SOVABOO

Upolować Kujona!

Ch. 6: Rozdział 6

Rozdział 6

Chapter 6/7 · Page 3 of 381%

- Miesiąc? Na litość boską, Korsak! - rozzłościłem się. - Co znaczy „bardziej niż po prostu mi się podobasz”? Proszę cię po dobroci - zapomnij o mnie! Nie mam ani czasu, ani ochoty zabawiać ciebie i twoich przyjaciół! Mam pracę i cel. Śpię po cztery godziny na dobę, żeby w tym życiu cokolwiek osiągnąć, a teraz spóźniam się do firmy kurierskiej, gdzie pracuję jako ładowacz! I tak nic mi, do cholery, nie wychodzi, a tu jeszcze ty!

Znów nasadziłem okulary na nos i zarzuciłem na ramię plecak, który trzymałem w ręce. Nie miałem tu już nic do roboty.

W nadziei, że dziewczyna się odsunie, pewnie ruszyłem naprzód, ale ona została w miejscu. Uśmiechnęła się cienko pięknymi ustami, jakby moje wyznanie tylko ją rozbawiło.

- Świetnie, Morozow. Nie znoszę leni! Jestem samochodem - podwieźć cię? - zaproponowała, jakby to było oczywiste.

- Co?!

- Mówię, że dowiozę cię wygodnie do twojej firmy, skoro przeze mnie się spóźniłeś.

Podeszła do samochodu - nowego sportowego „Audi”, wyłączyła alarm i otworzyła dla mnie drzwi. Jeśli to była kpina, to równie okrutna jak jej szeroki uśmiech.

- Wsiadaj!

Mięśnie na szczękach same się napięły, a broda zacisnęła. Za kogo ona mnie ma!

- Dziękuję, obejdzie się. Nie potrzebuję ani twojej pomocy, ani ciebie! Więcej z tobą rozmawiać nie będę!

 

Bez trudu ominąłem dziewczynę, ale odejść nie dała mi niezmieniona na twarzy Agnia, tylko nieznajomy chłopak, który nagle zatrzymał się przy krawędzi parkingu. A dokładniej jego idiotyczny śmiech i uwaga skierowana w moją stronę.

- Opa! Kto się czubi, ten się lubi? - Nieznajomy parsknął, przeskoczył przez ogrodzenie i rozciągnął usta w uśmiechu. Całym wyglądem pokazywał, że spotkanie ze smukłą brunetką bardzo go nakręciło. - Agnieszka, słonko, dziwię ci się. Co ty znalazłaś w tym żółtodziobym kujonie? Przecież nie jest wart twojego małego palca. Jeśli kiedyś zechcesz go przesunąć - tylko powiedz, pomogę. Hej, ty! - krzyknął do mnie. - Grzeczniej do dziewczyny, bo będziesz miał ze mną do czynienia, jasne?

Nigdy nie byłem zwolennikiem bójek, ale teraz nastrój aż sprzyjał temu, żeby na kimś się wyżyć. Zwłaszcza na palancie, którego bawiłem.

- Co powiedziałeś?! - zaciskając zęby, zrobiłem krok naprzód, ale Korsak pchnęła mnie ręką w pierś, zatrzymując - oczywiście jak lokaja, inaczej nie umiała.

- Stój, Morozow!

Odwróciwszy się do nieznajomego, rzuciła mu niedbale, jak kość pod nogi:

- A ty kto? Czego chcesz?

Mało prawdopodobne, żeby ktokolwiek mógł zmusić tę dziewczynę do innego zachowania, i uśmiech chłopaka zgasł.

Potknąwszy się, zmieszany prychnął:

- Jak to kto? Jestem Stanisław, znajomy Mileny. Poznaliśmy się w „Pajęczynie”, pamiętasz? Stawiałem wam z koleżanką koktajl i opowiadałem kawały. - Agnia milczała, a chłopak dodał niepewnie z zakłopotania: - Jeden ci się nawet spodobał - o ufologu i narkologu. No?

- Nie pamiętam.

- Ale jak to...

Korsak gwałtownie się odwróciła, długie pasma włosów przesunęły się po plecach, i wrzuciła torbę do samochodu. Wyglądało na to, że nie tylko mnie popsuł się nastrój. Trzasnąwszy drzwiami, znów odwróciła się do chłopaka.

- Posłuchaj, Stasik, czy jak ci tam... Dokądś szedłeś? - zapytała chłodno. - No to idź! A ja sama zdecyduję, kto tutaj ile jest wart i z kim mam do czynienia, okej? Nie znoszę doradców! Bardziej od nich tylko głupich kawałów. I w przyszłości dobieraj słowa, kiedy mówisz o moim chłopaku, bo za żółtodziobego kujona można oberwać. Nie lubię, kiedy ktoś mi przeszkadza!

Po takiej odpowiedzi i ja zamarłem razem z nieznajomym, oszołomiony patrząc na dziewczynę. Teraz w jej czarnych oczach płonął ogień, a chłopak postanowił się wycofać.

- Ja przecież po prostu podszedłem, Agnia, - powiedział pojednawczo, wzruszając ramionami i przywracając uśmiech na twarz. Tym razem nie wyglądał na zadowolonego - raczej na zbitego z tropu. - Patrzę, chyba się kłócicie, chciałem pomóc...

- Do widzenia, Stanisław! - ucięła Korsak. - Uznaj, że się poznaliśmy. Pozdrów Milenę!

- Dobra, jak chcesz. Pa...

Samochód nieznajomego stał tutaj, na parkingu - nie nowy, ale jeszcze całkiem przyzwoity „Opel”. Zerknąwszy na nas spode łba, chłopak wsiadł do niego i odjechał.

W samochodzie Korsak od razu kliknęły blokady i drzwi się otworzyły.

- No więc co, Loczku? - Agnia odwróciła się do mnie. Jej kości policzkowe wciąż były zarumienione, ale usta uparcie się zacisnęły. - Jedziemy do twojej firmy? Przecież się spóźnisz.

Jak zawsze patrzyła prosto i pewnie, jakby przed chwilą nic się nie wydarzyło, ale ja nie zamierzałem milczeć. Brakowało tylko, żeby ta dziewczyna zrobiła ze mnie mięczaka, a ja ostatecznie straciłbym szacunek do samego siebie!

Podszedłszy do niej, złapałem ją za nadgarstek. Uniósłszy nasze ręce, przyciągnąłem Korsak do siebie i zajrzałem jej w oczy. Długie ciemne rzęsy drgnęły i uniosły się.

- Nigdy więcej, słyszysz? Nigdy nie waż się wystawiać mnie na idiotę! Nie wykonuję psich komend „Stój!” Sam potrafię za siebie stanąć! Albo ja...

- Albo ty? - Agnia naparła. - Co?

W tym naszym starciu nie zamierzała mi ustępować. Zdążyłem dostrzec maleńki pieprzyk nad jej wargą i usłyszeć ciepły oddech, zanim ze złością obiecałem:

- Albo powtórzę jeszcze raz, jeśli nie dosłyszałaś, co myślę o twojej pomocy!

Dziewczyna zamarła, ale nie opuściła wzroku.

- Nie groź mi, Mroziku, - powiedziała z cichym wyzwaniem, - i tak przegrasz. Już obiecałeś, że nie będziesz ze mną rozmawiał, ale jak widzisz, rozmawiamy. Nie warto powtarzać dwa razy, że mnie nie potrzebujesz.

A tego nie powinna była mówić. Powtórzyłbym nawet trzy razy, gdybym nie był pewien, że i tak nie usłyszy.

- Jesteś niemożliwym człowiekiem, Korsak! - wydyszałem z irytacją. - Twoja pewność siebie graniczy z samowolą! Czy ty naprawdę w ogóle nie widzisz granic?

Odpowiedziała lekko, bez cienia wątpliwości.

- Widzę. Ale nie mam wyjścia.

Nie zamierzałem wierzyć w tę bzdurę. Tak samo jak tracić sił na głupią kłótnię. Ale przez sekundę pozwoliłem sobie się zdziwić:

- Nie rozumiem, co tacy jak ten Stas i wszyscy inni w tobie znajdują? W bezdusznym obrazku! - I obiecałem, patrząc w czarne oczy dziewczyny: - Nie przegram, Dementorze, nie licz na to!

Teraz nie zauważałem jej urody, tylko uparte pragnienie dopięcia swego.

- Jesteś tego taki pewien?

- Pewien, - odpowiedziałem twardo. - A wiesz dlaczego? - puściłem jej rękę i odstąpiłem. Powiedziałem, zanim odwróciłem się i odszedłem. - Bo widzę cię na wskroś!

Już przy wyjściu na alejkę śnieżnobiałe „Audi” zajechało mi drogę, szyba kierowcy zjechała w dół, a Korsak obiecała, tym razem na mnie nie patrząc:

- Dobrze, Morozow, usłyszałam cię. Możesz ze mną nie rozmawiać. Możesz udawać, że mnie w ogóle nie widzisz, skoro jestem ci tak niemiła. Ale nawet nie marz, że się wycofam!

Chapter 6 / 7 · Page 3 of 3