SOVABOO

Odłamki Ciebie

Ch. 7: Rozdział 7

Rozdział 7

Chapter 7/54 · Page 2 of 312%

— Po pierwsze — może pan udać się do okulisty. Po drugie — zmienić mój przedmiot na inny, bardziej panu odpowiadający. Oczywiście teraz, zważywszy na zamknięte listy i rozpoczęty semestr, nie będzie to łatwe, ale myślę, że dyrekcja szkoły wyjdzie panu naprzeciw. I trzecia opcja — złożyć na mnie skargę. Przyznam, że ten ostatni wariant darzę najmniejszym szacunkiem, ale z ogromną chęcią przedyskutuję pana zażalenie u dyrektora w pana towarzystwie. Zatem?

Nie widzę tego, ale domyślam się, jak zaciskają się szczęki Cartera.

— Proszę kontynuować lekcję, miss Edwards!

— Dziękuję, mister Wright…

Przez całą lekcję siedzę ledwo żywa, czując, jak płonie mi kark. Nigdy jeszcze nie byliśmy tak blisko siebie z bratem Alexa — gdyby tylko zechciał wyciągnąć rękę i mnie dotknąć, zrobiłby to bez problemu, więc nie sposób ignorować jego bliskości.

Zeszyt w końcu podniosłam, ale o czym była mowa na lekcji i co w nim zapisałam — zupełnie nie zapamiętałam.

Gdy rozbrzmiewa dzwonek i nadchodzi czas wyjścia, nauczycielka nas zatrzymuje.

— Do widzenia wszystkim! Holt, Wright… a wy dwoje zostajecie!

Miss Edwards wstaje z krzesła i podnosi z biurka dzienniki. Czeka, aż wszyscy uczniowie wyjdą z klasy na korytarz, po czym kładzie je na przedramieniu, zamierzając również opuścić gabinet.

Stoimy z Carterem w przejściu między rzędami — zdążył mnie wyminąć i teraz sterczę za jego ramieniem, bojąc się odetchnąć. Kobieta patrzy na nas z zaciekawieniem, przenosząc wzrok z jednego na drugiego.

— Holt, Wright — powtarza raz jeszcze, patrząc surowo zza okularów. — Ponieważ dzisiaj oboje zabraliście mój czas, a lekcja prawa była waszym ostatnim zajęciem w planie, uważam za sprawiedliwe zatrzymać was w klasie przez, powiedzmy… — unosi rękę i zerka na zegarek. — Trzydzieści minut! Chcę zobaczyć na piśmie krótkie podsumowanie dzisiejszego wykładu. A także, jako dodatek do wniosków, nowy temat na lekcję. Obiecuję rozważyć wasze propozycje. Czy wszystko jasne?

Przygryzam wargę i mocniej ściskam plecak, a Carter wyraźnie i z niezadowoleniem się spina. Odwraca się do kobiety, demonstracyjnie mnie ignorując.

— Nie, nie wszystko — oponuje. — Nie mogę zostać. Za kwadrans mam trening lacrosse’a u trenera Hurleya. Obawiam się, że moja nieobecność mu się nie spodoba. Lepiej niech pani nikomu nie robi problemów, miss Edwards — ostrzega sucho — tym bardziej że byłem obecny na lekcji, którą sam sobie wybrałem!

Nie, Wright nie podnosi głosu, ale jego słowa i tak brzmią szorstko i z wyczuwalną groźbą. Już przeczuwam, że nauczycielka nie zostawi tego bez uwagi, a kara z pewnością okaże się znacznie poważniejsza niż dodatkowy czas po lekcjach. O dziwo jednak udaje jej się opanować.

Prawdą jest jednak, że mówi mało przyjemnym tonem, ani myśląc ustąpić krnąbrnemu uczniowi:

— Może pan tego nie wiedzieć, ale ja sama w sobie jestem problemem, mister Wright! I dziękuj pan Bogu, że póki co nie pana i nie trenera Hurleya!… Trzydzieści minut! Albo zobaczymy się u dyrektora w towarzystwie pana rodziców, a wtedy obiecuję, że nikt stamtąd nie wyjdzie, dopóki osobiście nie poznam wszystkich pana powodów!

Stuka o podłogę mocnymi obcasami i wychodzi, zatrzaskując za sobą drzwi, a ja zostaję sama na sam z Carterem Wrightem. W pomieszczeniu, w którym odcięte zostały wszelkie odgłosy z zewnątrz i w którym robi się tak cicho, że słychać własny oddech.

I ciężkie westchnienie Cartera, pełne ledwo tłumionej wściekłości.

Jestem tym tak zaskoczona, że nie od razu zauważam jego zamknięte oczy i zaciśnięte w pięść palce, kurczowo trzymające pasek torby na piersi. Kostki ma pościerane, smagła skóra jest spierzchnięta, ale sam zarys dłoni jest bardzo piękny i dobrze mi znany. Przechodzi w silny, żylasty nadgarstek, opleciony napiętymi strunami żył. Wydaje się, że gdyby ich dotknąć, odpowiedziałyby siłą…

Nie, Alex miał palce gładkie, ciepłe, a na dłoni o szorstkich opuszkach, gdy się ją otworzyło, widać było pieprzyk w kształcie półksiężyca. Bez trudu dotykałam tej dłoni, a pamięć o tamtym dotyku wciąż jest we mnie żywa, niczym pierwsze pieszczoty i czułość, z jaką palce przyjaciela splatały się z moimi. Natychmiast chwytam się tego wspomnienia.

Alex…

Carter stoi do mnie profilem, zaledwie metr dalej, a pragnienie patrzenia na niego jest silniejsze ode mnie. Znów przywieram do niego wzrokiem — najpierw pełnym niepokoju, ale z każdą kolejną sekundą coraz bardziej tęsknym i drapieżnym. Patrzę na ramiona, twarz… Nagle, na przekór wszystkiemu, mam ochotę go dotknąć. Dotknąć nie ciała, lecz duszy. I być może poczuć odpowiedź. Choć odrobinę ciepła, która przyniosłaby ulgę.

Odwraca się tak gwałtownie, że aż się cofam.

— Cholera, Holt! Mówiłem przecież! Przestań się we mnie gapić! Myślisz, że nie zauważam tego za każdym pieprzonym razem? Co jest niejasnego w moich słowach? Odczep się!

Wszystko jest dla mnie jasne, nawet aż nadto, ale jak mam mu wytłumaczyć, że widok jego osoby jest mi tak potrzebny jak oddychanie. Że jest on niczym nić nadziei, która wciąż tli się we mnie, gdy pozwalam sobie, choćby na krótką chwilę, wierzyć, że nagle wydarzy się niemożliwe i to wszystko okaże się snem…

— Przepraszam, wiem. Po prostu…

— Co „po prostu”, Holt?

Po raz pierwszy patrzymy na siebie tak otwarcie, a ich wzrok się krzyżuje. Kręcę głową.

— Jesteś tak podobny do brata, że nie potrafię nad tym zapanować. Nie mogę o tym nie myśleć, kiedy cię widzę.

Kości policzkowe Cartera ostrzeją, a usta stają się jeszcze twardsze. Zdejmuje torbę z ramienia i rzuca ją na stół. Podchodzi do mnie, a ja nie potrafię zrobić ani kroku. Cofam się jednak, gdy napiera na mnie swoim ciałem, nie pozostawiając mi wyboru.

— Nie jestem nim, słyszysz? — wyrasta nade mną. — I daleko mi do Alexa. Dla mnie jesteś nikim, Holt! Nie wyobrażaj sobie rzeczy niemożliwych! Kolejna głupia dziewucha, jakich wokół setki! Jestem gotów cię ignorować, ale jeśli mnie zmusisz… — chłód jego tonu przenika mi pod skórę — zrobię ci bardzo krzywdę. Więc trzymaj się z daleka i najlepiej poza zasięgiem mojego wzroku!

Brzmi to okrutnie, a z moich ust wyrywa się pełne zdumienia pytanie:

— Nie rozumiem, Wright, dlaczego jesteś taki wściekły? Co ja ci zrobiłam?!

— Nic! — przerywa szorstko. — Nic nie zrobiłaś, po prostu istniejesz i muszę się z tym godzić! A wiesz, jakie pytanie sobie zadaję, kiedy cię widzę? Kiedy chodzisz i śmiejesz się z przyjaciółmi, jakby nic się nie stało? Jakby Alexa nigdy nie było…

— To nie tak!

— Pytam samego siebie, czy mój brat znalazłby się w tamtym czasie i w tamtym miejscu, gdyby nie było dziewczyny o nazwisku Holt? W ogóle! Gdybyś nigdy nie wróciła do tego miasta!… Przecież szedł do ciebie tamtego dnia? Wiem to, sam mi powiedział!

To brzmi jak oskarżenie, jak gorzki zarzut, który rani do żywego. Sama zadawałam sobie to pytanie nieskończenie wiele razy: co by było, gdyby wszystko w moim życiu potoczyło się inaczej? Gdybym nie wróciła do Sandfield Rock i nie zaprzyjaźniła się z chłopcem z sąsiedztwa? Czy żyłby teraz — szczęśliwy i wspaniały?

Nie, wcale nie jestem z kamienia, a ból wywołany wspomnieniami domaga się ujścia. Przez oskarżenie Cartera w moich oczach stają piekące łzy, a w słowach pojawia się złość. We mnie również!

Chapter 7 / 54 · Page 2 of 3