SOVABOO

Upolować Kujona!

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Chapter 5/7 · Page 4 of 566%

Niusza Cichutka: Obiekt mojej sympatii dzisiaj mnie zobaczył, ale nawet się nie przywitał. I teraz jestem strasznie zła! Zresztą nie przejmuj się, jestem przyzwyczajona. Napisałam do ciebie tylko po to, żeby się upewnić, że istnieję. Potrzebuję tego.

Na to łatwo było odpowiedzieć, i to szczerze.

Anton Morozow: Zdecydowanie istniejesz, głupio w to wątpić. Po prostu nie masz szczęścia do obiektu sympatii. Tak bywa.

Może jednak założysz notes? Twój obiekt na pewno nie jest idealny, mówię ci to jako chłopak. Inaczej dawno by zobaczył, jak ciekawą jesteś osobą.

Niusza Cichutka: On jest idiotą! Ale o ile prościej by było, gdybym mu się spodobała. Dlaczego chłopaki nie doceniają tego, co samo wpada im w ręce?

Anton Morozow: Pewnie dlatego, że mężczyźni są z natury myśliwymi. Cenią własny wysiłek i są dumni ze zdobyczy.

Chcesz, możemy się spotkać i porozmawiać? Jeśli będę mógł, chętnie ci pomogę.

Niusza Cichutka: Nie. To wykluczone! Nie chcę zobaczyć rozczarowania także na twojej twarzy.

Anton Morozow: Jest mi zupełnie wszystko jedno, jak wyglądasz. Nie oceniam ludzi po wyglądzie. Poza tym jest jedna dziewczyna i zastanawiam się...

Niusza Cichutka: O-ou! Nad czym? To ciekawe...

Anton Morozow: Nad tym, żeby zaproponować jej wspólne spędzenie wieczoru. Siedzi teraz obok i twoja rada by mi nie zaszkodziła. Nigdy nie byłem na randce, jak myślisz, dokąd najlepiej ją zaprosić - do parku czy do kina? Ella jest bardzo miła.

Niusza nie odpowiedziała, poczekałem minutę, zobaczyłem, że zniknęła z sieci, i schowałem telefon do kieszeni. Znów zerknąłem na Klukwinę.

Ella siedziała z wyprostowanymi plecami, złożywszy przed sobą ręce, i patrzyła na Chaschanowa nieruchomym wzrokiem - mężczyzna pisał na tablicy wzory, zwrócony do sali szerokimi ramionami. Nawet usta rozchyliła, tak uważnie słuchała. Jej pierś wysoko się unosiła i opadała, zapewne z głodu wiedzy.

Chciałbym, żeby kiedyś i na mnie patrzyła z takim przejęciem...

Ta-dam!

Rozmarzyłem się, a nagłe, głuche uderzenie drzwi o ścianę zaskoczyło mnie, sprawiając, że drgnąłem nie tylko ja, ale wszyscy w sali.

Na progu gabinetu stał czarny anioł... Tfuu! Znaczy Czarny Dementor i patrzył prosto na mnie.

- Agnia?! K-korsak?!

Z zaskoczenia Chaschanow się zmieszał i opuścił rękę z kredą. Wątpię, żeby na uniwersytecie ktokolwiek ze studentów pozwalał sobie wchodzić do jego sali z takim rozmachem, więc miał powody, żeby unieść brwi.

Piękne ciemne oczy błysnęły chłodem i spokojnie spojrzały na prowadzącego.

- Przepraszam, Rustamie Ilmirowiczu, nie wymierzyłam. Macie tu straszny przeciąg, a ja się spieszyłam.

- Coś się stało, Agnio? - zaniepokoił się mężczyzna. - Ma pani do mnie pilną sprawę?

Według niepisanego kodeksu studentów przerwać wykład kadrze mogło tylko coś nadzwyczajnego albo wyjątkowo ważnego, więc my wszyscy też się zaniepokoiliśmy.

Korsak uniosła rękę jak królowa do świty - bardzo naturalnie. Mało kto, nawet bardzo chcąc, potrafiłby to po niej powtórzyć.

- Proszę się nie martwić, Rustamie Ilmirowiczu, nie ja i nie do pana. Po prostu wykonuję polecenie dziekana. Siergiej Michajłowicz pilnie prosi Ellę Klukwinę, żeby podeszła do dziekanatu - sekretarka ma problemy z jej aktami osobowymi.

- Klukwinę? - dopytał Chaschanow. - Teraz?

U Korsak uniósł się kącik ust i, co najdziwniejsze, z niecierpliwości.

- Natychmiast! - potwierdziła dziewczyna. - Oczywiście za pana pozwoleniem. Ale mogę przekazać Siergiejowi Michajłowiczowi, że pan jej nie puścił, i wtedy przyjdzie sam.

- Nie, nie trzeba! - pospiesznie odpowiedział mężczyzna i odwrócił się do sali. Przesunął wzrokiem wzdłuż rzędów ławek, odnajdując pobladłą Ellę. - Myślę, Klukwina, - surowo zwrócił się do mojej sąsiadki, - że naprawdę lepiej będzie, jeśli podejdzie pani do dziekanatu właśnie teraz, skoro pojawiła się taka pilna konieczność!

Ella chwyciła torbę i natychmiast wybiegła z pomieszczenia. Tylko na sekundę zawahała się przy wyjściu, przeciskając się między Korsak (która nawet nie pomyślała, żeby się przesunąć) a framugą. Pisnęła do prowadzącego: „Przepraszam”, i zniknęła.

Dopiero wtedy Agnia odeszła od progu i zamknęła za Klukwiną drzwi. Odwróciwszy się, przeszła stukając obcasami między rzędami ławek i opadła na krzesło obok mnie - jakby to właśnie tu było jej miejsce, a nie w jej grupie. Wokół subtelnie rozlał się drogi zapach wiosennej piwonii. I gdyby to była inna dziewczyna, ten zapach na pewno by mi się spodobał, a tak tylko sprawił, że się spiąłem.

Chłopaki zgodnie z oczekiwaniem zaczęli się rozglądać, jak działo się zawsze przy pojawieniu się Korsak, za to Chaschanow nie powiedział ani słowa, co zupełnie do niego nie pasowało. Tylko odprowadził dziewczynę wzrokiem.

- Nie ma pan nic przeciwko, Rustamie Ilmirowiczu, jeśli zostanę? - nie tyle zapytała, ile poinformowała. - Do końca zajęć zostało jeszcze pół godziny, a ja i tak zatrzymałam się w dziekanacie. Jak szkoda, że moja grupa ma z panem tak mało godzin. Mój chłopak jest zachwycony pana wykładami. Prawda, Morozow?

Co?! Znowu zaczyna?

Cwana diablica! Jeśli powiem „Nieprawda”, Chaschanow odbierze prostą odpowiedź do siebie, a wcale nie do tego, że Agnia nie jest moją dziewczyną.

Zacisnąłem usta i nic nie odpowiedziałem. Zmarszczyłem brwi, natrafiwszy na zupełnie głupi uśmiech Żeńki Samarskiego, który na widok ciemnowłosej piękności chyba zapomniał, gdzie się znajduje.

- Masz szczęście, Morozow! - przeciągnął chłopak z zazdrością, odwróciwszy się. - To jedna dziewczyna zabiega o uwagę, to druga. Agnia! - szepnął do dziewczyny, - Żurawina sama się do niego dosiadła, jestem świadkiem! Grała na litości, ona ma to w zwyczaju! Przez jej kwaśną minę zawaliłem kolokwium!

- Spadaj! - musiałem szturchnąć Żeńkę w ramię, żeby się odwrócił. - Nie wtrącaj się!

Ale ledwie prowadzący wrócił do pisania wzorów, sam nie wytrzymałem i odwróciłem się do Korsak:

- Przecież sama to wymyśliłaś - tę wiadomość z dziekanatem, prawda? - zapytałem ze złością. - I nikt nie wzywał Klukwiny do Krokotuchy?

Brunetka nie odpowiedziała, więc ciągnąłem:

 - Jak się wykręcisz, kiedy Ella wróci? Nie boisz się wylecieć z uniwerku za takie numery?

Powiedziałem to, a sam zapatrzyłem się w idealny profil - dziewczyna obok była spięta i poważna. Broda, kości policzkowe, nawet płatki uszu - wszystko składało się z doskonałych linii i przez sekundę nagle wydało się, że Jędza zniknęła.

Szkoda, że tylko się wydało.

- Niczego się nie boję, - odpowiedziała Korsak. - Twoja Żurawina prędzej popuści w majtki, niż pójdzie do dziekana, więc tu ma za cienko. A ty, Rumianek, lepiej pomilcz! Nie jestem teraz w nastroju, żeby się tłumaczyć. Ostrzegałam was oboje.

Korsak nie znosiła Klukwiny - to zdążyłem zauważyć. Ale nawet jeśli tak było, jej oświadczenie i tak zabrzmiało niedorzecznie i głupio. Przecież sama chyba nie wierzyła serio w to, co mówi?

Grupa pilnie zapisywała za prowadzącym wzory, siedzieliśmy sami w ostatniej ławce, a ja się oburzyłem:

- Ostrzegałaś? - syknąłem cicho, pochylając się ku brunetce i poprawiając okulary. - Ale my nic ci nie jesteśmy winni. I nie jesteś moją dziewczyną, przestań to powtarzać! Klepiesz to już od miesiąca, znalazłaś sobie głupiego!

Korsak niespodziewanie się uśmiechnęła, wciąż nie odwracając głowy.

Chapter 5 / 7 · Page 4 of 5