Rozdział 1
W naszym życiu z mamą nie było zbyt wiele pieniędzy na płatne subskrypcje kanałów telewizyjnych, zwłaszcza gdy mieszkałyśmy w motelach, więc najczęściej oglądałyśmy darmową telewizję, a tam często puszczali stare filmy.
Zato zawsze, gdy nadarzała się okazja, chodziłyśmy z Adeli do kina. Stroiłyśmy się tak, jak nam się podobało, siadałyśmy w środkowym rzędzie, piłyśmy colę i jadłyśmy popcorn. Uwielbiałam te wieczory! Na mamę zawsze wszyscy patrzyli, a ona nikogo nie zauważała – byłyśmy tylko we dwie!
Nagle poczułam zakłopotanie. Westchnąwszy, założyłam plecak na drugie ramię i zerknęłam w stronę centrum handlowego.
— Muszę iść do sklepu, kupić kartkę dla pewnej dziewczyny. Są tam kartki?
Alex patrzył na mnie z zaciekawieniem.
— Jeśli pytasz o księgarnię Johnsonów, to mają tam wszystko – nawet plastry rozgrzewające i kostiumy na Halloween! Kupuję u nich komiksy. Moje ulubione to „Niezwyciężony” i „Czarny Młot”, o tajemniczym mieście Rockwood. Czytasz komiksy, Leno? Są czadowe!
Pokręciłam głową:
— Nie, nie czytam.
— A ja uwielbiam, choć mój brat ich nie cierpi. Mówi, że są dla głupków. Tak samo jak karuzele w wesołym miasteczku i groszek konserwowy. Głupsze od tego jest tylko śpiewanie psalmów w kościele, tak jak śpiewa Gregory Butler. Ale co Greg ma robić, skoro jego ojciec jest pastorem? — Alex westchnął smutno. — Moim zdaniem nie ma wyboru.
Aż sapnęłam.
— Czy on naprawdę jest takim chamem? Twój brat?
— Uff! — Alex uśmiechnął się i przewrócił oczami, co od razu wszystko wyjaśniło. — On jest moim mrocznym alter ego! Ciemną stroną księżyca, na którą lepiej nie zaglądać. Jest tym, który na Halloween zawsze wybiera najstraszniejszy kostium, a od dobrego czarodzieja woli towarzystwo Voldemorta. I to wcale nie moje słowa, Leno, tylko jego, choć ja się z Carterem nie zgadzam!
Nie wiedziałam, co to znaczy „alter ego”, ale wstydziłam się zapytać. Chłopak był starszy i zachowywał się pewnie.
— No, idziemy? — Alex zostawił rower w trawie przy dębie i odwrócił się do mnie. — Odprowadzę cię do sklepu Johnsonów. Jeśli dzisiaj za ladą będzie stała Ruth, nie opędzisz się od niej. Ta dama ma dar rozwiązywania ludziom języków. Rozgadałaby nawet nieboszczyka! Zanim się obejrzysz, wyjawisz jej wszystkie swoje sekrety, a do wieczora będzie o nich wiedzieć cała okolica! Nie sądzę, żeby tobie i twojej mamie było to potrzebne.
— Nie, niepotrzebne! — zgodziłam się i wskazałam ręką na rower: — I co? Zostawisz go tak po prostu?
— Jasne. Tutaj wszyscy wiedzą, że jest mój. Nie martw się, chodźmy!
Alex okazał się miłym rozmówcą. Potrafił żartować, ciekawie opowiadał o Sandfield Rock i już po pięciu minutach oboje się uśmiechaliśmy, idąc w dół ulicy. Gdy podeszliśmy do księgarni, zatrzymał mnie przed wejściem, biorąc za rękę, i poprosił:
— Leno, a teraz nadmij policzki i choćby nie wiem co – milcz!! Wybierzesz kartkę i pokażesz na nią palcem – zrozumiałaś? Wiem, jak z tą damą rozmawiać!
— Tak! — w rzeczywistości nic nie zrozumiałam, ale zachichotałam wesoło do nowego przyjaciela i posłusznie nabrałam powietrza w usta.
Wewnątrz sklepu pachniało aromatyczną syntetyczną choinką. Powitał nas dzwonek u drzwi, przytulna cisza sali i taka różnorodność towarów, że z wrażenia niemal otworzyłam usta!
Ale znacznie bardziej niż książki i pamiątki, uderzyły mnie indiańskie maski i pióropusze – roachy wykonane ze szczeciny i długich piór, powieszone pod sufitem. No nieźle! Od razu zadarłam głowę, oglądając je.
— Ojej, Alex! Cześć! Co u ciebie? Dawno nas nie odwiedzałeś w poszukiwaniu nowości!
— Dzień dobry, pani Johnson! U mnie świetnie! Tak, minęły już dwa tygodnie!
Kasa i główna lada znajdowały się po lewej stronie od wejścia i nie od razu zauważyłam młodą, tęgawą kobietę o ciemnej skórze, z krótką fryzurą i dużymi kolczykami w uszach. Piła kawę i kartkowała czasopismo, ale widząc nas, odłożyła je na bok i zmrużyła oczy.
— A kogo to dzisiaj ze sobą przyprowadziłeś? Młodą nieznajomą? No, no, panie Wright, czyżbyś sprawił sobie dziewczynę? Czy to nie za wcześnie, kowboju? — wysoka i barczysta Ruth Johnson zaśmiała się tubalnym basem, zadowolona z własnego żartu.
— Nie, to moja sąsiadka – Lena Holt. Córka pana Marka Holta. Jest nowa w mieście i postanowiłem odprowadzić ją do sklepu — odpowiedział chętnie Alex i sam zmrużył oko, uśmiechając się do kobiety: — Ale na pewno już pani o niej słyszała? Czyż nie, proszę pani?
Oczywiście Ruth słyszała. Na dźwięk mojego nazwiska cała zamieniła się w słuch i szeroko otworzyła oczy. Kiedy rok po roku stoisz w sklepie za wąską ladą, znając z twarzy niemal wszystkich mieszkańców miasta, nie masz zbyt wielu rozrywek, by przepuścić taką okazję.
Stałam za ramieniem Aleksa i milczałam, tak jak prosił. Ciemnoskóra dama pochyliła się do przodu i wyciągnęła do mnie rękę.
— Ooo! Witaj w Sandfield Rock, maleńka! Miło mi cię poznać!
Postąpiłam krok do przodu i uścisnęłam dłoń. Zamruczałam entuzjastycznie: „Mnie też!”, ale z zamkniętymi ustami wyszło to dziwnie, więc pani Johnson wyciągnęła szyję.
— Święty Patryku! Alex, czy ona w ogóle nie mówi? Biedactwo! — zmartwiła się Ruth, z przejęciem przyciskając dłoń do obfitego biustu, na którym wisiał sznur koralików z wisiorkiem w kształcie włochatego pędzelka zdobionego kolorowymi paciorkami. — Jaka szkoda! — jęknęła. — A właśnie miałam zapytać, co u jej mamy i przekazać Adeli pozdrowienia! Dobrze ją pamiętam, chodziłyśmy razem do liceum. Taka była z niej ślicznotka! Co prawda trochę skryta, ale przy jej staruszku Charliem to nic dziwnego!
Szczerze mówiąc, mama wciąż była bardzo piękną kobietą, zwłaszcza w nowych sukienkach, które kupił jej tata, ale uczono mnie, że kłócenie się z dorosłymi jest niegrzeczne, a z zamkniętymi ustami dodatkowo niemożliwe, więc poczułam się nieco zagubiona. Także dlatego, że o mamusinym „staruszku Charliem” nigdy nie słyszałam.
— Ależ skąd, proszę pani! Mówi, i to jak! — zapewnił właścicielkę sklepu Alex. — Gada tak, że wszystkim uszy więdną! Kiedy tu szliśmy, nie dawała mi dojść do słowa!
— Doprawdy? To co się stało teraz?
— No bo ten... trzmiel jej wpadł do buzi! — wypalił Alex i pokazał kobiecie połowę małego palca. — O taki, wielkości ćwierćdolarówki! Złapała go, a boi się wypuścić! Słyszałaby pani, pani Johnson, jak on bzyczał! Jak jakieś potworne stworzenie pożerające przestrzeń!
— O mój Boże, dziecko! — zaniepokoiła się Ruth i zastukała dłonią w blat. — Natychmiast wypluj to świństwo! Słyszysz, już teraz!
W niebieskich oczach Aleksa tańczyły iskierki rozbawienia, które udzieliło się i mnie, więc zdecydowanie pokręciłam głową. Że niby za nic!
— No widzi pani! — wzruszył ramionami chłopak. — Nie wypluje.
— Ale dlaczego?!
— Interesy, proszę pani. Mam trzy nadmiarowe dolary, a Lena potrzebuje kartki. Założyliśmy się, że jeśli utrzyma trzmiela w buzi, dopóki nie wrócimy do domu – pieniądze są jej!
— Och, Alex! — pokręciła głową kobieta. — Ale z ciebie fantasta! Wydaje mi się, że to niezbyt dobry pomysł.
— Ależ skąd, proszę pani! Pomysł jest świetny! Niech pani tylko sobie wyobrazi, ilu ciekawych rzeczy nie zdoła mi teraz opowiedzieć! Skąd przyjechała i jak żyła. Przecież to niezbyt grzecznie wypytywać o prywatne sprawy mało znaną osobę, prawda? Nawet jeśli strasznie się chce!
— E-ee, myślę, że tak.