiętam, jak bardzo boli zdrada. Kiedy żywe uczucia rozbijają się o czyjeś codzienne „ludzie chcą i dostają”, tracąc w gruncie rzeczy na wartości. Być może moje wyobrażenie o związku różni się od twojego i nie wystarcza mi życie chwilą, bez nadziei na jutro. Rozumiem to i nie chcę od ciebie wymagać więcej, ale boję się powtórki. Być może nie potrafię przestać myśleć o tym, że po prostu się do mnie przyzwyczaiłeś. Mieszkaliśmy razem, a to zbliża. I być może domyślam się nawet, że to tylko kwestia przypadku i tak naprawdę Artem Sokolski nigdy nie spojrzałby na Fanię Czyżyk, gdybyśmy spotkali się w innych okolicznościach.

– To nieprawda, Anfisa.

– Prawda i sam o tym wiesz. Oboje straciliśmy głowę, Artem. Ja po prostu ocknęłam się pierwsza. Jutro i ty się ockniesz, i wszystko będzie jak dawniej.

– A jeśli nie?

– To „jak dawniej” nastąpi pojutrze. I jeśli tobie wybaczą błąd, to mnie nie. Ja sama sobie nie wybaczę.

Sokół rozłożył moje dłonie, gładząc je palcami.

– Czyli to jest to twoje przeklęte „coś”? Strach przed pójściem naprzód? – zapytał.