Rozdział 3, część 1
– Jeśli nie będę się podkradał, Śniegu – odzywa się Rusłan – to nigdy mnie do siebie nie dopuścisz. A ja chcę podejść blisko. Widzisz, nie mam wyboru.
Nie powinnam się odwracać ani denerwować, muszę zachować spokój. Ale przy tym chłopaku zawsze miota mną sztorm emocji.
– Dlaczego… dlaczego ty zawsze dobierasz niewłaściwe słowa, Mardżanow? – wzdycham głucho, z serca. – Oczywiście, że nie! Mam przecież…
Jego twarz wykrzywia się w grymasie. Poznaję to po zmienionym tonie głosu.
– … Kretyna, który zostawił cię głodną! Wszystko słyszałem z pokoju Romki. Ten twój Rybacki to idiota! I wcale go nie znasz!
Zastygam z napiętymi plecami. Tych dwóch wczorajszych wyrostków – mój brat i jego najlepszy kumpel – za dużo sobie pozwala! Otwierając szafkę z apteczką, kontynuuję poszukiwania leku.
– A wy z Romką niby w czym jesteście lepsi? – odpowiadam chłodno. – Jestem dziś potwornie zmęczona i nie skończyłam pracy. Nie wiem jeszcze, o której pójdę spać, a muszę gotować, żeby po prostu zjeść, bo obaj zostawiliście pustą lodówkę i nie pomyśleliście, że nie jesteście tu sami.
– To może ci pomóc, Alicja? Mogę to zrobić.
Znajduję buteleczkę panthenolu i wstrząsam nią. Potem wracam do chłopaka. Zdjął ściereczkę, rzucając ją wraz z koszulką na krzesło. Podchodząc bliżej, wbijam wzrok w jego nagi, twardy brzuch, na którym zdecydowanie za nisko siedzą czarne dżinsy.
Materiał przy pasku nasiąkł wodą, a skóra zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Tak naprawdę powinnam położyć Rusłana, by opatrzyć oparzenie w pozycji leżącej. Ale na coś takiego nigdy się nie odważę, wiedząc, że on nie będzie milczał, a moje serce zacznie bić zbyt szybko od jego bezczelnych żarcików.
W ogóle nie mam pojęcia, jak go dotknąć.
Zapewne wahanie maluje się na mojej twarzy, bo gdy sprawdzam, czy spray działa i podnoszę wzrok na chłopaka, on przecząco kręci głową, jakby domyślił się moich myśli.
– O nie, Śniegu! Ja nie umiem – ostrzega zmieszany. – To białe świństwo na pewno skapnie mi na spodnie, a matka będzie w szoku przez moją „rozwiązłość”. I tak nie ma o mnie najlepszego zdania, więc „tego” do ręki nie wezmę!
– A czy ktokolwiek myśli o tobie dobrze, Mardżanow?
Unosi brew, jakby się zastanawiał. Ale tak mu wszystko jedno, że potrafię przewidzieć odpowiedź.
– Mam to gdzieś.
– Dobra – poddaję się. Nie mogę zostawić go bez pomocy, skoro to ja jestem przyczyną oparzenia. – Pomogę ci, tylko stój spokojnie.