Rozdział 6, część 2
Kiedy szłam do klatki i wspinałam się pieszo na siódme piętro, cały czas myślałam: ciekawe, czy tylko ja jedna taka fajtłapa na świecie Czyżyk, czy jeszcze są podobne głupole? Tak chciałoby się komuś popłakać w kamizelkę, żeby cię wysłuchał i pożałował. I ja trochę popłakałam, jak prawdziwy optymista – dopóki nikt nie widzi. Serio, wytarłam łzy pięścią. Bo w końcu ja też żywy człowiek, a wszyscy się tylko ze mnie śmieją. Nawet taksówkarz.
Pod prysznic już nie wlazłam. I jeść też nie. Po prostu rozebrałam się, wciągnęłam ulubioną piżamę z Myszkiem Miki, pluszowe skarpety, wyciągnęłam spod łóżka materac i walnęłam się spać. Rano mądrzejsze od wieczora, czy nie o Fańce tak mówią? A Sokolski, no cóż. Naszemu prYńcowi Iwanusze-głuptasowi i tak nie być – w barze siedział taki piękniś rozpasany z księżniczką-ropuchą w objęciach. Tacy nawet w bajkach wysoko latają. Oby tylko światło zgasił, jak wróci – dość mam już szyderstw.
Pomyślałam i od razu zasnęłam, dotknąwszy policzkiem poduszki.