SOVABOO

Pokochaj mnie, Wróbelku!

Ch. 1: Rozdział 1

Rozdział 1

Chapter 1/7 · Page 1 of 20%

Daniel

Pierwsze, co przywitało mnie w mieście, to tłum ludzi, hałas i dźwięk policyjnych gwizdków. A wszystko to w godzinach szczytu, przy skraju placu Teatralnego, w samym centrum miasta.

Co tu się, do diabła, dzieje?

Teraz, kiedy skręcałem z alei na zastawiony samochodami płatny parking i wpakowałem się w ten uliczny chaos, obchodziło mnie tylko jedno: żeby nikt z tego tłumu nie wpadł pod koła mojego crossovera i nie zepsuł mi wieczoru, na który zasłużyłem.

Nie lubię tracić czasu i nie lubię niespodzianek. Bardziej od tego nie znoszę tylko wypuszczać z rąk okazji i kontroli, nieważne, ile mnie to kosztuje.

Tak, jestem jednym z tych stukniętych typów, którzy kontrolują własne życie po prostu dlatego, że mają z tego frajdę. I mam gdzieś, jeśli kogoś to spina.

Zgasiłem silnik audi i wysiadłem z samochodu. Zdjąłem kurtkę, otworzyłem tylne drzwi crossovera i rzuciłem ją na siedzenie. Parkomat stał obok, zaledwie kilka metrów dalej, więc rozejrzałem się i podszedłem do niego. Już wyjąłem z kieszeni portfel, zamierzając wyciągnąć kartę, gdy z boku nagle rozległa się syrena i przemknęły dwa radiowozy, skręcając z drogi na plac, prosto do tłumu.

Tłum zakołysał się, na kilka chwil rozstąpił i wtedy dało się zobaczyć sylwetki półnagich dziewczyn z twarzami i ciałami pomalowanymi farbą. I plakaty w ich rękach z hasłami:

„Jesteśmy kobiecym protestem »Ewa«!”, „Niech żyje topless-bunt!”, „Precz z bullyingiem!”, „Każde ciało jest piękne! Nie potrzebujemy waszych standardów urody, one zabijają!”

— O Boże… Co za idiotki — mruknąłem pod nosem, odwracając się, i przyłożyłem kartę do czytnika parkomatu. — Marzec za oknem, a im się nudzi. Na pewno jakieś nienormalne…

Nienormalne tymczasem dalej piskliwie wrzeszczały i zdzierały gardła, wykrzykując slogany, a ja myślałem o tym, że żadna z moich znajomych dziewczyn nigdy nie odważyłaby się na podobny wyskok. Nie ma kto ich zaspokoić czy co? I poukładać im w głowach. Trzeba wpaść na coś takiego: rozebrać się publicznie, wysmarować gwaszem, i wszystko po co?.. Żeby napalone chłopy mogły sobie popatrzeć?..

Idiotki.

Obok parkomatu z impetem wcisnął się furgon z jaskrawym napisem „RiA-TV” i zapiszczał klockami hamulcowymi. Z furgonu wyskoczyli operator i dziewczyna z mikrofonem — najwyraźniej miejscowa telewizja. Głośno trzaskając drzwiami, oboje rzucili się w tłum, który już pędził na nas z krzykami i gwizdami…

— „Ewa”, rozbiegamy się! Masz, suko! Aaa! Nie dotykajcie mnie!

— … Dziewczyny, zabrali nasze ubrania! Biegiem!

— Stać! Łapcie je! Uczestniczki akcji, jesteście zatrzymane!..

— „Nie” dla dyskryminacji ze względu na wygląd! „Tak” dla praw i wolności!

Znowu gwizdki, krzyki, i tłum liczący parę setek ludzi przemknął prosto przez parking niczym huragan… uruchamiając alarmy w stojących samochodach i zmuszając przejeżdżających kierowców, by z całej siły naciskali klaksony.

Cholera! Zmarszczyłem brwi i się obejrzałem. Za każdym razem to samo. Po czterech miesiącach intensywnych treningów w podmiejskim klubie sportowym i życia w rygorze znowu zdążyłem odzwyczaić się od miasta, a teraz jego zgiełk działał mi na nerwy. Po raz pierwszy od ostatnich pięciu lat czekał mnie oddech w postaci całych trzech miesięcy cywilnego życia, w trakcie których zamierzałem obronić dyplom i wreszcie zakończyć epopeję z uniwersytetem. I miałem na ten czas duże plany… Bardzo duże!

Wliczając dzisiejszy wieczór i, oczywiście, noc.

Zamierzałem wykorzystać ją na całego.

Umówiliśmy się z Albiną, że spotkamy się w tym miejscu równo o szesnastej, kiedy będę wracał do domu. Nie oddzwaniałem do dziewczyny, ale miałem nadzieję, że moja dawna znajoma dobrze mnie zrozumiała i nie każe mi na siebie czekać. W przeciwnym razie na tym zakończy się nasza stara znajomość.

Schowałem portfel do kieszeni i spojrzałem na zegarek. Przyjaciółka spóźniała się już parę minut, ale dzisiaj byłem gotów przymknąć na to oko. Nadszedł czas, żeby się rozluźnić i przypomnieć sobie, że w życiu jest miejsce nie tylko na sport, sztywny grafik i wszystko, co wiązało się z moją pasją do kickboxingu i wschodnich sztuk walki. Przede mną była trudna jesień złożona z turniejów i międzynarodowych zawodów. Najpoważniejsza i najbardziej odpowiedzialna jesień w moim życiu, i byłbym głupcem, gdybym odmówił sobie chwilowej zmiany priorytetów.

Po drugiej stronie ulicy stała budka z kwiatami, nastrój dopisywał, więc usta same rozciągnęły mi się w uśmieszku. Z Albinką znaliśmy się nie od dziś, a to znaczyło, że mogłem się nie martwić, iż dziewczyna źle mnie zrozumie i wyciągnie niepotrzebne wnioski, jeśli kupię jej kwiaty. Żadnego „na poważnie i na długo” między nami być nie mogło, inaczej nawet bym sobie o niej nie przypomniał. Po prostu spędzimy razem noc i się rozejdziemy. Bo po cholerną miłość i białe jednorożce można iść do kogokolwiek, ale na pewno nie do Daniela Wróbelka.

Jednego nigdy sobie nie pozwalałem: wciskać dziewczynom kitu i nabijać im głów emocjonalnymi bzdurami. Pragnąć jednej, zapominając o innych. Patrząc na swoją starszą siostrę i brata bliźniaka, oczywiście podejrzewałem, że w przyrodzie istnieją monogamiczne związki i zaborcze instynkty, ale sam nie byłem gotów, żeby podobna głupota zrobiła mi wodę z mózgu.

O nie! Jeszcze nie zwariowałem, żeby dobrowolnie wylądować pod czyimś pantoflem i siedzieć tam cicho. To Waniek chodził za swoją kujonką[1] jak przywiązany i, zdaje się, wcale mu to nie przeszkadzało. A ja zawsze ceniłem wolność i wyznaczałem osobiste granice. To przynajmniej uczciwsze niż puste obietnice i nadzieje.

Tak więc w moich relacjach z dziewczynami nigdy nawet nie pachniało prawdziwymi uczuciami, i w tym nie okłamywałem ani siebie, ani ich. Pociągały mnie, lubiłem seks jako zjawisko, ale wszystko szybko się kończyło, gdy tylko moje dziewczyny zaczynały mieć plany na wspólną przyszłość i zaczynały się bezsensowne rozmowy w stylu: „Dani, zobaczymy się jutro, prawda? Wróbelku, zadzwonisz do mnie?”.

Podobne pytania wiały nudą i męczyły. Drażniły, dokładnie jak ten piskliwy tłum na placu. Ale dzisiaj z Albinką na pewno nie będziemy mieli do nich głowy.

Wszedłem do kiosku, a kobieta za ladą zaproponowała mi róże. Wybrałem drobne, żółte chryzantemy. Było ich dużo, przyjemnie pachniały i cieszyły oko. Czego więcej trzeba? Nie zamierzałem wyglądać przed Albinką jak idiota — do tej pory róże dawałem tylko kobietom ze swojej rodziny i nie zamierzałem zmieniać zasad. Więc ten mały bukiet i tak był znacznie więcej, niż sam się po sobie spodziewałem.

Niech będzie hołdem dla mojego powrotu do domu.

Albinka pojawiła się na chodniku, gdy tylko podszedłem do samochodu. W wąskiej sukience z wysokim rozcięciem na udzie, rozpiętym płaszczu i na obcasach czarnowłosa dziewczyna wysiadła z taksówki i, zauważywszy mnie, szeroko się uśmiechnęła. Ruszyła w moją stronę, kołysząc biodrami…

Piękna suka. I zmysłowa.

Żadnych zakazów ani kompleksów. Do seksu pasowała mi na sto procent.

Zresztą, sądząc po tym, że zawsze odpowiadała na moje propozycje, a czasem sama proponowała spotkanie, jak dotąd ja też jej nie rozczarowywałem.

Chapter 1 / 7 · Page 1 of 2