Rozdział 7, część 4
– To wszystko, co miałaś do powiedzenia? – i znowu z głosu zniknął ten uśmieszek. Ciekawe dlaczego.
– Wszystko. A co?
– A to! Miałem gości w mieszkaniu. A dokładniej — gościa. Wyjechałem w interesach, a kiedy wróciłem, wszystko śmierdziało perfumami Susanny. Pewnie skorzystała z kluczy ojca. Zjechałem ją ostro przez telefon, ale co z tego? Jasne jak słońce, że przetrzepała każdy kąt. Ona była, a ciebie, Czyż — nie było! Z kim ja zawarłem umowę?
– Ale ja przecież…
– Ale ja przecież — przedrzeźnił mnie Sokół (ależ on jest łajdak!) — Obraziłaś się, co? Głupie obrazki zachciało ci się rysować? Jeszcze jedna histeryczka, nie znoszę takich!
– Wiesz co?
– Co?
– Gdybyś był teraz obok, Sokolski, walnęłabym ci w ucho tak, że byś się nie podniósł — żeby ci mózg naprawić! Bez żadnej histerii. Lepiej powiedz, czego ode mnie chcesz. Dobrze, przyjadę jutro wieczorem.
– Rano. Masz być u mnie rano, najlepiej na szóstą. Ojciec ma jutro sprawy w mieście, będzie na nogach od piątej, więc jak nic — z podszeptu Susanny — o ósmej zjawi się z kontrolą. Wygląda na to, że mają wobec mnie opracowany prawdziwy „Plan Barbarossa”. A sama rozumiesz — na argumenty, którymi ojca karmi Susanna, nie mam czym ripostować. A ty, o ile pamiętam, obiecałaś pilnować porządku i pełnić funkcję dziewczyny, więc do roboty, Czyż! Nie cierpię bałaganu, a ojciec też nie!
Co?! Znowu usiadłam na kanapie. Żeby nie obudzić brata, zakryłam usta dłonią.
– Zwariowałeś? Będę jechać autobusem ponad dwie godziny! Jeśli wsiądę w ten, który odjeżdża o wpół do szóstej, to w mieście będę o ósmej. Potem dotarcie do ciebie z dworca to kolejne pół godziny. Jest prawie pierwsza w nocy! Sokolski, ty się ze mnie nabijasz, czy co?! – zdziwiłam się.
Pauza i głęboki, bardzo męski ton:
– Nie.
– A mnie się jakoś wydaje, że tak.
– Dobra, Czyż, sam cię odbiorę, tylko nie marudź!
– Czyli co? – ucichłam przy słuchawce. – Jak to? – trybiki w mojej głowie zwolniły.
– Bardzo prosto! Zaraz przyjadę. Podaj adres.
– Czekaj… Dokąd przyjedziesz? Do mnie, do Gordiejewska, tak? – zapytałam oszołomiona. Co za żarty Sokoła. – Jesteś pijany? – zwątpiłam w trzeźwość jego myślenia.
– A niech to szlag trafi. Odkąd cię poznałem, cholera wie, co się dzieje w moim życiu!
– Ej, ja tu w ogóle nie mam nic do rzeczy!
– Tak?! A kto wlazł mi do łóżka jak Zajka? Gapiłaś się na mój tyłek?
– Ty! Pf! Wiesz co?!
– Co?
– Nic! A co z twoimi krótkoterminowymi planami? – zawstydzona, postanowiłam spuścić z tonu. Jak by nie patrzeć, umowa to umowa. Sama jestem sobie winna.
Sokół westchnął. Po prostu poczułam, jak bardzo mnie „szanuje”. Mógłby, to by mnie udusił z nadmiaru uczuć.
– A moje plany, Czyż – warknął niezadowolony – obciążą twoje sumienie. Więc jadę?
– Czekaj, a-a co powiem rodzicom?
– Nie wiem. Wymyśl coś.
– Nie mogę – potrząsnęłam głową. – Oni są normalnymi ludźmi. Jeśli powiem, że wracam do miasta ot tak, musi być ku temu ważny powód, rozumiesz przecież.
– I co proponujesz?
– Hmm, nie wiem. Może jednak przełożymy twój przyjazd na rano?
– Słuchaj, Czyż, bądźmy szczerzy. Nie uśmiecha mi się jechać po ciebie na koniec świata. Ale jeśli pójdę spać, to padnę. Na pewno nie dotrwam do czwartej. Albo jadę po ciebie teraz, albo zrywamy umowę i możesz nie wracać.
– Co?
– Co słyszałaś! Arrivederci, Zajka. Klucze przekażesz przez Leśnego. – I co najważniejsze, głos miał taki spokojny. Na pewno by mnie już z powrotem nie wpuścił.
Wstałam, potem usiadłam. Znowu wstałam. Chodziłam po pokoju tam i z powrotem, podczas gdy Sokół cierpliwie czekał na moją odpowiedź.
Nie, to nie fair! To nieuczciwe! Co to w ogóle za szantaż? Przez niego mi się wszystko wywróciło do góry nogami! I po co ja się w ogóle z nim związałam?
– Z-zapisuj, ostrodzioby! – szepnęłam wściekle do słuchawki. – Niech ci będzie, jadę! I ja ci, Sokolski, nie Zajka!
W sypialni rodziców tata nadal pochrapywał, gdy ja cichutko zakradłam się do korytarza i przystanęłam przy progu, lekko uchylając drzwi.
– Ma-amo! – zawołałam ledwo słyszalnie, ale mama już sama wyjrzała.
– Czemu nie śpisz, córeczko? – ziewając, zapytała, zapinając na piersi szlafrok. Ruszyła za mną do kuchni. – Słyszę z pokoju „bu-bu-bu, bu-bu-bu”… Robert chyba śpi. Z kimś rozmawiałaś przez telefon?
– Cóż, w zasadzie tak.
– I co tam? Jeśli to nie tajemnica.
– Ależ nie-e… Jaka tam tajemnica. Mamo, wiesz, sprawa wygląda tak…
Mama natychmiast się spięła. Nawet jej senne oczy od razu się otworzyły.
– Spokojnie! – złapałam mamę za ramiona. – Wszyscy żywi i zdrowi, nie jestem w ciąży, z uniwersytetu mnie nie wyrzucili, więc żadnych kataklizmów życiowych!
– Ach, – odetchnęła rodzicielka. – To co się stało?
– W każdym razie, wyjeżdżam. Tak wyszło.
– Dokąd? – mama zamrugała ze zdziwieniem.
– Do miasta.
– Kiedy?
Spojrzałam na tarczę zegara ściennego.
– Niedługo. Myślę, za jakieś dwie godziny, albo jakoś tak. Ile w ogóle zajmuje samochodowi osobowemu dojechanie do nas? Z miasta?
– No, mniej więcej tyle. Stop, Fania, jak to wyjeżdżasz? W nocy?! Dokąd? Sama?! Zaraz – mama stanowczo mnie odsunęła – obudzę teraz Fiedię…
– Nie! Mamo! – złapałam mamę za rękę. – Tylko nie tatę! Nie musisz go budzić! Przecież wiesz, tata na pewno mnie nie puści! A ja muszę jechać – (gest: „bo to bardzo ważne”). – On zaraz przyjedzie i będzie czekał!
Jasnobrązowa brew uniosła się ze zdziwieniem.
– Kto „on”? – zapytała mama. – Fania, czyli miałam rację i naprawdę masz chłopaka? – domyśliła się. – Wy co, mieszkacie razem? W akademiku?