SOVABOO

Upadł. Ocknął się. Tata!

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Chapter 4/31 · Page 1 of 310%

Dasza

 

— Co to? Kto to?

— Gdzie?

— Pod twoim stołem. Ktoś tam jest!

Aż mnie zatkało, przycisnęłam dłoń do ust, słysząc przestraszony pisk Ludożerki i niewyraźne poruszenie nad sobą.

Chyba właśnie kichnęłam, ale stało się to tak niespodziewanie — w najaktywniejszej fazie podsłuchiwania procesu uwodzenia szefa, że nawet niczego nie zdążyłam zrozumieć, a już było po wszystkim.

No pięknie! A wszystkiemu winne włosy, niech je diabli! I ten, kto mi je roztrzepał!

— Andrzeju, kto tam jest? Wyraźnie słyszałam czyjeś kichnięcie… Co się dzieje? — zaniepokoiła się brunetka. — Nie jesteśmy sami?!

Jeśli Woronow mnie teraz wyda, nigdy mu tego nie wybaczę i zwolnię się!

— Niczego nie słyszałem. Wydawało ci się, Nelly.

Uff, nie wydał.

— Ale Andrzeju!

— Co za różnica! Przecież powiedziałem, że się spóźniłaś. Nie ma tam dla ciebie nic interesującego!

Co? O nie! Tylko nie to! Czy Woronow nie wie, że jeśli chcesz uspokoić kobiece podejrzenia, nie wolno zostawiać jej pytania bez odpowiedzi! Zwłaszcza pytania niezaspokojonej kobiety! To przecież ogar Kuprijanowa! Teraz na pewno zechce się dowiedzieć!

Szarpnęłam się do tyłu, potem do przodu, w panice rozważając, co robić. Mój szef, który jest chamem i uzurpatorem, nadal trzymał mnie przy nodze, ale palce nagle przesunął z policzka na moje usta, jakby się przestraszył, że się wydam.

Za późno, szefie! Wszystko przepadło! Kogucika przed lisicą nie schowasz! Nie po to Ludożerka tu przyszła, żeby wodzić ją za nos. Zaraz mnie odkryje, a ja, dzięki pewnej siebie łasce goblina, który wepchnął mnie pod stół, będę pod nim siedzieć jak tchórzliwy zając albo złodziej złapany na gorącym uczynku!

Tylko tego brakowało. Przez samowolę przełożonego stracić resztki dumy przed jakąś Przygożewą!

— Ach, więc to tak… Przecież to Kogucik!

No proszę, mówiłam. Odkryła! A ja tak niegrzecznie tyłem do niej. Nawet nie da się normalnie przywitać.

Zaczęłam wycofywać się tyłkiem, ale Woronow nie puszczał, więc musiałam go ugryźć w palec. Bardzo gniewnie ugryźć. Jakiś przedszkolak!

Wygramoliłam się spod stołu i wstałam, gniewnym spojrzeniem spalając szefa na miejscu. To wszystko jego wina, gad! Jakbym nie domyśliła się, jaką grę tu zaczął. Kpi sobie! Nie uwierzył, że powiedziałam mu prawdę.

— I wcale nie „to”, tylko ja! — uniosłam głowę i ponuro spojrzałam na zsuwającą się z biurka Przygożewą.

Widząc, w jakim stanie jest brunetka, wytrzeszczyłam oczy, ze zdumieniem oglądając rozpiętą bluzkę asystentki Kuprijanowa.

Oho! To się nazywa determinacja!

Jaką trzeba mieć praktykę w uwodzeniu, żeby tak łatwo i szybko obnażyć się w gabinecie samego dyrektora generalnego? Jeszcze jakieś pięć minut i gdyby nie ja… to znaczy nie moje kichnięcie, nie wiadomo, która z nas dwóch podeszłaby do Woronowa bliżej!

Ale stop. O czym on powiedział pod koniec rozmowy? Co to w ogóle za aluzje o podobaniu się? Niby skąd?

A może Woronow wcale nie miał na myśli mnie? To znaczy mnie, ale nie naprawdę? (Naprawdę to on mnie nie znosi, fakt!) Może tak zasugerował Przygożewej, że przyszła nie w porę?

Przecież poczułam, jak na niego zadziałała — wnukowi Matwieja Iwanowicza ślinka prawie ciekła, tak biedak się przejął dostępną urodą Ludożerki. Całą fryzurę mi roztrzepał, zaraza, powstrzymując się ostatkiem sił! Gdyby mnie nie było, wychłeptaliby tę swoją „kawę” we dwoje aż miło, prosto na biurku racząc siebie nawzajem, i pal sześć korporacyjną etykę!

Albo… albo jednak mi uwierzył? Moim słowom, że Przygożewa z Kuprijanowem planują przeciwko niemu straszną zbrodnię? Skoro od razu nie poprosił, żebym zostawiła ich z brunetką samych, choć czuł irytację?

Nic nie rozumiem.

Przygożewa tymczasem, zmartwiona, zaczęła już zapinać bluzkę i obciągnęła spódnicę. Mnie też nie zaszkodziło obciągnąć swojej, co zrobiłam, dumnie zaciskając usta. Włosów nie poprawiałam — bez sensu. Jeszcze niedawno schludny „kok” teraz wisiał z boku z roztrzepanymi pasmami. Zbyt gęstymi, żebym w sekundę dała sobie z nimi radę.

— Widzę, że ty — burknęła Ludożerka, mocując się ze mną spojrzeniami. Obie poprawiałyśmy bluzki. — Jak mogłam tak się pomylić? — zakpiła. — Mogłam się domyślić!

— Tak, to moja sekretarka — po coś przytaknął Woronow, ale bardzo niewzruszenie. Jakby dla sekretarki siedzenie pod stołem było normalne. — O czym, Nelly? — znacząco uniósł ciemną brew.

Też pytanie. Jeszcze brakowało, żeby ta paskudna Przygożewa wypowiedziała swoją wersję, a ja ją usłyszała!

— Zbierałam tu dokumenty pod stołem — pospieszyłam oznajmić z powagą.  — Andrzej Igorowicz rozsypał stertę. Bardzo ważne!

— Dokumenty? — Neleczka obejrzała mnie i prychnęła. — No tak, jasne. A gdzie one są? — nie wierząc, spojrzała na moje usta tak, jakby to nie ona zamierzała, tylko ja przed chwilą robiłam nimi coś nieprzyzwoitego.

No nie, tego już za wiele! Ale ręce rzeczywiście miałam puste, więc musiałam wybrnąć. A szef niech sobie myśli, co chce!

I czemu Przygożewa mówi mi na „ty”?! Niech dziękuje, że nie poszłam na policję złożyć na nią skargi — Woronow zabronił. A szkoda! Nie musiałabym teraz rumienić się tu przed byle kim.

— A dokumentów nie zdążyłam zebrać. Tak zostały na podłodze. Jak usłyszałam twój owczy głosik „chcę, że aż nie mogę” i o sprężystych mięśniach, zapomniałam, po co wlazłam pod stół. Nie pomyliłaś przypadkiem gabinetów, Przygożewa? Mam wrażenie — zakręciłam palcami w powietrzu — że pomyliłaś albo szefa, albo moment!

Oho, ale groźnie! Sama się po sobie nie spodziewałam. Jeszcze i prosto w twarz napomknęłam o związku z Kuprijanowem.

Ale atakować zdecydowanie lepiej niż się bronić, a dzięki głupiemu wybrykowi Woronowa i tak mam pozycję nie do pozazdroszczenia. Policzki aż płoną, samej mi gorąco na myśl, jak to wszystko wyglądało z boku. A Przygożewa to dopiero plotkara, żeby nie roznieść swoich domysłów po korporacji jak wirusa. Spróbuj potem domyć się z plotek! Wystarczy mi dawnych, żeby obrastać nowymi!

— Na co ty niby sugerujesz? — czarnooka żmija natychmiast wąsko zmrużyła oczy i zebrała się do słownego ataku. Wbiła paznokietki w polerowany blat. — Że ja i Walerij Aleksandrowicz… że my… Jak śmiesz, karierowiczko!

Teraz najważniejsze to zachować twarz. Ostrzegłam ją!

Ale na wszelki wypadek dumnie podparłam się pod boki, nie zamierzając ustąpić piękności ani milimetra pewności siebie — pazurki też mam, a wyjścia już nie. Rzuciłam z góry:

— Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

— Kłamiesz, Kogucik!

— Dni przyjmowania pracowników w sprawach służbowych to wtorek i czwartek, od dziesiątej do dwunastej, a dziś jest środa — wyrecytowałam profesjonalnie. — Powtarzam to pani trzeci dzień, Przygożewa. Może się pani zapisać u mnie w recepcji, ale nie obiecuję, że w najbliższych tygodniach zdołam wpisać panią do grafiku. Andrzej Igorowicz jest bardzo zajęty! A jeśli pani tego nie widzi, to mówię pani jako jego sekretarka!

Ale moja rywalka nie była taka prosta i też nie zamierzała ustępować.

— I dlaczego wydaje mi się, że jako sekretarka bierzesz na siebie zbyt wiele, Kogucik? A co ze sprawami osobistymi? O tym nie pomyślałaś?

— To się pani wydaje, towarzyszko analityczko. A osobiste sprawy pana Woronowa nie dotyczą ani pani, ani mnie! Zwłaszcza w godzinach pracy!

Chapter 4 / 31 · Page 1 of 3