SOVABOO

Na przełomie Szkarłatnego

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Chapter 2/24 · Page 4 of 57%

– A ty co, Sawin, zakochałeś się? – dziewczynka prychnęła, zdziwiona, że chłopak po raz pierwszy się do niej odezwał. Z zainteresowaniem spojrzała w niebieskie oczy nowego, które ten natychmiast zawstydzony przysłonił ciemnymi rzęsami. – Ona jest nienormalna. Wszyscy wiedzą, że lepiej się z nią nie zadawać.

– Po prostu mnie ciekawi, mieszkamy w jednym domu.

– A-a, – kolor oczu Ignata spodobał się Weronice i postanowiła jednak odpowiedzieć: – Bo w trzeciej klasie w wypracowaniu na temat: „Kim chcesz zostać, kiedy dorośniesz”, napisała, że chce zostać ptakiem. Mewą. I odlecieć nad morze. No czy to nie głupota?

Marszawina zachichotała, Sawin zmarszczył brwi, a Saszka, zobaczywszy, jak dziewczynka i chłopak z drugiej ławki pochylili ku sobie głowy, pomyślała: „No i niech!”

 

Nie pozwoliła mu, ale on i tak szedł za nią do domu. I rano wlókł się do szkoły. Na lekcji języka obcego znów usiadł obok, wytrzymawszy posępne spojrzenie dziewczynki, i nie wiadomo po co powiedział nauczycielce, że to nie Saszka, ale on zostawił podręcznik w domu. A po przyznaniu się bez problemu oddał anglistce dzienniczek do uwagi i ani trochę się nie zmartwił, kiedy zobaczył w nim czerwony wpis i zamaszysty podpis.

– Więcej tak nie rób, Puchu. Przecież dostanie ci się od rodziców, – niezadowolona Saszka burknęła. Ale na następnej lekcji angielskiego chłopak z ostatniej ławki jako jedyny ze wszystkich uczniów w klasie napisał kartkówkę na piątkę, i nauczycielka znów poprosiła o dzienniczek, tym razem już po to, by wpisać do niego najwyższą ocenę.

Tym razem Saszka się nie spieszyła, i do domu z Ignatem wlekli się prawie godzinę. Jeszcze nie razem, ale już nie osobno.

– Dziękuję, Ala, że pomogłaś.

– Nic trudnego. To przecież banał!

– Dla mnie trudne. Sam za nic bym sobie nie poradził.

– Dzięki, że przyniosłeś blok, – odpowiedziała Saszka z tygodniowym opóźnieniem, ale Ignat zrozumiał i odezwał się, otwierając dziewczynce drzwi do klatki.

– Proszę.

– I za pocztówkę dzięki.

 

Ku zdumieniu Saszki w bloku była pocztówka. Nic szczególnego — miasto z fantastycznymi drapaczami chmur, latającymi platformami-ogrodami i powietrznymi tunelami, oświetlone słońcem — Melbourne przyszłości, przeczytała na odwrocie, ale tamtego dnia dziewczynka naniosła na ścianę własnego pokoju pierwszą grafitową kreskę i pomyślała o kolorowych kredkach.

 

„Jeśli to bajka, niech stanie się bliższa, – postanowiła Saszka, – nawet jeśli nigdy się nie spełni”.

– Po prostu… po prostu innej nie miałem, – przyznał Ignat i jak zawsze uroczo się speszył. Nagle przypomniał sobie, jak zachciało mu się coś podarować Saszce. Ostatnio nie mógł myśleć o nikim i o niczym poza swoją młodą sąsiadką. Nawet o muzyce. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło. Za każdym razem, kiedy patrzył na dziewczynkę, wydawała mu się jeszcze piękniejsza i jeszcze bardziej potrzebna. Chciał nawet opowiedzieć mamie o swoich dziwnych uczuciach, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. A jeśli Saszka jej się nie spodoba? Ta myśl z jakiegoś powodu wydała się chłopcu strasznie niedopuszczalna.

– Mój tata kiedyś był w Australii i kupił tę pocztówkę na lotnisku, – przyznał Ignat. – Chce, żebym, kiedy dorosnę, został inżynierem i budował miasta. Spodobała ci się?

Saszka nic nie odpowiedziała, tylko skinęła głową i odeszła. Lekko wbiegła po schodach, obejrzawszy się zostawiła chłopca z uśmiechem, patrzącego za nią.

 

A kilka dni później na lekcji WF-u Ignat upadł i niespodziewanie zachorował.

Nie było go z dziesięć dni, Saszce zaczęło się już wydawać, że niebieskooki chłopak jej się przyśnił i w rzeczywistości uczeń imieniem Ignat Sawin nigdy nie przyszedł do ich klasy. Nie siedział z nią w jednej ławce na angielskim, nie dzielił się podręcznikiem i nie uśmiechał się nieśmiało, kiedy na niego zerkała. Saszka stała się jeszcze bardziej milcząca niż wcześniej i przestała zauważać nawet Czwyriewa z jego głupimi żartami. A wieczorami, kiedy ojciec odsyłał ją do pokoju i zabawiał się z Ksiuchą oraz znajomymi, dziewczynka włączała lampkę na biurku i rysowała. Saszka miała doskonałą pamięć i wyobraźnię. W głębi jej duszy żył cały świat, pełen barw i żywych stworzeń. Do tego świata wracała, kiedy zostawała sama, a bohaterowie z książek wychodzili na papierze jak żywi. I nieważne, że tanie kolorowe kredki łamały się i tępiły, gwasz wysychał i pękał, a na drogą akwarelę i pędzle nie było pieniędzy… Saszce wystarczała kartka, temperówka i zwykły ołówek.

– Sasza Szewcowa! Zostań, proszę! Podejdź do mnie!

Tamara Michajłowna pogratulowała wszystkim nadchodzącego Nowego Roku, odczytała oceny za okres, przeprowadziła z dziećmi rozmowę o bezpieczeństwie i wypuściła klasę na ferie. Wstając zza biurka, przywołała dziewczynkę.

– Sasza, będę miała do ciebie niewielką prośbę. A właściwie zadanie.

– Tak, Tamaro Michajłowno.

– Wy przecież z Ignatem Sawinem jesteście sąsiadami i mieszkacie w jednym domu? Ty masz mieszkanie trzynaste, a Sawinowie dwunaste, zgadza się?

– T-tak, – niepewnie odpowiedziała Saszka.

– Chcę, żebyś odwiedziła Ignata, dowiedziała się, jak się czuje, i przekazała mu od klasy prezent noworoczny. Tak będzie właściwie. Proszę, powiedz mu, niech wraca do zdrowia, i przekaż, że czekamy na niego po feriach. Wszystko zrozumiałaś?

Saszka podniosła na nauczycielkę szeroko otwarte spojrzenie i niespodziewanie się cofnęła.

– Nie mogę. – Ten pomysł zupełnie jej się nie spodobał.

– Sasza?

– Tamaro Michajłowno, proszę, nie! – błagalnie powiedziała dziewczynka. – A jeśli rodzice będą w domu? Co im powiem? Przecież wcale mnie nie znają!

Saszka wyobraziła sobie, jak dzwoni do drzwi dwunastego mieszkania, a na jej dzwonek wychodzi mama Ignata — niewysoka ciemnowłosa kobieta, w drogim krótkim kożuszku i na obcasach — taką dziewczynka ją zapamiętała, i naprawdę się zaniepokoiła.

– Sasza, daj spokój. Tym lepiej, jeśli będą! Poznasz ich i po prostu przekażesz prezent. Wszystko! Aż dziwne, że tak się przejmujesz.

Ale Saszka uparcie pokręciła głową, a Tamara Michajłowna z żalem wypuściła powietrze. W tym ostatnim dniu nauki w tym okresie bardzo chciała zamknąć wszystkie problemy i pójść na święta z lekkim sercem.

– Dobrze, Sasza, – ze stukiem odłożyła długopis na biurko. – Możliwe, że masz rację i będzie lepiej, jeśli sama zajrzę do Sawinów. Przy okazji wpadnę na minutkę do was, poznam się z twoim ojcem. Najwyższy czas. Minęły trzy zebrania z rodzicami, a my wciąż się nie spotkaliśmy.

Saszce zaparło dech.

– On pracuje, nie mógł przyjść, – zaniepokoiła się dziewczynka. – I ja… ja nie wiem dokładnie, o której tata będzie w domu. Mówił mi, że teraz jest bardzo, bardzo zajęty! Ani odrobiny wolnego czasu!

Wyobrażenie sobie Tamary Michajłowny w ich mieszkaniu, przy jednym stole z Ksiuchą i ojcem, okazało się jeszcze trudniejsze niż wyobrażenie sobie siebie przed drzwiami mieszkania Sawinów.

– Nic nie może być ważniejsze od własnego dziecka, – znacząco i z lekką naganą zauważyła nauczycielka, a Saszka zaczęła kiwać głową:

– Dobrze, Tamaro Michajłowno! Jeszcze dziś zajdę do Ignata i wszystko przekażę! I tacie przekażę! Wszystko przekażę!

– Naprawdę?

– Tak! – potwierdziła Saszka, zabrała prezent i uciekła z oczu nauczycielce tak szybko, jak tylko mogła.

Chapter 2 / 24 · Page 4 of 5