Rozdział 7
Przygotowania postanowiłam zacząć nie od makijażu, tylko od peruki, żeby od razu nastawić się na właściwą falę i nie ulec pokusie zostania w domu.
Schowałam jasne włosy pod specjalną siateczkę, jak nauczyła Lenka, naciągnęłam rude loki do ramion i przypięłam perukę w odpowiednich miejscach, natychmiast zmieniając się z poważnej Angeliny w zupełnie inną osobę – no proszę!
Przypiąwszy kilka pasm nad czołem spinką, jeszcze raz obejrzałam instrukcję wideo, jak prawidłowo zakładać soczewki, i dość łatwo ukryłam swoje niebieskie oczy pod piwnymi tęczówkami, po czym zabrałam się za makijaż.
I podeszłam do niego ba-ardzo starannie!
Dobrej kosmetyki miałyśmy z siostrą pod dostatkiem, więc wyrównałam ton twarzy do porcelanowego i porządnie się przypudrowałam. Narysowałam brwi kredką, robiąc je krótkimi i zaokrąglonymi, i pilnie podkręciłam rzęsy zalotką. Równie pilnie pomalowałam je tuszem, aż zaczęły przypominać lalkowe.
W swoim zwykłym makijażu zawsze rysowałam cienkie kreski eyelinerem na górnej powiece, lubiłam hollywoodzką klasykę, teraz zaś narysowałam długie kreski pod oczami, a z górnych całkiem zrezygnowałam. Skorzystawszy z paletki Żeńki, nałożyłam na powieki cienie z przejściem od seledynowych do błękitnych. Dodałam nad rzęsami duże brokatowe drobinki, zaróżowiłam policzki i odłożyłam jaskrawo malinową pomadkę na bok, żeby nałożyć ją tuż przed wyjściem z domu, jako ostatni akcent.
Ale nawet teraz, stojąc przed lustrem w samej bieliźnie i peruce, jeszcze bez okularów, już siebie nie poznawałam, zdumiona odbiciem rudej, piwnookiej dziewczyny, która z ciekawością na mnie patrzyła.
Romantyczna białoskóra głuptaska.
Zmieniłam się nie do poznania i zamierzałam zrobić tak, żeby wszystko krzyczało o mojej indywidualności, ale nadal nie mogłam sobie pozwolić wyglądać niedbale i niechlujnie – ten numer w „Imperial-KUB” nie przejdzie.
A jednak nowe nuty zuchwałości, które zaczynałam słyszeć w swoim wewnętrznym głosie, zdecydowanie mi się podobały!
Nawet bardzo!
Przez noc na zewnątrz przybyło śniegu i alejki wyraźnie pobielały.
Włożyłam ciepłe czarne legginsy, na wierzch – malinowe podkolanówki z zielonymi rombami do kolan, i czarne buty na grubej podeszwie. Nie pożałowałam czasu i wciągnęłam do butów malinowe sznurówki.
Następnie założyłam swoją surową białą bluzkę znanej marki z idealnym kołnierzykiem… i zdecydowanie zawiązałam pod nim seledynowy krawat. Wyszukawszy w szafie Żeńki rozkloszowaną krótką spódnicę – czarną – zapięłam ją w talii (dawno nie nosiłam takiej długości), a do dołu przypięłam jakieś sześć kolorowych znaczków (pierwsze, które udało mi się znaleźć).
Uśmiechnąwszy się do swojego odbicia, przymierzyłam oversize'ową marynarkę, ale po namyśle odłożyłam ją na bok i założyłam szarą męską marynarkę o trzy rozmiary za dużą, którą siostra kupiła na wyprzedaży i nosiła na uniwersytet, bez problemu zakładając ją na jedwabną sukienkę.
Włożyłam okrągłe okulary, pomalowałam usta soczystą malinową pomadką, zdjęłam z włosów spinkę i ostrożnie „potargałam” pasma, drapieżnie uśmiechając się do swojego nowego odbicia:
— No cześć, Mścicielko! Miło cię poznać!
Za moimi plecami Żeńka jęknęła:
— Nie do wiary! Giela, czy to naprawdę ty? Zupełnie nie jesteś do siebie podobna!
— Jak wyglądam?
— Odjazdowo! Zwłaszcza krawat, brokat, okulary i… nogi! Jesteś taka świetna! Orłowski na pewno nie weźmie cię do pracy!
— Czyli tak, jak trzeba! Dasz kurtkę?
— Oczywiście!
— A czapkę?
— Weź moją czerwoną z pomponem!
— Co zrobić z torbą?! — poderwałam się, odwracając. — Moje nie pasują, a twój plecak do tego wizerunku to przesada!
— Weź skórzaną teczkę taty. Z krokodyla!
— Właśnie! Ty masz głowę, Żeńka!
— Giela, a co zrobisz z dokumentami? — młodsza kręciła się przy mnie, kiedy z przyzwyczajenia spryskałam się swoimi ulubionymi perfumami o zapachu hiacyntu i białej piwonii. — Listami polecającymi i w ogóle?
To było najtrudniejsze pytanie, na które nie miałam odpowiedzi. Zamyśliwszy się na sekundę, odpowiedziałam to, co myślałam:
— Będę działać według okoliczności. Najważniejsze, że napisałam sobie świetne CV! I zauważ, ani kropli nie skłamałam. Chyba że trochę zmieniłam imię, ale to się nie liczy! Nie zamierzam pracować dla rodziny Orłowskich przez całe życie.
— Och! — gwałtownie się odwróciłam, jęknęłam, stanąwszy na chorej nodze, i osunęłam się na łóżko. — Jak bardzo nie w porę! — poskarżyłam się na skręcenie.
— Gieleczko, martwię się! Ta awantura jest niebezpieczna! — Żeńka zmarszczyła brwi. — Chcesz, znajdę tego Maksa i stłukę!
— Ty? — prychnęłam. — Nie opowiadaj głupot.
— A ja go dosięgnę z daleka… długim kijem! Przyłożę w czapkę ze trzy razy dla pewności i ucieknę! Albo obrzucę śnieżkami do utraty przytomności.
— Żeńka, nawet nie waż się do niego zbliżać!
— A to dlaczego?
— Bo jeśli skrzywdzi ciebie, będę musiała rozprawić się z nim naprawdę. A więzienie nie mieści się w moich życiowych planach. Poza tym Orłowski jest silny i zwinny – pamiętam z uniwersytetu, jak machał rakietą i biegał sprinty. Może oddać! Nie, wybierzemy inną taktykę zemsty. Zniszczymy Kartaginę od środka!
Żeńka westchnęła i pomogła mi podnieść się z łóżka.
— Podgryziemy ściany zębami jak myszy? — spytała zdezorientowana, obserwując, jak doskakuję do szafy, wkładam czapkę i jej obszerną kurtkę. — „Imperial-KUB” to nawet nie „Regina-style”, Giela, oni są tacy znani!
— Jeszcze nie wiem — przyznałam szczerze. — Ale na pewno coś wymyślę!
Siostra we mnie nie wątpiła, wiedziałam to. Ale martwiła się o mnie – fakt!
Nie powstrzymałam się, objęłam ją i zostawiłam na policzku młodszej pocałunek malinowych ust.
— Nie martw się, Żelesiu. Nie będę siebie szanować, jeśli nie ustawię tego bezwstydnego kłamcy do pionu, rozumiesz? Nie zasłużyłam na jego podłość.
— Rozumiem.
— W takim razie życz mi szczęścia, bo na tym etapie już się nie cofnę!
Pozostawało pytanie, jak dostać się do już byłego miejsca pracy i się nie pokazać.
Jazda komunikacją odpadała – z chorą nogą po prostu nie dojdę do przystanku, nie mówiąc już o wyglądzie, z którym dopiero trzeba było się oswoić.
Wariant z taksówką nadawał się na ostateczność – przywykłam sama kontrolować sytuację. Dlatego zanim wyszłam z domu, otworzyłam gadżet i zarezerwowałam dla swojego „porsche” miejsce na parkingu trzy minuty od centrum biznesowego „Galaktyka”.
Pożegnawszy się z siostrą, wzięłam teczkę, włożyłam czerwoną czapkę i pokuśtykałam naprzeciw swojemu losowi – ruda, kędzierzawa i zła!
Uff, oby po drodze nie spotkać żadnych sąsiadów…
***
Rozmowa kwalifikacyjna na stanowisko sekretarki dyrektora wykonawczego „Imperial-KUB” została wyznaczona przez agencję na dziesiątą rano, dlatego do budynku centrum biznesowego podeszłam równo o jedenastej, ostatnie pół godziny odczekawszy w samochodzie.
Z własnego doświadczenia wiedziałam, że w firmach ze sztywnym grafikiem i mnóstwem pracowników na podobne wydarzenia przeznacza się minimum czasu, i śmiało założyłam, że do tej godziny większość kandydatek na stanowisko (te odważniejsze) zdążyła już przedstawić Orłowskiemu nie tylko swoje CV, ale i siebie.
Te zaś, które okazały się skromniejsze, prawie na pewno bardzo szybko odejdą z niczym. Nikt z kierownictwa nie będzie tracił na rozmowę kwalifikacyjną więcej czasu, niż trwa pauza od wypitej filiżanki gorącej kawy do następnej.