Rozdział 1
A więc nazywam się Masza Malinkina i mieszkam w zwyczajnym blokowisku dużego miasta wojewódzkiego, w przeciętnym małym mieszkanku dwupokojowym. Mam dwadzieścia cztery lata, nie mam męża, nie mam już pracy, za to mam dwoje cudownych pięcioletnich dzieci. Bliźniaki Aloszkę i Daszkę. I wiecie, mam takie dobre maluchy, wszystkim na zazdrość, że więcej nikogo mi nie trzeba. Wystarczy, sparzyłam się. I to tak, że do tej pory płonie. A dokładniej, uczuć dawno już nie ma, został sam popiół, ale życiowa lekcja została.
Małe dwupokojowe mieszkanie odziedziczyłam po rodzicach. Jeszcze sześć lat temu mieszkaliśmy w nim całą rodziną — ja, mama i tata. Żyliśmy dobrze, zgodnie, a potem tata umarł — zawał serca. Rano człowiek był, a wieczorem już go nie było, i zostałyśmy z mamą we dwie, jak dwie trzcinki. Wtedy właśnie byłam na drugim roku studiów i już zamierzałam przenieść się na zaoczne, żeby pomóc mamie z pracą, ale okazało się, że to mnie trzeba pomóc.
Pamiętam zagubioną twarz mamy i życiowo spokojną minę babci — ona jest u nas dowódcą z natury, dziadek do tej pory jej słucha.
— Mamo, nie mogę w to uwierzyć. A co ludzie powiedzą? — i to pytanie swojej mamie zadałam nie ja. — Przecież ma dopiero osiemnaście lat. Sparzyła się i, można powiedzieć, całe życie wywrócone do góry nogami. Ech, gdyby Piotr żył, zmusiłby tego Kiryła do ślubu!
— Ja nie chcę!
— Cicho, Maruśka! — a to już babcia. I znów do mamy:
— A co cię obchodzi, co powiedzą?! Niektórzy ludzie są jak wychudłe psy: jak nic nie wymyślą, to naszczekają! Nasza Marusia pierwsza, czy co? W którym wieku ty żyjesz, Luśka? W dwudziestym pierwszym! Tutaj każdy siedzi za własnym płotem. Pomielą ozorami i zapomną. A Maszka, jeśli ją teraz namówisz, później ci tego nie wybaczy! Widzisz, jak się zaparła: będę rodzić. A poza tym nie jest u nas sierotą. Pomożemy z dziadkiem. Dziewczyna z niej urodziwa, i tak sama nie zostanie. Twoja babka po wojnie wychowała nas sześcioro bez żywiciela. I co, wszyscy wyrośliśmy na ludzi. A tu jedno dziecko — wychowamy, Luś! Dziadek już tam łzę szczęścia uronił — wnuczka przecież jedyna i ukochana.
Ale okazało się, że dzieci jest dwoje — prawdziwa niespodzianka. Pamiętam, jak bałam się wyjść z gabinetu USG i przyznać mamie. Wciąż dreptałam przy progu. A kiedy wyszłam, mama tylko jęknęła i zakryła usta rękami: co tu zrobić? A babcia wypaliła: „No przecież nie sześcioro, Luśka! Nie rycz, damy radę! To w Maszce odezwała się nasza krew. Ja też jestem z bliźniąt”
Krótko mówiąc, na studia zaoczne jednak się przeniosłam i uczelnię skończyłam. Byle jak, ale dyplom inżyniera dostałam. Cztery lata mieszkałam na wsi, zaglądając do miasta na sesje i święta, a rok temu wróciłam już na dobre z dziećmi. No przecież nie będę ich wychowywać na wsi? A tu jeszcze mama wyszła za mąż za Nikołaja Iwanowicza i przeprowadziła się do niego na sąsiednie blokowisko.
U babci oczywiście jest dobrze, ale dzieciom potrzebny jest kontakt z ludźmi — przedszkole, kółka, szkoła. Aloszka to u mnie prawdziwy mały mężczyzna — dać mu wolną rękę, zamieszkałby z dziadkiem w jego starym maluchu razem z wędkami, a Daszka to mała panienka. Jej potrzeba tańców i koleżanek z lalkami.
Ciekawskie są, moje jagódki-malinki. I przecież podobne do mnie — też niebieskookie i uśmiechnięte. Co prawda główki mają ciemniejsze, ale na to już nic nie poradzisz — czy z naturą da się kłócić?
Za to z człowiekiem można. Nawet trzeba. Zwłaszcza z tym, kogo kiedyś się kochało, a teraz… Nie, nie nienawidzi się, tylko po prostu raz rozczarował cię do tego stopnia, że przestał istnieć. Jakby wymazano go gumką z życia — fiu! I czyste miejsce! I można żyć dalej, prawie jak z nut.
Jeszcze tylko dobrą pracę dostać!
Zresztą czas minął i zrobiło się lżej — dusza, jeśli nawet się nie ogrzała, to przynajmniej odtajała. Znowu nauczyłam się patrzeć ludziom w oczy. Proszę, zaczęły mi się nawet śnić sny o dziwnej treści. Jakieś pierzyny i mężczyzna w złotej mgle z bezwstydnymi aluzjami. Jakby w tej mgle do pełni szczęścia brakowało mu tylko Marusi!
Ech, ależ on jest przystojny!
Matiz zapiszczał klockami hamulcowymi i zatrzymał się przy wysokim biurowcu, nurkując przodem.
— Przyjechałyśmy! — ryknęła Nataszka. — Wysiadaj, Malina!
A kiedy wyskoczyłam z auta i pomknęłam ku szerokim schodom, Fiejeczka otworzyła drzwiczki, wychyliła się za mną i wrzasnęła:
— Powodzenia, Maszka! Żebyś w nowym miejscu przepracowała jakieś dwieście lat! Połamania nóg! Do diabła! No pasarán, przyjaciółko! — potrząsnęła pięścią nad głową. — O-ole, ole-ole-ole-e-e, Maruśka czempion! Ki-ja! Banzai! Hura-a-a! Wan-suj!!
— Kto-o?! — potknęłam się i zaczęłam ślizgać obcasem po lodowej skorupie. Nogi prawie rozjechały mi się na zakręcie. — Co gdzie suj?!
Ludzie spieszący do wejścia też się potknęli i pootwierali usta.
— Fiejakina, zwariowałaś?! — syknęłam i dyskretnie pokręciłam palcem przy skroni. — A kysz stąd, pijaczyno!
Nataszka zanurkowała do samochodu i pisnęła z poczuciem winy: „No dobra, pojechałam”. I odjechała.
A ja westchnęłam, zdjęłam torbę z ramienia, poprawiłam czapkę i poczłapałam do portierni.
„8:00”
Oj! Nie poczłapałam. Pobiegłam!
The story continues...
The next chapter is already waiting for you.