SOVABOO

Kruche serce

Ch. 21: Rozdział 12, część 2

Chapter 21

Rozdział 12, część 2

***

Nie od razu rozumiem, co się dzieje. Co się ze mną dzieje.

Wszystko zmienia się w jednej sekundzie, jakby z rzeczywistości opadła zasłona i nagle zaczynam ją słyszeć. Wokół wciąż przechadzają się ludzie, brzmią obce głosy, ale jej głos rozpoznałbym wśród tysięcy, nawet gdyby w tym roju zabrzmiał szeptem.

Śnieżna.

Obracam się, zanim zdążę pojąć, kogo za chwilę ujrzę.

Wchodzi do sali w towarzystwie dwóch dobrze ubranych mężczyzn, idzie z nimi, wskazując dłonią na stoiska z antykami.

Podchodzi do dalszej ściany z obrazami i mówi coś do swoich towarzyszy, podczas gdy oni oglądają wystawione na licytację przedmioty. Uśmiecha się do nich delikatnymi, różowymi ustami… tak znajomymi, że zamieram jak głaz, niezdolny uwierzyć, że naprawdę ją widzę.

Moja miłość z przeszłości. Alicja Śnieżna.

Stoję, patrzę na nią, a rzeczywistość wokół rozmazuje się w nieostre tło, wymazując z perspektywy zbędne detale i odbierając ludziom twarze. Zagłusza wszystkie głosy poza tym jednym, tak bliskim. Śnieżna zawsze mówiła cicho, ale tak, że nie dało się słyszeć innych — więc nie słyszałem.

Kochałem jej głos i kochałem jej śnieżne warkocze.

Już ich nie ma, ścięła włosy i wydaje się jeszcze piękniejsza w nowej fryzurze — długim bobie do ramion.

Ani trochę nie przybrała na wadze, została tak samo smukła, może tylko zniknęła ta dziewczęca chudość, ustępując miejsca kobiecym krągłościom, wciąż tak samo idealnym, jak je zapamiętałem.

Ma na sobie błękitną sukienkę i czółenka na obcasach, wszystko pod kolor oczu. I same oczy są takie same jak dawniej, gdy w nie patrzyłem — wielkie, krystalicznie niebieskie w dymnej oprawie rzęs.

Uśmiecha się do jednego z mężczyzn, coś mu odpowiada, zakładając pasmo włosów za zgrabne ucho, a ja już mam ochotę zabić nieznajomego za to, że gapi się na jej toczony nadgarstek, opięty cienkim paskiem zegarka.

A serce, które przed chwilą zamarło, ożywa w piersi i zaczyna wyć z tęsknoty — natychmiast i boleśnie, tak jak wyło kiedyś, gdy nie mogłem jej odnaleźć.

— Alicja! Alicja Śnieżna?!

Ona mówi dalej, a ja ruszam w jej stronę, spychając ludzi z drogi. Odpowiada mężczyźnie, nie odwracając się na mój głos, ale jej wargi poruszają się już wolniej, a uśmiech drży i pęka.

Bladnie i opuszcza ręce, wciąż patrząc na rozmówcę, gdy podchodzę bliżej i staję przed całą trójką.

— Alicja, czy to naprawdę ty?! — wyrzucam z siebie, radosny i wstrząśnięty, niezdolny do milczenia. — Śniegu… ty?

— Panowie, co jeszcze z kolekcji chcieliby państwo obejrzeć? Może zainteresują państwa zabytkowe zegary kominkowe? Brąz, złocenia, marmur. Wykonano je w Holandii pod koniec dziewiętnastego wieku. Fabryka Güntera Meyera — mówi po angielsku, zwracając się do mężczyzn. — Ocena ekspertów jest najwyższa.

— Tak, byłoby świetnie!

— W takim razie proszę przejść do sąsiedniego stoiska. Tędy.

— Alicja?!

— Proszę zwrócić uwagę, to jeden z najdroższych lotów dzisiejszej aukcji. Perła w kolekcji antykwariusza, choć wyraźnie przygasła.

— Alice, ma pani jakieś problemy? — pyta swoją przewodniczkę wychuchany obcokrajowiec, ważniacko dotykając złotej broszy przy krawacie. Mierzy mnie podejrzliwym wzrokiem, chrząkając z niezadowoleniem w pięść.

— Nie, Stevenie, żadnych problemów. Ten młody człowiek po prostu kogoś pomylił i zaraz sobie pójdzie. Proszę, Davidzie, oto broszura ze szczegółowym opisem przedmiotu. Jest tu dokładnie podany rok produkcji mechanizmu i informacja, do kogo te zegary należały. Wiąże się z nimi bardzo ciekawa historia…

— Akurat! Nigdzie nie idę, Śnieżna. Zapomnij!

Robię krok i chwytam ją za szczupły nadgarstek, bo nic innego nie potrafię zrobić. Jest chłodny, ale pod skórą szaleje puls.

Oczywiście, że mnie poznała, choć nie spieszy się, by spojrzeć mi w twarz. Odpowiada beznamiętnie i głucho:

— Puść, albo wezwę ochronę. Jestem w pracy, przeszkadzasz mi.

Puszczam ją, ale tylko dlatego, że zamiera pod moją ręką, przestając oddychać. Bierze głęboki wdech, odwracając się do jednego z mężczyzn.

— Proszę… panowie, przejdźmy tędy! — prosi nieznajomych, spiesząc się, by ode mnie uciec. — Tu są niemniej interesujące propozycje!

Towarzystwo idzie dalej, a ja idę za nimi, nie zadając sobie pytania, po co mi to. Po prostu czuję przymus podążania za nią.

To prawdziwy cud — zobaczyć Śnieżną po tylu latach, a to niespodziewane spotkanie przyćmiewa wszelkie inne myśli. Po prostu zapominam, gdzie jestem i z kim tu przyszedłem. Sterczę za plecami obcokrajowców, ale Alicja wciąż mnie nie zauważa.

A ja nie zauważam ręki kumpla, która nagle ląduje na moim ramieniu, zmuszając mnie do zatrzymania się.

— Rusłan? Ej, Mardżanow, gdzieś ty wsiąkł?!

— Rusik, wymyśliłeś sobie, że kupisz łyżki stołowe? Ha, ha! Zauważyłam, że stoisz przy tym stoisku od trzech minut. Naprawdę są tego warte?

— Nie, on wymyślił, żeby je dla nas po cichu zwędzić! Tylko cii…

Chmielnicki z dziewczynami dopadają mnie i osaczają, odrywając moją uwagę od Alicji. Ale nie jestem teraz w stanie reagować na durne żarty znajomych adekwatnie do ich nastroju. Pozostaję obojętny.

Muszę iść: trójka przede mną przechodzi do sąsiedniej sali, gdzie stoi trybuna i rzędy białych krzeseł. Gdzie zaczął się już zbierać tłum.

Zdejmuję rękę kumpla z ramienia i odsuwam Siergieja na bok, śledząc Śnieżną wzrokiem.

— Potem, Siwy! Żadnych pytań teraz. Muszę iść! — rzucam mu, jakby to wyjaśniało wszystko.

— Ej!

— Powiedziałem: potem!

Wchodzę do sali i obserwuję Alicję z boku, nie reagując na propozycję prowadzącego aukcję, by zająć miejsce zgodnie z zaproszeniem.

Chrzanić to, nie chcę tracić jej z oczu! I dlaczego ci obcokrajowcy się do niej uśmiechają? Po co dotykają jej rąk? Czy oni nie widzą, że ona tego nie lubi i że jest jej tu duszno?

Pomieszczenie wypełniło się ludźmi, wszystkim jest gorąco, ale Śnieżna wciąż wygląda na bardzo bladą, siedząc na krześle w drugim rzędzie. Nie patrzy na mnie, ale wiem: czuje moją obecność tak samo intensywnie, jak ja jej.

Po prostu nie spuszczam z niej wzroku. 

— Rusłan, co się dzieje? Usiądziesz z nami? — podchodzi do mnie Alinka i wiesza mi się na łokciu. — Wyobraź sobie, Larka wymyśliła, że kupi ojcu papierośnicę! — informuje ze śmiechem, poprawiając ciemne włosy i uśmiechając się zachęcająco. Ewidentnie brakuje jej mojej uwagi i postanawia jeszcze raz spróbować szczęścia. — Jak dla mnie to pospolity drobiazg, choć ze srebra. Kto teraz używa takich rarytasów? Dużo ciekawiej będzie zobaczyć, co kupią tamte grube portfele w pierwszych rzędach i za ile! Chciałabym usłyszeć te kwoty!

Nie interesuje mnie ani jedno, ani drugie. Ani ta dziewczyna. Dlatego moja odpowiedź jest sucha i pełna irytacji.

— Alina, wracaj do przyjaciółki. Nic się nie dzieje. Uznaj, że wspólny wieczór się dla nas skończył. Znajdź sobie kogoś innego do towarzystwa. Jestem zajęty!

— Mówisz poważnie?

— Śmiertelnie.

Nie muszę zdejmować jej ręki z siebie, puszcza mnie sama, cofając się i wściekle zaciskając usta.

— No to spadaj, Mardżanow…

— Po prostu odejdź.

Ale ona zaraz robi krok w tył.

— Rusłan!

Szlag! Oto dlaczego nie znoszę relacji dłuższych niż dwa, trzy spotkania — przez takie niejasne sceny. Kiedy niby nic nie jesteś winien, a czujesz się jak ostatni śmieć. Zwłaszcza gdy musisz przywoływać koleżanki do porządku.

Zrobiłbym to i teraz, gdyby nie moment zupełnie nieodpowiedni na kłótnię i otoczenie.

Biorę dziewczynę za plecy i odprowadzam do dalszego rzędu krzeseł, gdzie siedzą już Siergiej i Larisa. Sam siadam obok Chmielnickiego, nie zamierzając mu niczego wyjaśniać — całe szczęście Siwy zna mnie od dawna i nie zadaje pytań. Siedzę spięty, czując, jak kamienieją mi barki.

Grube portfele z pierwszych rzędów cenią swój czas i najdroższe loty wyprzedają się jako pierwsze. Nie słyszę licytacji ani podawanych kwot. Widzę tylko, jak Śnieżna wstaje i idzie do wyjścia.

Sam natychmiast wstaję i ruszam za nią, nie spiesząc się, by ją dogonić. Chłonę wzrokiem każdy ruch jej ciała, przypominając sobie jej chód, figurę i ten niesamowity kolor włosów… Czując, jak tęsknota gryzie mi duszę przez świadomość, że tak bardzo mi jej brakowało. 

Idzie do garderoby, odbiera torebkę i płaszcz. Narzuciwszy go na siebie, pospiesznie kieruje się do wyjścia. Tu na pewno nie warto robić scen, więc milcząc, odbieram swoją kurtkę. Przyspieszam przy drzwiach wejściowych, by ją dogonić.

— Alicja, stój!

— Odejdź!

Praktycznie wybiega na zewnątrz, znajdując się na placu przed budynkiem. Stoją tu zaparkowane samochody i taksówki. Podnosi rękę, przyciągając uwagę palącego przy aucie taksówkarza.

— Zamawiałam na tę godzinę, możemy jechać!

— Ulica Winogradna 17?

— Tak!

— Proszę bardzo, panienko!

Kierowca zdążył obejść maskę samochodu i otworzyć drzwi, ale pasażerki nie doczekał. Zdecydowanie zatrzaskuję drzwi przed nosem Alicji i chwytam Śnieżną w talii, zatrzymując ją przy sobie.

— Ona nie jedzie.

— A to niby czemu? — gapi się facet, choć całkiem przyjaźnie.

Widział już nie takie rzeczy, a wyszliśmy z budynku razem, więc kto wie, kim dla siebie jesteśmy. Mam zbyt mroczną gębę, by ze mną zadzierać.

— Jedzie ze mną. Trzymaj, szefie!

Wyjmuję z kieszeni portfel i daję taksówkarzowi gruby banknot. Natychmiast zręcznie przejmuje go z moich palców i odchodzi. A ja, nie czekając, aż taksówka odjedzie, biorę Alicję na ręce i niosę do swojej Tesli. Odblokowuję zamki, sadowię ją w środku, zapinam pasem i zatrzaskuję drzwi.

Dopiero potem sam wsiadam do auta.

Zamieram, patrząc przed siebie, do bólu zaciskając palce na kierownicy.

— Oszalałeś — słyszę cichy, wstrząśnięty głos.

Tak znajomy, że gardło natychmiast mi ściska od wspomnień, a jabłko Adama gwałtownie drga.

— Wiem.

— Puść mnie, Mardżanow.

— Nie.

Moja odpowiedź brzmi głucho, ale twardo. Nigdy nie potrafiłem jej puścić. A teraz zmuszam się do powściągliwości, by nie przyciągnąć jej do siebie i nie dać upustu tęsknocie.

Śnieżna. Tutaj, ze mną. Wyciągnij rękę, a można jej dotknąć.

Nie potrafię na nią nie patrzeć i pierwszy odwracam twarz. Ona też unosi głowę i patrzy na mnie. Długo. Milcząc, lustruje każdą rysę mojej twarzy, podczas gdy ja przypominam sobie, jak szafirowo-niebieskie są jej oczy. Nawet teraz, gdy plac przed Expocentrum oświetlają latarnie, a zaraz zapadnie noc.

— Czekają na mnie — mówi w końcu cicho, ale wyraźnie.

— Kto?

— Nie twój interes. Pomyliłeś towarzystwo i dziewczyny, zupełnie jak dawniej. Otwórz drzwi, wyjdę.

Ale to ostatnia rzecz, jaką chcę teraz zrobić. A pierwsza…

Nie potrafię nad tym panować i chwytam jej nadgarstek swoją gorącą dłonią. Wzdryga się, jakby się oparzyła, a jej głos brzmi jeszcze ciszej:

— P-przestań!

— Alicja! — jakie, do cholery, przestań! — Szukałem cię…

Nachylając się, przyciągam ją do siebie i całuję — tak zachłannie, jak tylko potrafię.