Chapter 30
Rozdział 18, część 2
W szpitalu jest mnóstwo ludzi, a zamieszanie wydaje się nie mieć końca. Jedna karetka zmienia drugą, kogoś wiozą na noszach, jakiś facet wrzeszczy, że go otruto i żąda ordynatora, a ja niemal warczę na ratownika w izbie przyjęć, próbując dowiedzieć się, dokąd zabrano Alicję Śnieżną.
Znajduje się na oddziale intensywnej terapii. Stan pacjentki ustabilizowano, ale jak długo to potrwa — młody lekarz, chłopak około trzydziestki — nie potrafi powiedzieć. Nie może mnie też do niej wpuścić, mimo że przedstawiam się jako mąż, ponieważ w tej właśnie chwili pacjentce udzielana jest niezbędna pomoc.
Nie, Alicja nie odzyskała przytomności i wciąż znajduje się w stanie wstrząsu kardiogennego. Lekarz przedstawia możliwą diagnozę prostymi słowami, a jedyne, co rozumiem, to fakt, że może być potrzebna interwencja chirurgiczna. Potrzebne są jednak natychmiastowe badania, ani minuty zwłoki.
I jeszcze to, że w jej sercu coś się oderwało… Albo może się oderwać. Patrzę na chłopaka w stroju medycznym i głuchnę na te ostatnie słowa.
— Nie! Nie możecie na to pozwolić!
— Proszę się uspokoić i usiąść, Rusłanie. Robimy wszystko, co w naszej mocy!
— Kto będzie ją operował?
— Nie powiedziałem jeszcze na pewno, że operacja się odbędzie.
— Ale ona potrzebuje operacji, wiem to na pewno! Przechodziła niezbędne badania w klinice i przygotowywała się do niej, a potem… Nieważne! Przekażcie waszym lekarzom, niech znajdą informacje! Musicie mieć jakąś łączność z innymi szpitalami! Wymianę plików, w końcu?! Powiedzcie im, że Alicja potrzebuje pomocy!.. — wbijam palce w przedramiona lekarza. — Albo sam im to powiem!
Udaje mu się mnie powstrzymać, choć przychodzi mu to z trudem, i spojrzeć mi w twarz.
— Niestety, nie mamy takiej możliwości. Wszystkie informacje o pacjentach w każdej placówce medycznej są chronione prawem i etyką lekarską. Możemy je uzyskać tylko za zgodą chorego lub jego krewnych. Proszę czekać na decyzję lekarzy. W tej chwili jest pan bezsilny.
— Kto będzie ją operował, jeśli zapadnie taka decyzja?
— Chirurdzy z naszego oddziału.
— Nie! Chcę, żeby moją żonę operował profesor Szybujew! Możecie się z nim skontaktować?!
Chłopak jest poważny i opanowany, ale nawet w takim momencie nie powstrzymuje się od suchego parsknięcia.
— Może jeszcze gwiazdkę z nieba by pan chciał, szanowny panie? Przykro mi, ale to niemożliwe!.. Muszę iść. Proszę tu czekać.
Czekać?!
Do diabła z tym! Siedząc tutaj, można tylko rwać sobie włosy z głowy albo skomleć z rozpaczy!
Gwałtownie wychodzę z oddziału na korytarz, wyciągam telefon i wybieram numer Szybujewa-młodszego.
Andrzej odbiera natychmiast, ale ja nie witam się z przyjacielem. Nie czas na to.
— Andrzej, Alicja jest w szpitalu — wyrzucam z siebie gwałtownie. — Zabrało ją pogotowie. Potrzebuję twojego ojca. Natychmiast! Na litość boską, powiedz, że jest w domu!
Szybujew odpowiada skonsternowany i nieco zmieszany:
— Rusłan, on właśnie przyjechał. Minuta, jak wszedł do domu…
Ale czy błagający kiedykolwiek słyszeli odmowę? Nigdy. I ja praktycznie żądam:
— Andrzej, proszę, daj telefon swojemu ojcu!
Profesor sam odbiera komórkę z ręki syna, co poznaję po jego krótkim i basowym:
— Słucham, Rusłan. Mów!
Chcę krzyczeć i prosić. Jestem gotów błagać, jeśli trzeba, i przekonywać bez końca… Ale gdy tylko słyszę głos człowieka, który naprawdę jest w stanie pomóc Śnieżnej, cała determinacja znika, a ja wypowiadam bezsilnie, czując, jak gardło dławi strach przed odmową i fałszywą nadzieją.
— Pawle Pawłowiczu… Alicja jest teraz na reanimacji. Nastąpiło zatrzymanie akcji serca… Niech jej pan pomoże, błagam… Oni nie potrafią tak jak pan… Oni nie wiedzą… Proszę!.. Jeśli ona umrze, ja też nie chcę żyć!
— Co powiedzieli lekarze?
Powtarzam wszystko, co udało mi się zapamiętać, a sekunda ciszy, która następuje po mojej odpowiedzi, wydaje mi się wiecznością. Nie wytrzymując, krzyczę do telefonu:
— Pawle Pawłowiczu, oddam panu wszystko! Chce pan nerkę? Mam obie zdrowe! Niech pan bierze prawą albo lewą, wszystko mi jedno! Albo niech mi pan wytnie coś innego! Tylko niech pan ratuje Alicję… Proszę!
— Głupiec. Gdzie ona jest?
Podaję adres szpitala, w którym się znajduję, a profesor Szybujew, nie żegnając się, rozłącza się. Gdy stoję minutę lub dwie, patrząc ślepo przed siebie, nagle oddzwania.
— Rusłan?
— Tak. Słucham!
— Twoje szczęście, że moja taksówka nie odjechała, a ja zdążyłem zapoznać się z historią choroby dziewczyny. Dałem rozkaz mojemu zespołowi, żeby przygotowali salę operacyjną i zadzwoniłem na pogotowie. Zaraz chłopaki z reanimacji przewiozą twoją Alicję do mojej kliniki. Nie plącz im się pod nogami i nie histeryzuj, w jakimkolwiek stanie by nie była. Słyszysz mnie?
— Tak.
— Dopóki cię nie zawołam, nie chcę cię widzieć. Ale bądź tam — Andrzej powie ci, dokąd jechać.
— Dziękuję, Pawle Pawłowiczu…
— Za wcześnie na podziękowania. Mnie prosiłeś, a teraz proś Wyżej — ale tak samo, z całego serca! Ja jestem tylko człowiekiem.
— Będę!
— No, ruszaj się, sprawa jest poważna, chłopcze. Pomoc mi nie zaszkodzi…
***
Alicję wywożą wcześniej, niż przyjeżdża Andrzej, a mnie kosztuje to ogromny wysiłek, by nie rzucić się do noszy, którym towarzyszą lekarze, i pozwolić im umieścić ją w karetce. Dostrzegam kroplówkę na szczupłej ręce i masę jakichś czujników i przewodów. I białą twarz Śnieżnej — nieruchomą i piękną, jakby sama była śniegiem. Jak bardzo chciałbym zobaczyć teraz na niej jej otwarte oczy — jaskrawoniebieskie w świetle tych wszystkich lamp. Usłyszeć jej głos, spotkać się z nią wzrokiem i zabrać ją tym wszystkim ludziom.
Dlaczego, no dlaczego nie jestem Bogiem? Co mam Mu obiecać, żeby ją uratował?
— Myślisz, że On czegoś od ciebie potrzebuje? — podchodzi do mnie Andrzej i siada obok. Kładzie kurtkę na długiej kanapie. — Mylisz się.
Odrywam ręce od głowy i patrzę na niego.
— Zacząłem mówić na głos?
— Uhu. Ale nie ty pierwszy, Mardżanow. Ludzie zawsze mówią na głos, kiedy zostają sami w pustym pokoju. Wszyscy potrzebują ręki, która wskaże wyjście i wyprowadzi ich z zamkniętej przestrzeni. Pod tym względem wszyscy jesteśmy do siebie podobni, dlatego jesteśmy równi przed Bogiem. To proste. — Andrzej ciężko wydycha powietrze. — Choć nie tacy sami.
— Na czym więc polega różnica?
— W sensie istnienia. W celach, w miłości, w szukaniu wyjścia. Ten pokój nie ma granic ani czasu trwania. Ale są przeszkody, rozumiesz? Można błąkać się w nim wiecznie i zostać zapomnianym, a można złapać Boga za brodę, jeśli się poszczęści i On usłyszy. Dlatego tak ważne jest, by mówić.
— Cholerny filozof! — rzucam na przyjaciela, ale bez złości. — Zamknij się, Andriuha, bo jeszcze uwierzę.
— A ja tam co — Andrzej unosi brew. — Tak sobie tylko głośno myślę. Sugeruję, że nie musisz się mnie wstydzić. Słyszałbyś, jakie ciekawe rozmowy toczyły się u nas w kuchni przy stole, kiedy dorastałem. Na przykład o sile energii mentalnej. Albo o pamięci krwi. W dzieciństwie myślałem, że moi rodzice to kosmici.
— A potem dorosłeś i zrozumiałeś, że tak właśnie jest? — domyślam się, a Andrzej uśmiecha się gorzko.
— Coś w tym stylu. Robaczki z duszą, jak mawia ojciec. Pył zdolny rzucić cień na Drogę Mleczną.
Przesuwam dłonią po twarzy, mrugam gwałtownie i wstaję. Patrzę w jasny korytarz, którym przed chwilą wywieziono Alicję i gdzie wciąż krząta się personel medyczny.
— Szybujew, muszę iść — mówię, spiesząc się, by podnieść swoje rzeczy. — Pokaż mi, dokąd jechać.
Andrzej też wstaje. Bierze kurtkę i idziemy razem. Wychodzimy najpierw z oddziału, potem z budynku szpitala i podchodzimy do mojego samochodu.
— Jadę z tobą — rzuca Andrzej i wsiada do Tesli. Zapina pas, dyktując adres do nawigacji.
Jednak gdy wyjeżdżamy na drogę i samochód zaczyna nabierać prędkości, a moje palce nerwowo zaciskają się na kierownicy, on wydaje polecenie, wskazując ręką w bok:
— Zjedź na stację, Rusłan. Natychmiast! Zjeżdżaj!
Machinalnie skręcam, ale hamuję gwałtownie, wjeżdżając na parking stacji benzynowej z poślizgiem. Szybujew wysiada z auta, a ja nie mam innego wyjścia, jak zrobić to samo.
— Andrzej, co do diabła?! — warczę na przyjaciela, trzaskając drzwiami. — Muszę być w szpitalu u Alicji! Ona tam jest sama! Co my tu robimy?
Andrzej ze spokojem zaciska usta i patrzy mi prosto w oczy.
— Mardżanow, musisz zrobić pauzę — wypala nagle. — Wypić kawę, zjeść coś. Rozdrapałeś już sobie całą skórę na rękach do krwi i pogryzłeś wargi. Albo mogę ci wbić coś uspokajającego. To ostatnie w ostateczności, ale mam przy sobie.
Nie wierzę w to, co słyszę.
— Żartujesz?
Kręci przecząco głową, podchodząc bliżej.
— Rusłan, mówię poważnie. Masz wszystkie objawy silnego stresu i bliskiej utraty kontroli nad sytuacją. Trzęsiesz się i prawdopodobnie masz gorączkę — w takim stanie jeszcze gdzieś przywalisz, do jasnej cholery! Komu będzie lepiej, Alicji?
— Nie jestem w stresie! Coś ty sobie ubzdurał? Czuję się świetnie!
Odwracam się i wracam do samochodu, by usiąść za kierownicą, ale Andrzej mnie powstrzymuje:
— Rusłan!
Muszę obrócić się do przyjaciela i zrzucić jego rękę.
— Wiem, Szybujew, że nie powinienem niepokoić twojego ojca. I nie zamierzam! Po prostu przyjadę i poczekam na korytarzu. Obiecałem Aneczce, że nie zostawię Alicji samej. Muszę przy niej być!
— Alicja nie jest sama, jest z zespołem lekarzy. Chciałeś profesora Szybujewa, to go masz. Teraz zespół operacyjny wraca do pracy, a to są pierwszorzędni specjaliści — lepszych nie znajdziesz. Znam swojego ojca, zrobi wszystko, co w jego mocy, a potem spróbuje zrobić to, co niemożliwe. Ale oni wszyscy są ludźmi, którzy muszą przygotować salę i postać na nogach połowę nocy. Oszczędź im wiedzy, że siedzisz pod drzwiami i rozdzierasz się na kawałki!
— Rusłan… — Andrzej znów podchodzi bliżej i obejmuje mnie za ramiona. — Spróbujmy od filiżanki kawy i hot-doga. Potem porozmawiamy i pojedziemy. Tutaj na pewno nikt nas nie widzi.
Nie wiem, dlaczego właśnie to objęcie przyjaciela sprawia, że grunt usuwa mi się spod nóg. Albo jego spokojny głos. Ale strach o Alicję zabija i nie mam już siły go znosić.
Ani znosić samego siebie.
— Cholera, Szybujew! — gwałtownie odpycham przyjaciela. — Idź w diabły! Co ty wiesz o tym, co czuję?! Jak bardzo jestem winny?! Kocham ją całe życie. Powinienem był jej pomóc wcześniej! A zamiast tego pieprzyłem się z innymi przez cały ten czas, kiedy Aliska sama wychowywała naszą córkę. Nienawidzę siebie i jestem gotów wyrwać z siebie dowolny kawałek! To ja powinienem tam być i to wszystko znosić! Ja, a nie ona… nie ona.
Andrzej ma długie ręce i jego dłoń znów sięga mojej szyi. Chcę mu przywalić w mordę, a najlepiej samemu dostać. Ale Andrzej, draniu, wie jak uderzyć bez pięści i dobija mnie jednym zdaniem:
— Trzeba będzie zadzwonić do rodziców Alicji. Znasz ich numer?.. Na pewno oni też jej szukają.
Zamiast odpowiedzi wydycham głośno powietrze i nerwowo obgryzam wargi. Opuszczając ramiona, zaciskam szczękę.
— Nie.
— Dobra. Chodź, Mardżanow, pomyślimy, co robić. Chryste, nienawidzę tego!..